czwartek, 14 kwietnia 2016

Życie snem

Po dniu pełnym wrażeń Pan Jacek zasnął jak dziecko. Zresztą nigdy nie miał problemów ze snem. Co więcej- zawsze, gdy zdarzyła się jakaś nieprzespana noc wypełniona pracą lub czuwaniem, organizm musiał dochodzić do siebie i odsypiać przemęczenie w dwójnasób.
Po przebudzeniu dzień rozpoczął się bez zbędnych niepokojów i nieprzyjemnych niespodzianek. Śniadanie, radio, przegląd wiadomości w internecie, zabawy z psem, lektura. Przy lekturze począł odczuwać pewne znużenie i krótko przysnął. Po przebudzeniu dzień ów nie różnił się już niczym od innych dni starszego, samotnie mieszkającego pana na emeryturze, no bo i czym mógłby się różnić.  Wieczorem sen nadszedł wraz ze znużeniem i jak  co wieczór- resztki świadomości powiodły Pana Jacka do łóżka. Oczywiście zasnął praktycznie w momencie przyłożenia głowy do poduszki.
Następnego dnia sen trwał nieco dłużej. Potem śniadanie, wiadomości radiowe, przegląd internetu. Obudziło go lizanie psa po bezwładnie zwieszonej ręce. Kiedy ciało odzyskało jako taką świadomość, zorientował się, że głowa leży na klawiaturze a na ekranie dzieją się jakieś dziwne historie. Wypuścił psa na podwórze i poszedł do łóżka, żeby dokończyć sen.

Obudził się w pałacu- u wezgłowia siedział wierny Maxymilian, wpatrujący się z miłością w swojego Pana. Zdziwiony Pan Jacek rozejrzał się uważnie po komnacie. Wyglądało na jakieś wnętrze filmowe- no bo przecież nie mógł być to autentyczny pałac! A może to sen? Przypomniał sobie zaśnięcie przy komputerze. Jednak wiele wskazywało, że nie jest to marzenie- wszystko było rzeczywiste, barwne, pełne zapachów i intensywności- nie tak jak dotychczas w ponurych, czarno-białych snach, w których fragmenty wydarzeń pojawiały się w sobie tylko znanym porządku, niewyraźne-zamglone, nie do uchwycenia, rozpływające się pod wpływem dotyku niczym gęsta, brudna ciecz.
Zdezorientowany wyjrzał przez okno. Wzrok bezwiednie prześlizgnął się po pustym dziedzińcu i sylwetkach żołnierzy z kuszami, halabardami i mieczami, przyczajonych nieruchomo, patrzących w przestrzeń poza murami. Ze swoistego letargu wyrwało go skrzypienie otwieranych drzwi, w których pojawił się szambelan, krzyknął "Idą" i natychmiast zniknął. Pies szczeknął w odpowiedzi i znieruchomiał. Drzwi się zatrzasnęły a Pan Jacek usłyszał zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Ten krótki komunikat jednak najwyraźniej nic nie znaczył, gdyż przyklejone do murów cienie ani drgnęły. Nie pojawił się też na horyzoncie żaden wróg, ani tym bardziej nikt nie zaczął szturmować bram. Sam Pan Jacek uległ temu hipnotyzującemu bezruchowi, bezczasowości i pustce.

Obudził się, gdy był już czas na obiad. Pies drapał do drzwi i popiskiwał. Dalszy rytm dnia wprawdzie nie uległ zaburzeniu ale Pan Jacek już do samego wieczora myślał o swoim śnie- tak niezwykle rzeczywistym. Co więcej- zaczęło mu się wydawać, że świat wokół niego troszeczkę poszarzał- potrawy straciły na smakowitości a i wzrok jakby się trochę pogorszył, bo świat stał się w rzeczy samej mniej wyraźny.

W komnacie nadal było pusto a żołnierze osłonięci murami obronnymi tkwili nieruchomo. Nie odczuwał głodu, pragnienia, ani potrzeby wykonania jakiegokolwiek ruchu. O upływie czasu świadczył tylko ruch drzew poruszanych wiatrem, przelatujące ptaki i owady ale też przebiegające od czasu do czasy w różnych kierunkach  zwierzęta. Świat przyrody zadziwiał lekkością i zwiewnością bytu, w przeciwieństwie do świata ludzi, który tkwił w ołowianym bezruchu, oczekiwaniu na to co nieuchronne i nieodgadnione.

Tym razem senność ogarnęła pana Jacka już w trakcie śniadania.  Dobrnięcie do końca posiłku okazało się nie lada wyczynem. Powieki bardzo ciążyły a ciało odczuwało ten bezwład charakterystyczny ostatnimi czasy dla tych późnych wieczorów, kiedy to zmęczenie trwaniem zmuszało do natychmiastowego udania się na spoczynek. Nie sposób było utrzymać świadomości ani cokolwiek zaplanować. Senne znużenie nie dałoby się w żaden sposób pokonać. Zresztą po co pan Jacek miałby to robić, skoro samo znużenie było tak przyjemne. W tym momencie uświadomił sobie, że jego senność jest zwiększającą się naturalnie potrzebą organizmu a z drugiej strony jednocześnie czymś w rodzaju uzależnienia, któremu można się oddawać z lubością i bez konsekwencji, jakie normalnie są następstwem innych uzależnień. 
Tym razem złożone ciało miało już nigdy się nie podnieść.  

Widok za oknem pałacowym nie zmieniał się mimo upływu lat. Drzwi już nigdy się nie uchyliły a żołnierze zamarli na wieczność na swoich stanowiskach. Stał patrząc i rozmyślał. Pozbawiony jakichkolwiek potrzeb dociekał co jest jawą a co snem. Dlaczego nic nie musi ani niczego nie chce. Skąd bierze się niemoc i brak. 

Kiedy już stracił poczucie czasu uświadomił sobie, że jest Bogiem. Rzeczywistość, o której myślał że jest prawdziwa, była tak naprawdę snem i mogła istnieć tylko i wyłącznie dopóki On śnił. Sen Boga był gwarantem życia i upływającego czasu a co za tym idzie- trwania. Wiedział też, że już nigdy nie zaśnie i nie będzie mógł ożywić tamtego świata. Że jego wieczne czuwanie oznacza zatem koniec tamtego wyśnionego świata.

I wreszcie uświadomił sobie, że ta nieruchoma rzeczywistość, w której utknął już na wieczność, bez możliwości zmiany czegokolwiek, wykonania najmniejszego chociażby ruchu, jest piekłem, na które skazał go ktoś inny. Nie wiadomo tylko czy mądry Człowiek, który umarł i dlatego niejako Bóg umarł wraz z nim, czy też przemyślny Szatan, który zastawił pułapkę na wszystkich: Boga, Człowieka i Wszechświat. Bóg miał teraz wystarczająco dużo czasu, żeby przemyśleć tę zagadkę na nieskończenie wiele sposobów.




czwartek, 28 stycznia 2016

Między wymiarami


Między wymiarami

Pogoda psuła się z minuty na minutę. Dosłownie. Kiedy wychodziłem z mojego gabinetu na uniwersytecie była słoneczna złota polska jesień a kiedy dotarłem na ostatnie piętro bloku do mojego mieszkania dwanaście minut później- za oknem szalała ulewa i wichura targała całym światem.  Nie znosiłem tego ciasnego mieszkanka, bo czułem się w nim jak w spadającym samolocie. Ciągle towarzyszyła mi irracjonalna świadomość, że kiedyś jakiś żywioł może rozszarpać wielką płytę na drobne kawałki a ja będę pierwszą ofiarą. Teraz te obawy przybrały na sile, zwłaszcza, że kołysanie budynku stało się całkiem realne i  odczuwalne z każdą chwilą coraz bardziej. Wycie wiatru, smaganie ulewy i mrok tworzyły atmosferę horroru.
Nie było sensu dłużej tu pozostawać. Byłem pewien że blok zaraz runie, być może nawet zanim zdążę się od niego oddalić albo zbiec na dół. Migiem znalazłem się w aucie i ruszyłem na pełnym gazie. Wypadłem na ulicę  i wbiłem się w strumień innych aut. Przeciąłem jezdnię między autami, przycierając kilka wozów. Kierowcy zatrzymali się, wyskoczyli i zaczęli notować szczegóły zdarzenia. Ja pojechałem dalej- wolałem ratować życie niż się chandryczyć.
Szybko dotarłem do bezpiecznego domku w Raculi, otulonego wonnymi iglakami. Zaryglowałem drzwi i zatrzasnąłem okiennice. Poszedłem spać.
Obudził mnie łomot do drzwi. Okazało się, że to jeden z moich studentów. Wyglądał fatalnie- brudny, podrapany, posiniaczony, w podartym ubraniu, jakby się przeprawiał przez dżunglę. Podałem grzane wino. Kiedy szaleństwo przestało się skrzyć mu w oczach i wzrok nieco zmętniał a mowa stała się mniej bełkotliwa, na tyle, że można było cokolwiek zrozumieć, zacząłem składać okruchy opowieści w spójną całość.
W ciągu nocy ludzie zaczęli umierać w przedziwny sposób. Świat pękał niczym wielki obraz i jeśli ktoś znalazł się na drodze takiego pęknięcia, w szczelinie, to fragment jego ciała znikał również, co niekiedy powodowało natychmiastową śmierć, a niekiedy śmierć w męczarniach. Byli również tacy, którzy żyli przez pewien czas, niczym przyklejeni do nowo powstałej szczeliny, nie mogący się ruszyć albo szarpiący się bezsilnie i próbujący bezskutecznie oderwać. Razem ze szczelinami zaczynali też nagle pojawiać się ludzie w przypadkowych miejscach i w nadzwyczaj zaskakujący sposób. Żywi, martwi, umierający i w różnych stadiach rozkładu. Spadali z nieba, pojawiali się wtopieni w jezdnię, beton, drzewa, zwierzęta i innych ludzi tworząc dziwaczne i makabryczne hybrydy. Można było odnieść wrażenie, że w różnych światach popękała przestrzeń i poprzez szczeliny między wymiarami powypadali ludzie, którzy znaleźli się w ten sposób w zupełnie przypadkowym czasie i miejscu.
Kiedy już trochę się uspokoił i zasnął, zacząłem zastanawiać się dlaczego przyszedł akurat do mnie, skąd w ogóle wiedział gdzie mieszkam i dlaczego nie widzę opisanych przez niego zjawisk. Otwarłem drzwi na zewnątrz w nadziei, że może coś zobaczę z tego spektaklu.
Dom otaczała mgła gęsta jak mleko. Nie dało się nic dostrzec.
Chciałem wyjść ale stopa nie napotkała żadnego oporu- omal nie wpadłem w nicość, otchłań która się prawdopodobnie rozciągała pode mną. Chyba poza domem nie było już niczego. Zatrzasnąłem drzwi. Chciałem zapytać ale na kanapie zamiast śpiącego studenta była już tylko dziura w rzeczywistości. Nie zdążyłem wyjść z zadziwienia, kiedy dom razem ze mną spłynął niczym kropla deszczu po szybie. Wydawało mi się, że w dół ale nie byłem tego pewien.

niedziela, 6 września 2015

Dziki gon

Zawsze kiedy przychodziłem do biura ogarniał mnie lęk pierwotny. Dziki, przejmujący i wywracający wszystkie flaki na lewą stronę. Nie wiem skąd brałem w sobie tę szaloną odwagę, żeby codziennie, uparcie, przekraczać progi tej nazistowskiej instytucji. W środku czekał szef despota, który w chwilach zdenerwowania zamieniał się w piejący falset (czyli praktycznie przy końcu każdej rozmowy) oraz jego zastępca a mój bezpośredni przełożony- zawistny, mściwy i okrutny kutafon, który miał mnie za skończonego idiotę i najchętniej zatłukł by mnie przyciskiem do papieru, gdyby nikt nie widział. Nie raz widziałem, jak ostatkiem siły woli powstrzymywał się przed rzuceniem się na mnie i pobiciem. Generalnie to mógł przecież przewrócić się pewnego pięknego dnia i przygnieść mnie- drobnego chudzielca. Wystarczyłby jeden podskok jego opasłego cielska, żeby mnie zmiażdżyć- jestem pewien, że drobne kostki trzaskałyby niczym zapałki. 
Wkurzało mnie niemożebnie jego zamiłowanie do piwa, piłki nożnej i leniuchowania. Na każdym wyjeździe integracyjnych żłopał browara, leżał całymi dniami w hamaku i opowiadał o swoich marzeniach, w których był znanym piłkarzem. Charakterystyczne dla niego było to, że uskarżał się ciągle przed wszystkimi, jak dużo ma pracy jako szef działu i że nie życzy tego najgorszemu wrogowi, podczas gdy jego podwładni chętnie by się z nim zamienili i wszyscy jak jeden mąż, życzyli mu zdegradowania, żeby wreszcie mógł być rozliczany z efektów a nie  z samego piastowania stanowiska. Najwyraźniej jednak nasz Najwyższy szef nie miał możliwości usunięcia tego arcylenia ze stanowiska a może ów ancymonek miał jakiegoś haka na niego i tak trzymali się w patowo- patologicznym układzie.
Najgorsze było jednak to, że miał kolegę w centrali, który regularnie przyjeżdżał na szkolenia, podczas których wyżywał się na pracownikach,  co podpali mojemu szefowi i na mnie w szczególności. Byłem wyznaczany do każdego szkolenia i na każdym regularnie wyśmiewany, poniżany i gnębiony na tysiące sposobów. Czasami wydawało mi się, że ten gość specjalnie dla mnie wymyślał te wszystkie podłości i obrzydliwości. 

Tym razem dzień zaczął się gorzej niż zwykle. Portier powiadomił mnie już na dzień dobry, że moje biuro zostało przeniesione do piwnicy, bo pomieszczenie jest potrzebne na jakieś arcy-ważne zebranie i zadecydował o tym sam szef wszystkich szefów czyli Pan Falset. Wiedziałem, że kompletnie się nie liczyłem w tej rozgrywce i że mieli prawo zrobić ze mną co im się podoba, więc niespecjalnie mnie to zdziwiło, podobnie jak fakt, że miałem się przenieść do pomieszczenia niedaleko studzienki kanalizacyjnej. Pomyślałem sobie, że obydwu szefom sprawiło to dodatkową przyjemność. 
Nie wiedziałem, że ze studzienki wydobywa się odór przyprawiający o mdłości. Nie tylko nie można tu było pracować, lecz nawet oddychanie przychodziło z trudem, gdyż od tych zapachów sfermentowanych fekaliów  i zestarzałego moczu, połączonych z woniami innych jełczejących i rozkładających się wydzielin ciała robiło się naprawdę  niedobrze. Omal nie zwymiotowałem od razu po wejściu do mojego nowego biura. Wybiegłem zatrzaskując za sobą drzwi i wciągnąłem haust zawilgoconego piwnicznego powietrza. Wydało się rześkie niczym zefirek.

Kiedy dochodziłem do siebie i zdołałem już nieco podnieść wzrok,  zobaczyłem mojego szefa z wykrzywionym uśmiechem, który bez żadnych ceregieli zaczął od wydzierania się na mnie za źle przystawioną pieczątkę na jakimś dokumencie. Im dłużej trwało to piekło, które mi zgotował, tym bardziej zaczęło do mnie docierać, że już zawsze będę w tej firmie czymś w rodzaju szmaty do pomiatania i poniewierki. Splunąłem szefowi w tę czerwoną, nalaną mordę opoja-pseudokibica i pobiegłem w stronę wyjścia, mając nadzieję, że będzie tak oszołomiony, iż nie zdąży zadzwonić na portiernię, żeby mnie zatrzymali strażnicy. 
Stukot butów o kamienną posadzkę pobudził czyjeś wycie. 
Zatrzymałem się i podszedłem do wielkich drewnianych drzwi na końcu bocznego korytarza, skąd wydobywał się ten skowyt. 
Zajrzałem przez judasza. 
Jakbym się przeniósł do  średniowiecza!
W środku zobaczyłem 3 ostatnio poniewieranych asystentów mojego szefa. Wyglądali dość mizernie, Leżeli na wiechciach słomy w jakimś magazynku przerobionym na loch.  Na kamiennej podłodze grasowały szczury a ciała więźniów, podobnie jak i wszystko inne w środku pokrywał mech, śluz i wilgoć-  ni to pot ni to woda.
Nie byli skuci. Wyczuli, że gapię się na nich i rzucili się na drzwi aż odskoczyłem z wrażenia.
Wtedy wpadł mi do głowy dziki pomysł na zemstę.  

Diabły, które miałem właśnie przed sobą, pałały żądzą krwi. W ich oczach można było znaleźć tylko czysty chaos i niepohamowaną żądzę destrukcji. Gdyby mogły to pewnie przegryzły by kraty, drzwi i moją tchawicę z tej ogromnej złości. 
Postanowiłem uwolnić Belzebuba!
Odsunąłem zasuwę, uchyliłem lekko drzwi zapraszając ich tym samym do działania i radośnie wybiegłem z pracy. 
Byłem pewien, że w ciągu godziny nie będzie w budynku żadnej żywej istoty ani samego budynku.


czwartek, 6 sierpnia 2015

Towarzystwo Naukowe

Podczas przypadkowej rozmowy w jeszcze bardziej przypadkowym miejscu publicznym, ni stąd ni zowąd moja studentka zaproponowała mi dołączenie do ekskluzywnego towarzystwa naukowego miłośników Skody. Zgodziłem się pojechać z nią do wsi zabitej dechami, gdzie psy ogonami szczekają, z czystej ciekawości co z tego wyniknie. 
Już podczas pierwszego spotkania z prezesem, którym był znany profesor- postać goszcząca niemal codziennie na ekranach naszych telewizorów jako ekspert od wszystkiego, zauważyłem że chyba znalazłem się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Profesor okazał się być normalnym człowiekiem, który mówi zupełnie potocznym językiem, nie siląc się na mądrość i naukowość  w każdym przysłówku i partykule. Roztaczał przede mną wizje oszałamiającej kariery jaka wiąże się z przynależnością do Towarzystwa Naukowego, grożąc, że bez takich koneksji i znajomości habilitacja nie będzie możliwa i jednocześnie nie zdając  sobie sprawy, że ja osobiście zarówno jego, jak i towarzystwo, jak i całą tę wyprawę traktuję jako swoisty eksperyment. Dziwiłem się dlaczego ci możni i władni ludzie nie przesiedli się na bardziej ekskluzywne auta. Już po wyjeździe dowiedziałem się, że bycie miłośnikiem Skody wcale nie oznacza konieczności posiadania i jeżdżenia tym autem, lecz jest to tylko fasada, przykrywka i zmyłka dla postronnych, niewtajemniczonych osób. Coś pomiędzy ironią, pogardą a szalbierstwem w swej najgłębszej istocie. Tak głęboko ukrytymi, że tylko najbardziej wytrawni gracze intelektualni są w stanie je odkryć.  Wtedy- podczas spotkania myślałem, że to takie nieszkodliwe wariactwo, będące przejawem przywiązania do tradycji rodem z PRLu albo jakaś forma wyrzeczenia i umartwienia. O ja naiwny! Nie o wyrzeczenie tu chodziło tylko zwyrodnienie!
Po tym czarownym wstępie profesor przeszedł do meritum. Towarzystwo od czterdziestu lat, czyli od początku swojego istnienia, organizowało co roku wyjazdy na Białoruś dla elity swoich członków. Organizowało to może niewłaściwe słowo, bo wyglądało na to, że kompletnie nie wiedzieli jak to zrobić i dlatego mnie chcieli prosić o sprawdzenie czy wszystko jest w porządku. Razem z aktywem towarzystwa wzajemnej adoracji, tzn miłośników Skody, miał jechać chór wraz z dyrygentem- maestro wielce szanowanym przez najstarszych członków.  Maestro był tak poważany, ze nic już nie robił sam- nawet nie dyrygował  a sprawy administracyjne załatwiali dla niego inni członkowie. Jeden rzut oka na paszport maestro wystarczył, żeby stwierdzić dużą ilość karteczek- wiz, będących w różnym stopniu zniszczenia (podartych, wymiętych, odklejonych i odklejających się). Żadna z nich jednak nie była aktualna. Ku mojemu zdziwieniu- głośne stwierdzenie tego faktu nie wywarło na prezesie żadnego wrażenia. Z kamienną twarzą schował nabożnie paszport maestra do kieszeni tweedowej marynarki i poprosił, żebym odprowadził go na przystanek autobusowy. Była już północ i środek zimy ale nie chciałem sprawić przykrości swoją odmową, więc się zgodziłem. Mniej więcej w tym samym momencie izbę wiejskiej chaty zaczęli wypełniać członkowie towarzystwa, którzy chcieli odjechać z prezesem. Jako ostatnia wtoczyła się moja studentka, która na tle ich wszystkich wyglądała jeszcze dziwniej. Sama w nieokreślonym wieku (między 20 a 40 lat) w grupie 40 starszych mężczyzn, z wózkiem dziecięcym, bardzo głębokim, podniszczonym, sprzed ładnych kilkudziesięciu lat. 
Kiedy wszyscy opuścili izbę a ja podszedłem do wózka, zobaczyłem w nim półrocznego uśmiechniętego bobasa zatopionego prawie całkowicie w szarym i brązowym robactwie, wypełniającym wózek po brzegi, wylewającym się z niego i kłębiącym, tworzącym niemal jednolitą ruszającą się masę. Większość z nich stanowiły hybrydy żółwia z pijawką, ale były również żuki, pająki, żmije, karaczany, wije i karaluchy.  Wszystkie były sterylnie czyste i nie gryzły. Wyglądały jakby były żywego plastiku. 
Przy przystanku dziewczyna zatrzymała się. Blask księżyca oświetlił wnętrze wózka. Mała rączka chwyciła jakąś hybrydę. Dziecko rozgryzło biedne stworzenie i wepchnęło sobie do buzi drgające resztki odwłoka. 
Profesorowie otoczyli mnie i zaczęli się dziwnie uśmiechać. Krąg wokół mnie, dziecka i studentki zaczął się zaciskać a uśmiechy stawały się coraz bardziej demoniczne. Wreszcie zrozumiałem, że była to forma fizycznego i psychicznego nacisku, żebym zrobił coś bardzo konkretnego. Oczekiwali czynu, który by potwierdził mój związek z nimi, dzieckiem, studentką, robactwem. Sięgnąłem po jedyną różową glistę jaką wypatrzyłem w tym półmroku, rozgryzłem, przeżułem i połknąłem. Dziwne było nie to co zrobiłem w tej sytuacji tylko to, że kompletnie nie czułem obrzydzenia. Robak miał rzeczywiście plastikowy smak.
Z uśmiechem na ustach wszyscy jak jeden mąż wsiedli do autobusu,  nieświadomi faktu, że z granicy będą musieli wracać, bo nie mają wiz. 
Dziewczyna przed wejściem przekazała mi życzenie profesora, żebym pochodził po okolicy i pozbierał od wszystkich mieszkańców składki na towarzystwo. Byłem zmęczony, niewyspany i było mi wszystko jedno.
Pospiesznie wróciłem do chaty walcząc z zamiecią i położyłem się na jakiejś ławie pod oknem.
Kiedy się obudziłem, była pełnia lata. Ok 40 stopni. W kurzu i pocie poszedłem zbierać haracz.

środa, 22 lipca 2015

Maska


Pierwsze spotkanie z miastem wydawało się zupełnie nierealne- jakby podróżny przeniósł się w czasie i wprost z klimatyzowanego przedziału pendolino wszedł do XVIIIwiecznej Republiki rządzonej przez wszechwładnego dożę, co cesarzom i papieżom był w stanie się przeciwstawić. Wszystko wydawało się zaczarowane i bajkowe, choć podobno to zupełnie realne miasto złodziei i bandytów morskich biegłych w sztuce tortur i zabijania. Miasto zbudowane przez wyrzutków i uciekinierów, którzy potem odpowiednią monetą płacili całemu światu, rabując, paląc, niszcząc i sprzedając w niewolę każdego, kto wpadł w ręce- w tym pielgrzymów do Ziemi Świętej.
Można było odnieść wrażenie, że przestrzeń miasta to kanały i stare pałace, między którymi chyłkiem czmychają uliczki, które z kolei same nie wiedzą dokąd prowadzą. Na szczęście już po kilkudziesięciu godzinach można było też odkryć pierwsze zasady tej pokręconej logiki dawnych budowniczych.
Podczas całego pobytu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że bez względu na porę dnia czy nocy, po tych wąskich uliczkach lub unosząc się kilka centymetrów nad wodą kanałów, przemykają dziwne cienie, niczym jakieś duchy zmarłych. Nie udało mi się ich nigdy zobaczyć, ale cały czas miałem świadomość ich ruchu, przenikania do naszej rzeczywistości, oddziaływania na wszelką materię. Gdy pojawiało się ich więcej, miałem wrażenie, że zaczynam się dusić, tak jakby wdech nie wystarczył, żeby dotlenić organizm. Od czasu do czasu uchwyciłem tylko jakiś ruch kątem oka, jednak kiedy zwracałem wzrok w tym kierunku- niczego ani nikogo już tam nie było. Wydawało się, że ktoś lub coś bawi się moją niepewnością. Z jednej strony wyglądało to jak halucynacja- z drugiej jednak wrażenie było zbyt silne, żeby je zignorować, pozostawiając mnie w ciągłej niepewności, co do tego czy jestem zdrowy psychicznie. Duchy miasta ostrzegały swoim zachowaniem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze  tylko przed czym.
Przyjaźnie nastawieni sprzedawcy, kelnerzy i zwykli mieszkańcy nie zdołali zatrzeć dziwnego wrażenia, że człowiek jest tu istotą nieproszoną. Małe diabełki wygłodniałe cierpienia ofiar od stuleci szalały mącąc  mgły nad kanałami i zagęszczając upocone powietrze na Pl. Św. Marka. Nie mogąc dotknąć żywych wkurzały się jeszcze bardziej.
Spacerując ulicami tego bajkowego miasta dostrzec można było wyraźny cień, rodzaj zagrożenia, zgnilizny, zarazy, rozkładu, śmierci, poniżenia, uwiedzenia i upodlenia. Ten cień psuł wszystkie miłe wrażenia. Podczas jednego z takich spacerów bez określonego celu, zobaczyłem na wystawie maskę doktora od dżumy, która idealnie oddawała swoim wyglądem istotę miasta. Piękna, groźna i przerażająca. Po jej założeniu człowiek przemieniał się w ptaka z ogromnym dziobem i w okularach, istotę z pogranicza życia i śmierci- nie do końca wiadomo czy mającą chronić przed przejściem na drugą stronę i odpędzać demony, czy wręcz przeciwnie- pogłębić przerażenie konającego i uczynić odejście nieszczęśnika jeszcze bardziej dramatycznym. 
Trzeciego dnia po powrocie do kraju poczułem się fatalnie. Na ironię zakrawał fakt, że w środku lata obudziłem się z wysoką gorączką i innymi typowymi objawami grypy. Czułem, że płonie każda komórka mojego ciała, jakby każde mitochondrium było rozpalonym ogniskiem, pełnym żarzących się węgielków.  Silne dreszcze powodowały, że ciało kurczyło się i podskakiwało na łóżku niczym kłuta igłą raz po raz larwa i tak też bolało jakby je ktoś przekuwał na wylot. Miałem wrażenie, że pot zmoczył łóżko, jakby ktoś wylał na nie kilka wiader wody. Zalewały mnie fale zimna i gorąca na przemian.
Kolejny dzień też nie przyniósł ulgi. Ciągle chciało mi się wymiotować a gardło i nos zaczęła zalewać gęsta flegma, trudna do odkrztuszenia, gdyż przywierała i nie chciała spływać, nie dawała się odkrztusić, wypluć ani połknąć. Zacząłem się obawiać, czy podczas krótkich drzemek nie zaleje mi całkowicie krtani, gardła i płuc, uniemożliwiając oddychanie całkowicie i bezpowrotnie. Oddech stał się płytki- co parę minut musiałem się podnosić i nabierać oddechu z całych sił, żeby się nie udusić, bo ciągle brakowało mi powietrza. Wieczorem pojawiły się ciemno-czerwone krosty a świt odsłonił różne odcienie czerni na moim ciele, które obrzmiewały, rozdymały się a następnie pękały. Z ran wypływała wodnista cuchnąca ropa, sączyła się krew i limfa. Rozrywaniu się ciała towarzyszył ból tak intensywny, że co chwilę traciłem przytomność. Każde pęknięcie przynosiło z kolei ulgę i krótki sen. Zacząłem modlić się o śmierć.
Wtedy też sięgnąłem po maskę doktora od dżumy. Położyłem ją na piersi. Gasnąc, resztką przytomności chwytałem ostatnie wrażenia. Kołyszący się pokój, morderczy upał, tłuste i cuchnące powietrze przyklejające się do opuchniętego ciała, rozpływającą się w powietrzu niczym fatamorgana maskę. Dopiero teraz dostrzegłem, że była wykonana z ludzkiej skóry- a dokładniej ze skóry zdjętej z umierającego na dżumę. Gdyby nie bardziej ziemisty odcień to zlałaby się całkowicie z powierzchnią mojego ciała, jakby wyrastała bezpośrednio spomiędzy żeber, dziobem do góry. Niczym obcy/ demon/ piskorz wyłaniający się bezpośrednio  z mojego brzucha.
Świat coraz bardziej się rozpływał, odkształcał i oddalał jednocześnie. Na granicy świadomości tliło się wrażenie, że im bardziej odpływam, tym bardziej nasilają się jęki, zawodzenia, piski i ... chrobotania.

Pierwszy widok jaki ujrzałem po przebudzeniu to kaczy łeb. W nogach mojego łóżka siedziała sobie spokojnie dzika kaczka, wpatrująca się we mnie intensywnie i przechylająca od czasu do czasu dziób to w jedną to w drugą stronę, niczym lekarz diagnozujący stan chorego. Po jej lewicy siedział lew- miniaturka, który najwyraźniej musiał tu być, żeby wypełnić przeznaczenie ale najwyraźniej wbrew swej woli  i zupełnie nie interesował się moim losem. Po prawicy siedział szczur, odprawiający łapkami dziwne magiczne rytuały, gładzący od czasu do czasu pyszczek i skrzeczący po arabsku ni to modlitwy ni to zaklęcia.
Wokół ciała krzątały się moje zwierzaki- trzymiesięczny szczeniaczek, którego tuż przed wyjazdem przydomowiłem i który od początku miał zatroskany wzrok istoty, która wie oraz kotka u kresu życia, która przeniosła się do piwnicy, bo  gardziła szczeniakiem. Te dwa tak różne i skłócone stworzenia najwyraźniej współpracowały. Lizały mi rany a ja wracałem do życia. Szczeniak od czasu do czasu, w przerwach w lizaniu, podbiegał do maski i rozrywał ją metodycznie na coraz mniejsze strzępy.
Wtedy właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, które wcześniej kołatało się na granicy mojej świadomości ale nigdy nie zostało zwerbalizowane. Może po prostu cały czas bałem się konsekwencji, jakie by wynikałyby ze świadomości tego faktu i panicznie bałem się nazwać rzecz po imieniu. Tak czy inaczej uświadomiłem sobie już w pełni, że zarówno koty jak i psy są inkarnacjami aniołów, zesłanymi na ziemię, by chronić nas przed nami samymi. 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Nienazwanemu

Dopiero po kilkudziesięciu latach od chwili, kiedy ostatnio się widzieliśmy, nagle przed oczami stanął mi prawdziwy obraz przyjaciela z młodości. W tym jednym momencie zobaczyłem całość, istotę, tego co wcześniej bałem się nazwać lub czego nazwać nie było sposób.
Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy spotkałem go w szkole na lekcji.
Cicho i spokojnie przycupnął sobie całkowicie pogodzony z przykrym losem spadochroniarza. Była w nim wielka nieśmiałość, pokora wobec świata, lekkość, anielski spokój i delikatny skrzywiony uśmiech. Wszystko tak trudne do utrzymania, kiedy każdy nauczyciel mówi ci, że jesteś idiotą. Jednocześnie było w nim również edukacyjne piętno, przez które w oczach kolegów wyglądał na niedorozwiniętego intelektualnie trolla.
Tego samego dnia wracaliśmy razem do domu. Urwaliśmy się z ostatniej lekcji i przeszliśmy kilka kilometrów razem rozmawiając o wszystkim i o niczym. On nadłożył drogi, żeby mnie odprowadzić do samych drzwi.
Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się co to jest rock.
Potem wielokrotnie rozmawialiśmy o muzyce i wielokrotnie przemierzaliśmy kilometry między domami a szkołą, aż ja poszedłem do tej najlepszej w okolicy a on do najgorszej. Rozejście się dróg było rzeczą zupełnie naturalną, kiedy jeden chciał zostać lekarzem a drugi  był zwykłym odrzutem systemu edukacyjnego PRL.
Widywaliśmy się wprawdzie rzadko, w większości zupełnie przypadkowo- w drodze z miasta, w pociągu do domu, na mieście, czy u znajomych,  ale przetrwał między nami ten specyficzny rodzaj więzi, która łączy ludzi wspierających się w odrzuceniu. Ani on ani ja nigdy nie mieliśmy bliskich, przyjaciół, krewnych, na których moglibyśmy w czymkolwiek liczyć. Wręcz odwrotnie- w przypadku jakichkolwiek kłopotów obowiązywała zawsze ta sama zasada w domu co i w szkole- winny był zawsze młodszy lub słabszy.
Już wtedy w klasie zdałem sobie sprawę, że jest w nim jakaś trudna do rozwikłania zagadka; tajemnica, którą dane mi było tylko przeczuwać ale nie rozpoznać ani tym bardziej określić. No bo co można powiedzieć o człowieku w oku cyklonu, stojącym  nieruchomo i bez lęku, choć wszystko wokół niego wiruje?
Ta tajemnica powodowała, że wszyscy ludzie bez wyjątku traktowali go jak przezroczystego. Jakby był utkany z wody lub powietrza. Większości to zupełnie nie obchodziło, no bo szkoła była przecież czyśćcem, przez który trzeba jakoś przejść, a Nic dodane do obowiązkowego życia nie mogło zmienić ogólnego rozrachunku krzywd i lęków.
Ta przezroczystość nie przeszkodziła jednak w zainteresowaniu dziewczętom, które były w stanie dostrzec kryjącą się w toni tajemnicę. Dotyczyło to szczególnie nieznajomych dziewcząt, spotkanych po raz pierwszy- przypadkowo, w pociągu, czy na ulicy obcego miasta. W ich oczach widać było fascynację. Jakby był w nim wielki magnes. Nieraz odczuwałem ten szczególny dyskomfort człowieka zbędnego, gdy rozmowę przerywała nam znienacka przysiadająca się panna  i mówiąca tylko do niego, jakby mnie w ogóle nie było. Wtedy to ja stawałem się przezroczystym. Wiele lat później uświadomiłem sobie ten prosty fakt, że obaj byliśmy przezroczyści. Jemu dawano to odczuć cały czas, podczas kiedy ja doświadczałem tego tylko w takich szczególnych sytuacjach damsko- męskich.
Kiedy pierwszy raz się upiłem to właśnie z nim.
Uczciliśmy najpierw jego pełnoletniość, potem moją, potem odprowadziłem go do domu, a potem on mnie odprowadził, aż zdecydowaliśmy się rozstać nad ranem gdzieś w połowie drogi- kilka kilometrów od niego i kilka kilometrów ode mnie. Ostatnia rzecz jaką pamiętałem tej nocy to chwiejące się drzewa, niczym olbrzymy wyciągające do mnie konary, skąpane w chłodzie jesiennej słoty, i smagane biczami ulewnego deszczu, jak potop zalewającego wszystko i zamieniającego w błotnistą breję nawet myśli . Potem jeszcze przebłyski świadomości w tych chwilach, kiedy dotarłem do domu nad ranem i próbowałem upolować umykającą dziurkę od klucza, przemoczony, zmęczony do granic nieprzytomności, z psem wskakującym mi na ramiona, ręce, głowę i przewracającym swego pana na ziemię. Chwile wtedy wydawały się wiecznością. W końcu, kiedy myślałem już, że będę musiał spać na wycieraczce w tych strugach deszczu, kaszlący i z cieknącym nosem, wpadłem na pomysł, żeby palcem wskazującym lewej ręki trzymać dziurkę od klucza, a prawą ręką 'zjeżdżać' po mojej lewej aż do czubka palca. W ten sposób udało mi się trafić, wejść do pokoju i paść na łóżko twarzą do ziemi. W moje ślady poszedł pies. Położył się na mnie, niczym sfinks na worku ze złotem i warczał jak ktoś próbował podejść. Rano obudziło mnie zatrucie alkoholowe, które jak się potem okazało, trwało 3 dni, czyli kolejną wieczność.
Wtedy po raz pierwszy w życiu myślałem, że umieram.
On wrócił do domu mniej więcej tak samo, z tą jedynie różnicą, że na plecach, na samym środku, miał odciśnięty błotnisty ślad stopy.
Nie myślałem o nim często. Od czasu do czasu wracał we wspomnieniach nawet wiele lat po ostatnim spotkaniu ale więź (o dziwo!) nigdy nie  utraciła  swojej siły, podobnie jak wspomnienie wydawało się nie tracić swojej wyrazistości.

Wiele lat po ostatnim spotkaniu i wiele kilometrów od mojego domu rodzinnego, w mieście, które stało się częścią mnie, obudziłem się nagle w środku nocy z uczuciem, że ktoś siedzi na skraju łóżka i mi się troskliwie przypatruje, tak jakby chciał odgarnąć pot z czoła umierającego a jednocześnie czuł skrępowanie i wstrzymał ruch ręki w połowie drogi. Przewróciłem  się na drugi bok i nie zobaczyłem nikogo. Ciemność nie była ani mniej ani bardziej mroczna. Kiedy zasypiałem, miałem wrażenie, że ktoś chodzi po domu i czegoś szuka- bezszelestnie otwiera szuflady, przegląda kredensy, szafy i szafki, zagląda pod zlew i wannę.
Następnego dnia dostałem telefon od kuzynki, że mój przyjaciel wszedł pod nadjeżdżający pociąg i zginął na miejscu.
Już nigdy nie było pierwszego razu. Zostały same powtórzenia bez początku i bez końca. Pochodzące z nicości i nie wiadomo dokąd wędrujące repetycje.
Więź- co ciekawe- nigdy nie zniknęła, ani nawet nie osłabła. Umierałem z jej świadomością i przeszedłem z nią na drugą stronę.

 
Dem Unbenannten
 
 
Erst zig-Jahre nach unserer letzten Begegnung stand mir plötzlich vor Augen das wahre Antlitz meines Jugendfreundes.
In diesem einen Augenblick sah ich ihn in seiner Ganzheit, sein Wesen, das alles was ich früher beim Namen zu nennen fürchtete, oder auch was gar nicht zu nennen möglich war.
Ich erinnere mich an das erste Mal, als ich ihn in der Schule, beim Unterricht, traf.
 
Ruhig und leise, geduckt und mit dem bedauerlichen Schicksal eines Sitzenbleibers gänzlich versöhnt.
In ihm wohnte eine ungewöhnliche Schüchternheit, eine Unterwürfigkeit, eine Leichtigkeit, eine Engelsruhe und ein sanftes schiefes Grinsen.
All dieses doch schwer zu ertragen, zumal dir jeder Lehrer sagt du wärst ein Idiot.
Gleichtzeitig zeichnete ihn ein Bildungs-Stigma aus, wodurch er, in den Augen seiner Kollegen, das Aussehen eines intelektuell unterentwickelten Troll’s hatte.
 
Am gleichen Tag hatten wir den selben Rückweg. Wir schwänzten die letzte Unterrichtsstunde und gingen die ein paar Kilometer zusammen, redeten über Alles und Nichts.
Er machte sogar einen kleinen Umweg um mich bis vor die Haustür zu bringen.
Damals erfuhr ich, zum ersten Mal, was das Wort “Rock” auf sich hatte.
 
Danach sprachen wir oft über Musik und gingen häufig den Weg zwischen Schule und Daheim gemeinsam.
Bis zum Schulwechsel.  Ich wechselte in die beste in meinem Einzugsgebiet, er ging in die schlechteste.
Diese Wegetrennung war eine alltägliche Sache wenn einer Arzt werden wollte und der andere das Abfallprodukt des PRL-Bildungssystem war.
 
Danach sahen wir uns zwar selten, meistens zufällig; auf dem Weg zur Stadt, im Zug auf der Heimreise, bei Bekannten, aber das spezifische Band das Menschen verbindet in ihrer Ablehnung, das blieb.
 
Weder er noch ich hatten jemals Angehörige, Freunde oder Verwandte auf die man zählen konnte. Es war geradezu umgekehrt – im Falle irgendwelcher Schwierigkeiten galt immer das gleiche Gesetz, daheim wie in der Schule – schuldig war immer der jüngere oder der schwächere.
 
Schon damals, in der Klasse, wurde mir bewusst, daß in ihm irgendein schwierig zu lösendes Rätsel schlummerte, eine Geheimnis, das ich nur erahnen aber weder erkennen noch benennen imstande war.
Denn was kann man auch über einen Menschen sagen, der in einem Tornado-Auge immer noch seelenruhig und furchtlos dasteht trotz das alles um ihn ins trudeln gerät..
 
Das Geheimnis das ihn umwehte, verursachte, daß alle – ohne Ausnahme – ihn wie Luft behandelten. Als wäre er aus Wasser oder Luft gewoben.
Der Mehrheit war dies vollkommen egal, die Schule war doch eh ein Fegefeuer durch das man irgendwie durch muss, und ein Nichts, das man dem obligatorischen Leben zufügte, konnte die allgemeine Bilanz von Unrecht und Furcht nicht ändern.
 
Diese Durchsichtigkeit störte aber die Mädchen, die imstande waren das tiefliegende Geheimnis zu erahnen, in ihrem Interesse an ihm, nicht.
Es betraf vor allem Mädchen die ihn zum ersten Male, und zufällig, trafen;  im Zug oder auf den Strassen einer fremden Stadt.
In ihren Augen sah man dann Faszination, als wenn in denen ein großer Magnet gewesen wäre.
 
Manchmal fühlte ich dann das besonderes Unbehagen eines Überflüssigen, vor allem als unser Gespräch plötzlich von einem Mädchen unterbrochen wurde, daß sich zu uns gesellte und das dann nur mit ihm sprach, als wäre ich überhaupt nicht vorhanden. Dann wurde ich durchsichtig.
 
Viele Jahre später wurde mir die einfache Tatsache bewusst – wir beide waren durchsichtig.
Er spürte dies die ganze Zeit und ich erfuhr es nur in den speziellen Situationen mit den Mädchen.
 
Meinen ersten Rausch erlebte ich mit ihm.
Erst feierten wir seine Volljährigkeit, dann meine, danach begleitete ich ihn nach Hause, anschliessend er mich, irgenwann entschieden wir, am frühen Morgen und mitten auf der Strecke, uns zu verabschieden, einige Kilometer von seinem, und einige Kilometer von meinem Zuhause.
 
Das Letzte an was ich mich aus dieser Nacht erinnere sind schwankende Bäume, die wie Reisen ihre Äste nach mir streckten. Rundum tobten die Herbsstürme, es regnete in Strömen und verwandelte alles in einen dicken Matsch, sogar die eigenen Gedanken.
 
Dann noch einige kurze Lichtblicke von Bewusstsein, als ich am frühen Morgen daheim angekommen bin und versuchte das Schlüsselloch zu finden. Durchnässt, agespannt bis zur Besinnungslosigkeit und mit einem Hund der mich ansprang und zum Boden warf.
Die Augenblicke kamen mir wie Ewigkeiten vor.
 
Endlich, als ich schon dachte ich müsse in diesem Regen auf dem Türvorleger übernachten, hustend und mit einer triefenden Nase, kam mir die rettende Idee, mit dem linken Zeigefinger das Schlüsselloch zu orten, und mit der rechten Hand einfach entlang der Linken bis zum Zeigefinger herunterzufahren. Mit dieser Methode traf ich endlich in das Schlüsselloch, betrat das Zimmer und fiel mit dem Gesicht auf das Bett.
Der Hund tat es ähnlich, er legte sich auf mich wie eine Sphinx auf einen Goldsack und knurrte sobald jeman nur in unsere Nähe kam.
Früh weckte mich eine Alkoholvergiftung auf. Wie sich hinterher herausstellte, dauerte diese 3 Tage, also eine weitere Ewigkeit.
Ich dachte, zum erstem Male in meinem Leben, ich müsse sterben.
 
ER kam nach Hause in einem ähnlichen Zustand, mit einem Unterschied – am Rücken, genau in der Mitte, hatte er einen schlammigen Fussabdruck.
 
Ich dachte selten an ihn.
Ab und zu kehrte er in meinen Erinnerungen zurück, sogar noch viele Jahre nach unserem letzten Treffen.
Unsere Verbundenheit (welch ein Wunder!), verlor aber nichts an ihrer Kraft, auch die Erinnerungen verloren nichts an ihrer Klarheit.
 
Viele Jahre nach unserem letzten Treffen und viele Kilometer von meinem Zuhause entfernt, in einer Stadt, die inzwischen ein Teil von mir wurde, wurde ich plötzlich, mit dem Gefühl jemand sässe auf meiner Bettkante und schaute mich fürsorglich an, wach. So, als ob dieser einem Sterbenden den Schweiß von der Stirn wischen wollte, und gleichtzeitig aber in der halben Bewegung, vor Verlegenheit, hielt.
Ich drehte mich um, sah aber niemanden.
Die Dunkelheit war nicht mehr und nicht weniger düster.
Als ich beim Einschlafen war, kam es mir vor, daß jemand durch das Haus geistert und nach irgendetwas auf der Suche war. Geräuschlos wurden die Schubladen geöffnet, der Küchenschrank besichtigt, die Schränke, Schränkchen, jemand schaute unter das Waschbecken und die Badewanne..
 
Am nächten Tag rief mich meine Cousine an und berichtete, mein Freund hätte sich vor einen fahrenden Zug geworfen. Er verstarb an der Stelle.
 
Es gab nie wieder ein Erstes Mal.
Es gab nur noch Wiederholungen ohne Anfang und ohne Ende.
Sie stammten aus dem Nichts und es ist nicht bekannt wo diese Wiederholungen hinwanderten..
 
Unsere Verbundenheit – und das ist das Interessante – verschwand nie, sie schwächte auch nie ab.
Ich starb mit desem Bewusstsein und schreitete mit diesem auch auf die Andere Seite.

środa, 9 lipca 2014

Podchody


Nie mieli szans. Cała sytuacja wyglądała bardzo źle, żeby nie powiedzieć tragicznie. Koledzy tym razem dopadli młodszych w przejściu między blaszanymi sklepami. Dwóch cherlaków na wprost dwóch osiłków na środku długiego korytarzo- tunelu. Może właśnie ten brak szans ucieczki był czynnikiem, który spowolnił napastników i spowodował, że zapragnęli rozkoszować się przewagą. Podeszli wolno do sparaliżowanych lękiem ofiar, przyglądając się uważnie drżącym sylwetkom z wybałuszonymi ze strachu oczami. Ach cóż to za wspaniałe uczucie, kiedy ze swoją ofiarą możesz zrobić co ci się tylko podoba. Bez świadków, bez sumienia i żadnej moralności. Kiedy możesz dać upust i napawać się! Po prostu raj dla  tłumionych boleśnie psychopatycznych skłonności.
Sparaliżowanym wydawało się, że to zbliżanie się napastników trwa bez końca. Jak dobrze byłoby mieć cały ten łomot już za sobą. Z drugiej strony dopóki nie znaleźli się w kleszczach żelaznych uścisków sadystycznych chuliganów, był jeszcze jakiś cień szansy. Może uda się coś wymyślić, może ktoś przyjdzie i przeszkodzi w maltretowaniu, może piorun z jasnego nieba walnie w nich i zabije na miejscu albo zdarzy się inny cud.
Z trzeciej strony- co można wykombinować? Nie zjawi się przecież żaden czarnoksiężnik- wybawca ani rycerz na białym koniu.
Pozostawało więc tylko czekać na dopełnienie nieuchronnego przeznaczenia, co w świecie układów szkolnych oznaczało, że młodsi i słabsi są zawsze workami treningowymi dla starszych i silniejszych.
I właśnie wtedy, dokładnie w momencie gdy napastnicy zabrali się do metodycznego obcinania maluchom guzików u mundurków, jeden z nich przypomniał sobie, że w plecaku ma cudowny przedmiot, który jakiś czas temu znalazł wyorany na polu, a który teraz mógł się okazać prawdziwym zbawieniem, narzędziem zemsty, godziwą zapłatą, tudzież innym artefaktem skupiającym w sobie miliony cudownych właściwości i możliwości.
Malec przechylił spuszczoną głowę skazańca lekko w stronę kolegi  w nieszczęściu. Tamten stał skamieniały ze wzrokiem spuszczonym w dół jakby w okolicach czubków swoich butów próbował wypatrzyć przyszłość i odkryć jak bardzo będzie bolało. Malec ukradkiem złapał kolegę za połę mundurka i zaczął ciągnąć a kiedy to nie wystarczyło już całkiem jawnie szturchnął go pod żebro. Tamten zdziwiony przekrzywił głowę i spojrzał na kolegę.
Malec dał koledze wzrokiem sygnał do ucieczki, po czym z całej siły odepchnął go tak, że ten przeleciał między nogami  oprawców i znalazł się tuż za nimi. Obaj rzucili się do szaleńczej ucieczki, która normalnie nie mogła mieć szans na powodzenie.
Minęło trochę czasu, zanim dwóch głupkowatych osiłków zorientowało się, że te szczyle próbują prysnąć. Z niedowierzaniem puścili się za uciekającą zwierzyną a gniew w nich narastał i narastał z każdym oddechem.
Malec w biegu sięgnął do plecaka i wydobył cudowny artefakt. Z opowieści wojennych dziadka pamiętał, że po wyciągnięciu zawleczki  trzeba odczekać kilka sekund. Nie pamiętał ile. Dobiegając do końca korytarza odbezpieczył,  policzył do dwóch i rzucił za siebie. Granat potoczył się i wpadł do głębokiej wyrwy między chodnikiem a ścianką sklepu.
Eksplozja ogłuszyła nadbiegających osiłków. Gniew, który rozpalał umysł w jednej sekundzie zmienił się w ciężar zalegający niczym zimny kamień  w płucach, żołądku i sercu.W jednej chwili stali  poranieni, skamieniali, pokryci ceglanym pyłem ale cali.
Najpierw puściły zwieracze, potem emocje. Uderzyli w szloch i pobiegli przed siebie. Wpadli wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Nie mieli żadnych szans.

 Die Schnitzeljagd
Sie hatten keine Chance. Die gesamte Lage sah schlecht aus, um nicht zu sagen tragisch.
Diesmal erwischten die Kollegen, in einem Durchgang zwischen den Blechläden, die Jüngeren.
Zwei Schwächlinge gegenüber zweien Halbstarken, mitten in einem Tunnelflur.
Vielleicht war eben diese Chancenlosigkeit einer der Faktoren weshalb die Angreifer ihr Tun verlangsamten und ihr Vorteil erstmal geniessen wollten.
Sie kamen langsam, auf die vor Angst gelähmten Opfer zu, und beobachteten genauestens wie diese mit hervorquellenden Augen zitterten.
Ach ist das ein herrliches Gefühl, wenn Du mit deinem Opfer tun kannst was du magst. Ohne Zeugen, ohne Gewissen, ohne jegliche Moral. Du kannst dich auslassen und daran weiden. Für die unterdrückten psychopatischen Neigungen ein wahres Paradies.
Den Paralisierten kam es vor, dass das Näherkommen der Angreiger endlos dauert. Wie schön – hätte man das Getöse schon hinter sich. Andererseits aber – so lange sie noch nicht im Zangengriff der sadistischer Halbstarker waren, bestand noch ein kleiner Hauch einer Chance. Vielleicht findet sich doch noch etwas; eine Idee, oder es kommt jemand vorbei und verhindert diese Schlacht, vielleicht ein Blitz vom Himmel der diese trifft und auf der Stelle erschlägt.
Wie kann man das deichseln? Es kommt doch kein Zauberer vorbei, ein Erlöser oder ein Ritter am weissen Schimmel.
Es blieb also nichts anderes übrig als warten auf das was nicht zu verhindern war und was im Schulleben üblich ist – die Kleinen und Schwächeren dienen den Großen als Trainingsäcke.
Und just in diesem Moment als die Anreifer anfingen den Kleinen methodisch die Knöpfe von ihren Schuluniforme abzuschneiden, erinnerte sich einer, dass er doch im Rucksach ein wunderbares Ding besitzt. Dieses hätte er unlängst auf einem Feld ausgegraben und jetzt könnte es vielleicht ein Gegenstand sein, der ihnen die Erlösung bringt. Ein Rachewerkzeug, eine angemessene Bezahlung, gegebenfalls ein Objekt das in sich Millionen Eigenschaften und Möglichkeiten konzentriert.
Der Kleine neigte den abgelassenen Kopf eines Verurteilten sachte zum Kollegen im Unglück. Dieser stand versteinert mit tiefem Blick nach unten, als ob er an seinen Schuhspitzen die Zukunft lesen könnte und damit entdecken wie sehr es gleich wehtun würde. Der Knirps erfasste verstohlen den Kollegen an der Schuluniform, er zog daran und als auch das nicht reichte, stiess er ihm zwischen die Rippen. Dieser neigte seinen Kopf und schaute seinen Kollegen verwundert an.
Der Knirps gab diesem ein Augenzeichen für die Flucht, danach schubste er ihn mit seiner ganzer Kraft so stark, dass dieser zwischen den Beinen der Henker hindurchflog, und sich hinter ihnen wieder fand.
Beide stürzten sich in eine wilde Flucht, die normalerweise keine Chance auf Erfolg hätte haben können.
Der Kleine griff, noch im Rennen, in seinen Rucksack und holte den wunderbaren Gegenstand heraus. Aus den Kriegserzählungen seines Grossvaters wusste er, dass es nach dem Herausziehen des Splints nötig ist einige Sekunden abzuwarten. Er wusste nicht mehr wie viele davon. Am Ende des Korridors entsicherte er es, zählte bis zwei und warf es hinter sich. Die Granate rollte und fiel in eine tiefe Lücke zwischen dem Gehweg und der Wand.
Die Explosion betäubte die herannahenden Halbstarken. Die Wut die den Verstand erhitzte verwandelte sich augenblicklich in ein Gewicht das sich wie ein kalter Stein auf deren Lungen, Mägen und Herzen legte. Sie standen da, verletzt, versteinert, mit einem Ziegelstaub bedeckt, aber lebend.
Erst liessen die Schliessmuskeln nach, dann die Emotionen. Schluchzend rannten sie vor sich hin. Sie liefen direkt in einen herannähernden Laster. Sie hatten keine Chance.