wtorek, 15 sierpnia 2017

Konkurs

Komisja zebrała się na spotkaniu nadzwyczajnym, zwołanym w środku sezonu urlopowego, żeby rozpatrzyć kandydatury nowych pracowników. Do obsadzenia były dwa miejsca a na każde z nich aplikowały po dwie osoby.Głos decydujący oczywiście zawsze należał do przewodniczącego, więc dyskusja zwykle była formalnością. Wiadomo było też, że każdy szef działu miał określone preferencje i to w zasadzie on wskazywał komisji tego,  kto ma zostać przyjęty. Od czasu do czasu zdarzały się niewybredne, pokątne żarty o przedstawianych rzekomo "doskonałych" kandydatach ale nikt nigdy jak do tej pory nie śmiał otwarcie zakwestionować nieoficjalnych reguł gry. Wszyscy wiedzieli, że odrzucenie kandydatury proponowanej przez szefa działu oznaczałoby wypowiedzenie mu otwartej wojny. Należało się wtedy liczyć z konsekwencjami w postaci kwestionowania każdej propozycji najmniejszej nawet zmiany w ramach instytucji. Może to niedoskonałe rozwiązanie ale od niepamiętnych czasów gwarantowało  przynajmniej jakiś porządek.

Pierwsze rozstrzygnięcie przedstawił szef działu współpracy  zagranicznej- co ciekawe niewładający żadnym językiem obcym. Sam zresztą przy każdej okazji mówił z emfazą i zadowoleniem nieprzystającym zupełnie do tego rodzaju sytuacji, że natura mu poskąpiła talentów językowych a teraz, kiedy przekroczył czterdziestkę, jest za stary na naukę. Przez pół godziny opisywał szczegółowo dokonania i osobowość proponowanej kandydatki: znajomość języków obcych, doświadczenie w branży, doświadczenie w branży, znajomość języków obcych i znajomości w branży a na końcu doświadczenie w branży.

Drugie rozstrzygnięcie przedstawił sam przewodniczący, który równie szczegółowo opisał cechy jednego z kandydatów w konkursie na stanowisko zastępcy do swojego działu. Z przedstawionego opisu aplikacji również można było odnieść wrażenie, że kandydat robił łaskę instytucji, że chciał w ogóle aplikować do niej i że teraz dzięki jego samej obecności, staniemy się najbardziej wydajnym przedsiębiorstwem na świecie.

Szefowie połączonych sztabów mieli już zagłosować w tradycyjny i  słuszny sposób, kiedy jedyna pani w grupie, która zresztą dopiero co została zaproszona do regularnych posiedzeń, uniosła rękę, prosząc tym samym o głos. Powyższy fakt sam w sobie był już na tyle nadzwyczajny, że przewodniczący uniósł brwi a reszta, wydająca się być do tej pory nieco ospała, zwróciła jak na komendę wzrok w stronę rokoszanki.

Pani zaczęła od przypomnienia, że rok wcześniej odbyła się dyskusja nad kandydatem i kontrkandydatem z drugiego rozstrzygnięcia i o ile jej wiadomo, zostało uchwalone, że konkurs zostanie zawieszony i odwołany. W związku z tym nasuwa się jej pytanie, co się wydarzyło w ciągu ostatniego roku, że postanowiono jednak wrócić do sprawy. Tajemnicą Poliszynela było, że ona sama forsowała w kuluarach kandydaturę pominiętą przez przewodniczącego ale nie mogła nic zdziałać, bo sprawa była przesądzona od samego początku.

W dalszej części wypowiedzi Pani odniosła się do pierwszego rozstrzygnięcia i zadała szereg pytań, skierowanych formalnie do szefa działu współpracy zagranicznej, jednak wiadomo było, że są one wszystkie swego rodzaju chwytami retorycznymi, mającymi pobudzić myślenie każdego członka komisji i poniekąd też uderzyć w przewodniczącego. Pytania i wątpliwości kompletnie rozbijały przestawione wcześniej argumenty. Z całej wypowiedzi wynikało, że zaprezentowana kandydatka nie ma żadnego zaplecza intelektualnego, żadnego doświadczenia, nie zna żadnych języków obcych na takim poziomie, żeby się porozumieć z kimkolwiek zagranicą i nie ma również (rzecz jasna) żadnych kontaktów w branży, z wyjątkiem zażyłych stosunków z szefem działu współpracy zagranicznej. Na poparcie swoich tez  Pani przedstawiła szereg faktów oraz fragmentów życiorysu kandydatki, które niezbicie świadczyły o takiej właśnie interpretacji jako jedynej możliwej. Natępnie wystąpiła z  prezentacją kontrkandydatki, która nie tylko posiadała wszystkie cechy niesłusznie przypisane preferowanej osobie i była postacią wybitną, dobrze znaną w środowisku specjalistów, ale przede wszytkim spełniała WSZYSTKIE FORMALNE warunki konkursu, w przeciwieństwie do zaproponowanej wcześniej kandydatki.

Nastąpił moment niezręcznej ciszy. Szefowie patrzyli martwym wzrokiem przed siebie, nie wyrażając żadnych emocji, jakby absurd sytuacji zupełnie ich nie dotyczył albo przynajmniej jakby to, co usłyszeli, nie miało żadnego związku z podejmowaną przed nich problematyką.

Przewodniczący zarządził pięć minut przerwy i poprosił, żeby Pani na chwilę wyszła z nim omówić pewne szczegóły na osobności.

Pomimo zamkniętych drzwi, zgromadzeni słyszeli bardzo dokładnie każde słowo, wypowiadane najpierw spokojnie a następnie ze złością, każdy syk, kopniak, splunięcie, przekleństwo, plaśnięcie w twarz, głuchy cios pięści a nawet chrzęst wyrywanych włosów.

Do środka weszła najpierw pani. Twarz miała przysłoniętą długimi prostymi włosami, spod których skapywała krew, znacząc kropelkami drogę od wyjścia do miejsca, na które wróciła chwiejnym krokiem i powłócząc nogami. Z lewej strony zwisało nienaturalnie czerwone i  groteskowo przekręcone ucho.  

Przewodniczący wszedł dziarskim krokiem i natychmiast zarządził głosowanie. Zebrani zagłosowali jednomyślnie za przyjęciem przedstawionych kandydatur. Na siedzącą bez ruchu panią nikt nie zwracał uwagi a jej milczenie zinterpretowano jako zgodę na przyjęcie wskazanych osób i wpisano do protokołu jako głos "za". Gdyby ktoś chciał się odwołać to sprawa była jasna. Komisja była jednomyślna w swej ocenie i nie było żadnych wątpliwości. Może sobie nawet iść do sądu.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Test

Komisja zbierała się w środy o godz. 12.00. Kandydaci na obywateli musieli wyczekiwać nie wiedząc dokładnie kiedy nadejdzie ten ich wielki dzień. Największym wyczynem było dotrwać i przetrwać sam akt egzaminowania, bo wiedza i umiejętności były bez znaczenia. Kandydatów oczywiście uczono różnych niepotrzebnych rzeczy, aby stworzyć pozory, że dzięki edukacji uzyskają jakieś kompetencje. Liczyło się jednak to, jak i czy w ogóle potrafili przeżyć. I coś jeszcze innego.

Egzamin był bardzo trudny i można go było zdawać tylko raz. Co ciekawe, po egzaminie były dwie możliwości. Albo ktoś stawał się urzędnikiem wysokiej rangi, albo znikał w niewyjaśnionych okolicznościach. Wydawało mi się, że w moim przypadku wszystko było bardzo dziwne od samego początku. Nietypowe  było juz samo przygotowanie, bo mistrz ceremonii (zwany celebrantem), który miał mnie wprowadzić, nie był zbyt dobrze osadzony w układzie zależności. Można jednak było odnieść wrażenie, że wszystko idzie we właściwym kierunku.

Kandydat na obywatela, zwany doktorantem, bał się tajemniczego zniknięcia, ale wszyscy tłumaczyliśmy sobie , że najgorsze co może nam grozić to powrót do tego społecznego niebytu, w którym tkwiliśmy do tej pory. No bo cóż gorszego mogłoby nas  jeszcze spotkać?

W sali było duszno, popsuł się automat z kawą i napięcie rosło z minuty na minutę. Od słowa do słowa, aż znalazłem się w krzyżowym ogniu pytań. Egzaminatorzy stali się tak agresywni, że zaczęli się kłócić sami z sobą, nie zwracając na mnie uwagi. Patrzyłem bezradnie na celebranta a ten na Wielkiego Certyfikatora, który przewodniczył komisji i reprezentował tym samym najwyższy autorytet- wszechmocnego Państwa. W końcu jeden z egzminatorów zaczął zwracać się do mnie bezpośrednio i zarzucać uwagami kompletnie od rzeczy, nie oczekując i nie dając nawet szansy na odpowiedź. Kiedy już byłem całkowicie skonfundowany, Wielki Certyfikator uciął dyskusję i niespodziewanie zakończył egzamin.

Furtianie wyprowadzili mnie na korytarz i zamknęli drzwi. Oczekując wyniku, zastanawiałem się, co tak właściwie jest przedmiotem obrad. Przecież nie dali mi się wypowiedzieć. Chyba że nie odpowiedzi miały być oceniane, lecz coś innego. Im dłużej stałem przed drzwiami, tym bardziej zastanawiałem się co mogło być przedmiotem egzaminu. Pokora? Cierpliwość? Reakcja na stres? Co pozwalało doktorantowi stać się obywatelem i przeobrazić z larwy w motyla?
Dokładnie po 12 godzinach oczekiwania jeden z furtianów podszedł do mnie i oznajmił, że zdałem egzamin na obywatela oraz jestem zaproszony na uroczystą kolację, która odbędzie się w siedzibie Wielkiego Certyfikatora za godzinę. Gospodarz wspaniałomyślnie pozwoli mi zapłacić za wszystkie zamówione atrakcje i potrawy. Kwota 1900 suwerenów powinna zostać przekazana natychmiast. Były to prawie wszystkie moje oszczędności pochodzące z prac dorywczych, stypendiów, zasiłków, powiększone o pomoc rodziców, którzy wyrzekali się przez lata wszystkiego, byle tylko mieć syna obywatela.

Na kolacji dowiedziałem się, że bycie obywatelem niewiele zmienia. Władza należy do elity sędziów i uczonych i jest dziedziczona z ojca na syna. Reszta obywateli mogła korzystać z dóbr za przyzwoleniem władzy lecz nie mogła rościć sobie praw do własności i decydowania. Nieobywatele nie mogli o tym wiedzieć, bo nie wolno było im przekraczać granic Miasta a tak w ogóle to nikt z nimi nie chciał rozmawiać, gdyż uważani byli za podludzi i naznaczeni powszechną pogardą.  To, co nieobywatele postrzegali jako wysokie stanowiska urzędnicze, było tak naprawdę nizinami społecznymi po tej stronie murów. Najzdolniejsi obywatele uprawiali grę szklanych paciorków ku uciesze właściwie urodzonych a reszta była posługaczami, nałożnicami, furtianami, strażnikami wachlarza albo poganiaczami bydła i stanowiła bufor pomiędzy władzą a nieprzebraną, niepoliczalną masą nieobywateli.

Wielki Certyfikator zapytał mnie o pierwsze wrażenia po zdanym egzaminie. Nie tak wyobrażałem sobie moją sytuację. Nie zdobędę tu tego, co zostawiłem za murem a to co osiągnę raczej nie było warte tak długich i morderczych treningów, przez jakie przeszedłem.Zastanawiałem się, czy nie wrócić za mury, ale nic nie powiedziałem. Wielki Certyfikator tylko na mnie spojrzał i wszystkiego się domyślił. Nie musiałem niczego mówić.

Furtianie wyprowadzili mnie z pałacu i powiedli w stronę murów. Wspinaliśmy się mozolnie ku najwyższej z wież. Kilka metrów przed wejściem do niej, idący za mną furtian pchnął mnie nożem w nerkę i zepchnął w dół do fosy pełnej krokodyli.

Spadałem pełen wstydu, upokorzenia, żalu, fizycznego bólu i w poczuciu porażki, jednak bez lęku. Nagle to wszystko mnie opuściło. Plusnęło z martwym ciałem o wodę a ja sam zawisnąłem parę metrów ponad powierzchnią. Z ciekawością i spokojem obserwowałem jak bestie rozrywają i łapczywie połykają dryfujące szczątki.

Po tym spektaklu okrucieństwa odkryłem nowe możliwości. Byłem w stanie rozszerzać świadomość w dowolnym kierunku, w dowolnym zakresie, jak również przemieszczać ją w różne zakątki a nawet widzieć wszystkie miejsca jednocześnie- mur, fosę, pałac Wielkiego Certyfikatora, salę egzaminacyjną, puszczę i mój dom, gdzie rodzice właśnie kładli się spać. Nieco później odkryłem, że mogę też cofać się w czasie lub przemieszczać do przodu, jakby czas był filmem, który można sobie dowolnie odtwarzać- cofać lub przyspieszać w zależności od upodobania. O ile jednak w czasie rzeczywistym mogłem zatopić się świadomością w dowolnym obiekcie: przedmiocie, człowieku, roślinie lub zwierzęciu, to kiedy chciałem wędrować poza czas, mogłem tylko oglądać miejsca, bez ich doświadczania.

Odkryłem też, że ludzie spoza murów, pomimo wniknięcia w ich ciała, zachowywali się tak, jak do tej pory. Mogłem oglądać świat ich oczami, dotykać ich dłońmi i smakować ich językiem, bez żadnego uszczerbku. Nie wiedziałem nawet czy czuli moją obecność. Obywatele, w tym właściwie urodzeni, różnie reagowali na moje wniknięcia. Niektórzy zamierali lub nawet słabli i osuwali się bezwładnie na ziemię, inni dostawali apopleksji, bólu w różnych częściach ciała, opuchlizny, krwotoków. Wyraźnie ciała nieobywateli były mniej oporne na taką hybrydalną symbiozę, podczas gdy obywatele niszczeli z każdym wejściem w ich ciało.

Kiedy odkryłem, że mogę szkodzić obywatelom i właściwie urodzonym, pomyślałem o zemście. Trzeba jednak było wybrać między podziwianiem i studiowaniem wszechświatów- to mogło mi zająć nieskończoność- a zemstą, na którą miałem bardzo ograniczony czas, bo razem z niszczeniem innych sam ulegałem wyczerpaniu. Prawdopodobnie śmierć tego, w którego wejdę, będzie oznaczała również moje zejście.

Mogłem zatem studiować , zabić jedną najbardziej znienawidzoną osobę, lub ścierać się kolejnymi wejściami w ciała, z których każde trochę pocierpi.

Wyjście pośrednie wydawało się najmniej sensowne. Jeśli już czerpać przyjemność z zemsty to niech ona będzie pełna, bo tylko wtedy będzie satysfakcjonująca, podobnie jak w pełni satysfakcjonująca może być przyjemność z wiecznego poznawania.

Długo się zastanawiałem nad tym, który rodzaj przyjemności będzie dla mnie bardziej satysfakcjonujący. Wreszcie wybrałem ten, który wybrałbyś i ty. Ten, który najbardziej pasował do mojego aktualnego stanu a który prawdopodobnie przede mną wybrało wielu innych, bo jeśli kiedykolwiek zdarzył się w przeszłości taki przypadek, a ktoś wybrałby inaczej, nie miałbym takich dylematów. Po prostu by tu mnie nie było.