piątek, 9 sierpnia 2019

Burza

Długo przebywałem poza domem rodzinnym i po powrocie mogłem spojrzeć na niego już z zupełnie innej perspektywy. Wracając, czułem się częścią tej rodziny, skrywających wiele tajemnic i tonącej w niedopowiedzeniach, a jednocześnie poza. Tym samym zyskałem perspektywę głębokiego wglądu we wszystko, co się działo, bo rozumiałem znaczenie drobnych gestów i przemilczeń a jednocześnie, dzięki swojemu uniwersyteckiemu przygotowaniu mogłem odczytać dodatkowe znaczenia, o których nie mieli pojęcia domownicy, ale nie mieli również pojęcia, że tak łatwo zdradzają swoje intencje. 

Jako pierwszą spotkałem babcię Żorżetę, która nadzwyczaj pięknie się starzała. Zawsze elegancka i  nienagannie ubrana, jakby miała wyjść na przyjęcie lub w gości. Powitała mnie wylewnie, z niezakłamaną sympatią. Do matki i ojca nawet nie zajrzałem, bo wiedziałem, że jest im wszystko jedno, czy przyjechałem i że zwyczajowo powitają mnie pustym, chłodnym wzrokiem, bez wyrazu, jakbym był przelatującym obok domu liściem. Rzuciłem więc plecak w kąt i wyszedłem odwiedzić znajomych. Zanim jeszcze zdążyłem wyjść, pięcioletni siostrzeniec rzucił się na niego i zaczął rozbebeszać, szukając ukrytych zabawek i słodyczy. 
Wychodząc spotkałem ojca, który stał pośrodku sadu, w lekkim rozkroku, podparty pod boki, palący fajkę i z sumiastym wąsem. Mrużył oczy i przyglądał się dachowi krytemu eternitem. Tylko  rzucone przez ułamek sekundy w moją stronę spojrzenie, świadczyło o tym, że mnie w ogóle zauważył.

W drodze do domu złapała mnie burza z piorunami. Kiedy dotarłem na miejsce, zastałem inny zgoła widok. Dach już z daleka wyglądał na zrujnowany. A kiedy wszedłem na poddasze i wkroczyłem do pokoju babci Żorżety, zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy: starą kobietę z rozczochranymi, brudnymi, klejącymi się tłustymi włosami, w równie starej, niezmienianej od tygodni pościeli, z różnobarwnymi plamami na sienniku. Wiedziałem, że w pokoiku obok mieszka wuj Roman, który czasem pomagał babci w pozbieraniu się i odpicowaniu, ale nigdy nie przypuszczałbym, że ta nadzwyczaj elegancka kobieta może mieszkać w takim chlewie. Przez powiększającą się szczelinę w dachu woda lała się do pokoju strumieniami, spływając następnie po schodach na dół. 

Po metalowej, rdzewiejącej drabince wszedłem na dach i stanąłem na murze pośrodku mroku strzępionego błyskawicami. Stał tam już ojciec, który szacował skalę zniszczeń, równie niewzruszony jak wcześniej, kiedy go widziałem w sadzie. Powiedział, że jak chcę dłużej zostać, to muszę naprawić dach. Popatrzyłem na to, co zostało z pokrycia domu. Eternit zmieszany z papą i resztkami karpiówki niewiadomo skąd, powierzchnie zachodzące na siebie, dziury i szczeliny po całości. Część przesunięta poza granice murów, część dyndająca-  tylko czekać kiedy się oderwie i runie. Przez szczeliny z góry widać było spokojnie śpiącego wujka i zawodzącą babcię. Dwa oddzielne, nieprzystające do siebie światy.

Kiedy schodziłem, spotkałem siostrę przyrodnią Edytę. Wyszła kompletnie naga, świecąc mi biustem po oczach. Wiedziałem, że to prowokacja, wynikając z jej konfrontacyjnej natury. Zalała mnie potokiem słów, w którym występowało mnóstwo  trudnych wyrazów, mających świadczyć o tym, że ma rację. Miała "uroczy" zwyczaj prezentacji kompletnej pogardy dla reguł języka polskiego. Im dłuższy był jej wywód tym bardziej skomplikowany i absurdalny. Wielokrotnie złożone zdania i zupełnie szalone zestawienia niepasujących do siebie słów miały dowodzić  głębi wypowiedzi. Tymczasem dla osób wykształconych, orientujących się w znaczeniach, większość tych zestawień nie miała sensu. Dowodziła w efekcie raczej jakiejś "głąbi". Zrozumiałem z tego tyle, że Edyta chciała się kłócić ze mną  i stała po stronie ojca. Zanim skończyła mnie zalewać kolejna fala pseudouczonego bełkotu- obudziłem się.

Byłem na wykładzie z pedagogiki ogólnej a profesor właśnie prowadził dyskusję sam ze sobą, czy lepsze jest wychowanie w zależności, pod kloszem, zabezpieczające, czy trzeba dzieci jak najszybciej  zderzać z rzeczywistością i pozawalać się im usamodzielniać poprzez wychowanie niezależne. 

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że podobne rzeczy słyszałem od Edyty. Uświadomiłem sobie, że  chodziło jej o to, żebym zawsze słuchał ojca i nie wkurzał go.
Ja widziałem to zawsze inaczej. Dla mnie dom był miejscem, które powinno dawać oparcie i bezpieczeństwo. Takim, w którym możesz dobrze wypocząć i do którego zawsze chcesz wrócić a nie uciekasz jak najdalej. Jednocześnie nie wykluczało to dawania dzieciom swobody, żeby jak najszybciej mogły wyfrunąć z gniazda i zbudować własne domy. 
Postanowiłem, że mój dom będzie inny. Nie taki, którego rozszczelni jakakolwiek burza.Bez względu na to do jakich wniosków w końcu dojdzie profesor prowadzący wykład.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Wizytanci

Pierwszy raz spotkałem go, będąc jeszcze dzieckiem. Miałem 10 lat i klęczałem skulony na ławie w kuchni, przed oknem. Była grudniowa noc, około Bożego Narodzenia, więc mrok zapadał dość szybko. W chacie żar buchał z rozpalonego pieca i przyjemne, rozleniwiające ciepło rozlewało się na całą izbę. Zatopiony w półmroku obserwowałem jak rodzice krzątają się przy wieczornych, typowych gospodarskich obowiązkach. W oborze naprzeciwko okna zobaczyłem matkę wychodzącą z wiadrem mleka i zmierzającą w prawo, w stronę  świniarni. 
Po lewej stronie najpierw zatrzeszczała brama i poruszył się płot a następnie otwarła uliczka, przez którą wszedł cielak wielkości krowy, przystanął przy wejściu do obory, obok zaspy śniegu i spojrzał w moim kierunku. Nie tylko jego wielkość była dziwna. Po pierwsze- nie mieliśmy żadnego cielaka. Po drugie jego kształt był rozmyty. Nie mogłem dostrzec wyraźnie konturów, pomimo jasno świecącego księżyca- wydawało się bardziej, że ktoś udaje cielaka, albo jakieś inne zwierzę. Ktoś okryty wielkim prześcieradłem, kto mnie chce nastraszyć. Ale kto miałby mnie straszyć na moim własnym podwórku i dlaczego? Do dziś zostało mi wrażenie mrożącego lęku- przenikającego głęboko i powodującego, że dusza kurczyła się ze strachu i zapadała w sobie. 

Drugie spotkanie miało miejsce, kiedy służyłem przymusowo w gospodarstwie u Niemców podczas wojny jako koniuszy, a czasem stangret albo i zwykły parobek. Miałem wtedy 17 lat. Bauer kazał mi zaprząc konie do kolaski i odwieźć znajomego do domu. W drodze powrotnej przyczepił się do mnie duży, biały pies. Biegł razem z powozem. Raz przed końmi, raz z lewej, raz z prawej. Kiedy kolejny raz zbliżył się do kolaski i zrównał ze mną- śmignąłem go znienacka batem z całej siły i wszystko mi niespodziewanie zgasło. Obudziło mnie batożenie i pomstowanie bauera, który rzucał wszystkimi niemieckimi przekleństwami, jakie tylko zdążyłem poznać podczas pobytu w folwarku. Udało mi się uciec i schować za spichlerze. Z rozciętą głową, wybitym okiem, zakrwawiony i roztrzęsiony, odczekałem aż minie mu złość i będę mógł wrócić do swoich obowiązków. Jak się później dowiedziałem- konie same mnie przywiozły nieprzytomnego a ja na podwórku spadłem z kozła i wylądowałem w zaspie. Tam mnie znalazł bauer i próbował ukatrupić. Na szczęście potrzebował parobków i nie wydał gestapo.

W latach pięćdziesiątych, kiedy już się ożeniłem i miałem dwójkę dzieci, doszło do kolejnego zdarzenia.  Teść w posagu dał córce kawałek ziemi, na którym się pobudowaliśmy po ślubie. Ziemia była goła i nieurodzajna, ale pracowałem cały czas, nawet nocami, żeby mieć swoje. Drzewa jednak rosną wolno a węgla nie można było dostać, więc zaprzągłem konia i pojechałem pozbierać trochę drewna na opał do pobliskiego lasu. Załadowaną furmankę zatrzymała milicja, bo sąsiad ormowiec zaszpiclował. Zaczaili się przy drodze i na mnie czekali. Za przywłaszczenie mienia  wsadzili na 24 godziny i pod sąd. W sumie kosztowało mnie to 2 lata odsiadki, ale to 24 godziny aresztu były najtrudniejsze. Umieścili mnie z innym nieszczęśnikiem w nieogrzewanej izbie w starym dworku, przerobionym na areszt. Zdaje się, że w piwnicach były katownie UB, ale wtedy nic spod podłogi nie dobiegało. Nakryliśmy się derkami, co nam dali i poszliśmy spać. Około północy obudził nas straszny łoskot, jakby ktoś przetaczał nad nami wielką kulę z jednego końca pokoju na drugi. Wyciągnęliśmy zapałki i ze znalezionych starych gazet ukręciliśmy coś w rodzaju knota. Kiedy pojawiło się trochę światła, łoskot natychmiast ustał. Kiedy zgasło światło- rumor był tak głośny, że nie dało się spać. Jakby ta kula miała przebić sufit i spaść prosto na nas, przygnieść nas i zabić. Nie było więc wyjścia. Wyszukaliśmy w izbie cokolwiek dało się palić i paliliśmy po kolei. Rano przyszli strażnicy, bardzo zdziwieni, że wytrzymaliśmy całą noc. Nikomu wcześniej się to nie udało. Powiedzieli nam, ze dom był nawiedzony, bo ktoś fałszywie oskarżony powiesił się w tej celi, w której byliśmy osadzeni. 

Dzisiaj umieram na raka. Minęło ponad pół wieku od naszego pierwszego spotkania. On stoi w kącie pokoju, widoczny tylko dla mnie. Byt na granicy rzeczywistości i omamów. Sam nie należy do żadnego z tych światów, a ja go widzę tak dobrze jak on mnie. Wpatruje się i najwyraźniej na coś czeka od kilku dni, od kiedy się pojawił. Jest zupełnie nieporuszony, mimo, że ja zwijam się z bólu, jak tylko przestaje działać morfina. Za chwilę wejdzie mój dorosły już syn, który da mi ostatni bardzo bolesny zastrzyk. Potem i tak trzeba będzie wzywać pogotowie, które zawiezie mnie do szpitala, gdzie ostatecznie umrę. 

Powiadają, że wizytanci zjawiają się w szczególnych momentach a mądrzy ludzie wiedzą, co to dla nich oznacza. Nie każdy też może ich doświadczyć. Pozwalają się zobaczyć tylko tym, którzy są w stanie znieść ich widok i zapanować nad przerażeniem. Być może dlatego właśnie mój syn zobaczy ich tylko jeden raz w życiu, a wnuczka, której już nie poznam- nie ujrzy ich nigdy. 



czwartek, 27 czerwca 2019

post mortem

Najbardziej w tym wszystkim martwiło mnie wypożyczenie samochodu. Nawet przelot wydawał się bez znaczenia przy całym lęku związnym z prowadzeniem auta w obcym kraju. Do tego na oczach moich podwładnych i pewnie jakiegoś modelu, do którego nie jestem przyzwyczajony. Pewnie minie trochę czasu zanim  do niego przywyknę, oswoję się, zacznę nim czuć jak ciałem.
Cała wyprawa budziła we mnie nieokreślone obawy. Właściwie to nic mi się nie podobało. Nie było czegoś, co mógłbym potraktować jak kotwicę rzeczywistości i co pozwoliłoby mi czuć się na miejscu. Samo wybrażenie jak to miałoby wyglądać- te wojaże po obcych miastach, krętych, wąskich, górskich drogach, zdewastowanych, źle oznaczonych, gdzie mieszkańcy mają kompletnie inną kulturę jazdy napawało mnie głębokim, pierwotnym lękiem, którego czułem w każdej komórce ciała, niczym drżenie membrany głośnika.
Na szczęście lęki okazały się nieuzasadnione. Tylko lot był dziwny. Gdzieś w środku trasy maszyna wpadła w turbulencje.
Po wylądowaniu wszystko szło gładko jak we śnie i trochę jak w malignie właśnie się czułem. Może to kwestia przemęczenia a może psychicznego nastawienia ale miałem wrażenie, jakbym cały czas znajdował się w symulatorze życia. Włoskie drogi nieco przypominały  trasy wyścigowe z gier komputerowych. Auto prowadziło się topornie i choć teoretycznie było szybsze od mojego drobnego miejskiego suzuki, to zupełnie nie miało przyspieszenia i czułem się jak w czołgu.
Spotykani ludzie mieli w sobie coś papierowego, jakby pozbawieni ciała i duszy, z wyłączonymi lub zmoderowanymi emocjami, słabym kontaktem. Bez więzi, człowieczeństwa. Coś pośredniego między zombi a sztuczną inteligencją.

Wiele razy wracałem i ciągle wracam w myślach do tego wyjazdu. Analizowałem na różne sposoby, co się stało, że zacząłem odczuwać rzeczywistość jak przez bibułę, oblepiony woskiem, niezdolny do emocjonalnych poruszeń a i w ruchach jakiś ospały i spowolniony.

Wczoraj byłem świadkiem wypadku. Kobieta chciała przejść przez dwupasmówkę i wbiegła prosto pod nadjeżdżający samochód. Uderzenie było tak silne, że wyrzuciło ją kilka metrów w górę, po czym ciało upadło z tępym łoskotem na asfalt. Po chwili kobieta wstała, jak gdyby nigdy nic i poszła dalej przez jezdnię, nie zważając na przemykające auta. Dziwnym trafem już żadne w nią nie uderzyło ponownie. Zadziwiająca była precyzja, z jaką potrafiła przechodzić między samochodami, wsparta brakiem emocji i powolnością ruchów. Samochody nawet nie zwalniały, jakby kierowcy  jej nie zauważali a ona szła również jednostajnie.

I nagle mnie olśniło. Przeszedłem na drugą stronę. Wtedy podczas turbulencji w samolocie musiało dojść do jakiejś awarii albo ataku. Moja świadomość nie odnotowała niczego takiego prawdopodobnie dlatego, że eksplozja wyłączyła zmysły zanim  te cokolwiek odebrały. Prawdopodobnie przeszedłem od razu do świata alternatywnego, którzy inni nazywają piekłem, niebem lub czyśćcem. Nie mogę czuć już tego co wcześniej, bo ten świat, który widzę od czasu lądowania nie jest tym samym, z którego wystartowałem.

Zostałem skazany na byt w niebycie. A może sam się skazałem- kiedy wbrew przeczuciom, mówiącym że wszystko jest nie na swoim miejscu,  zdecydowałem się na wyjazd.

środa, 26 grudnia 2018

Przepowiednia

Od niepamiętnych czasów rodzina była naznaczona piętnem przekleństwa. Z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie legendę, według której miał się kiedyś objawić Zbawiciel i przerwać klątwę.
Dzieci były uczone nadziei i hardości zarazem, żeby mogły się przeciwstawić najgorszym przeciwnościom losu.Bez tolerancji dla błędów, okazywania uczuć i bez litości wobec zaniedbań. Niestety skutkowało to powszechną nienawiścią i złością, którą potomstwo dziedziczyło w genach, wysysało z mlekiem matki  i niosło potem w świat, karmiąc nimi swoje nowe rodziny. To zadziwiające, jak ci ludzie mogli w ogóle przetrwać, wychowywani posród skrzących się złorzeczeń i przy świście bata. Może przed rzezią powstrzymywała ich nadzieja na odkupienie a może beznadziejne i ateistyczne pogodzenie się z losem.
Dziadkowie  i rodzice w każdym nowym pokoleniu upatrywali Zbjawiciela, lecz wciąż bezskutecznie. Ciągle się wszyscy na siebie obrażali, gniewali i podejrzewali o spiski a na koniec procesowali i wydzierali pazurami dziedziczone dobra. Oczywiście przy akompaniamencie wyzwisk i przekleństw. Czasami świstów bata.

 Mieszkańcy urządzili tu swoje prywatne Macondo, tak odległe od całego świata, rządzące się swoimi prawami, regulowane specyficznym poczuciem wstydu i zbudowane na hierarchii, zdefiniowanej przez ilość posiadanych morgów. Najbiedniejsi mówili o sobie, że są niezamożni a zamożni jawnie okazywali pogardę całemu światu ale najbardziej tym niezamożnym sąsiadom. Na miłość nie było miejsca. Morgi żeniono z morgami  a biedni dziedziczyli biedę.

Najmłodszy syn był od początku chorowity. Zresztą niewiadomym było czy powinien się w ogóle pojawić na świecie. Matka zaszła w ciążę już grubo po czterdziestce, co wydawało się kompletnym cudem w warunkach tradycyjnej wsi. W dodatku namawiana była ciągle, żeby "zepsuć", bo i tak przecież trudno będzie wychować dziecko starzejącej się kobiecie. A jak wcześnie osieroci to tylko trubel i nędzny żywot dla takiej istoty, pisany bólem, niedostatkiem i upokorzeniem a i pewny trubel też dla całej rodziny.

Naturalna dziecięca ciekawość wcześnie zaprowadziła go na skraj śmierci, kiedy przy żniwach w sierpniu, spragniony sięgnął po czerniejące się pięknie przy drodze jagody. Miał 4 lata i gdyby nie transfuzja, nie byłoby tych lat w jego życiu więcej.
Potem choroby regularnie, w zgodzie z porami roku, atakowały, toczyły i osłabiały, prowadząc aż do wyczerpania na granicę życia. Jednocześnie w tym drobnym chłopcu tkwiła jakś niesamowita ciekawość i zadziwienie odkrywanymi tajemnicami świata. Całe więc dnie i wiekszość nocy przepędzał w pokoiku na poddaszu, z kotami i gołębiami. Latem zaszywał się w trawach na łące, między kępkami drzew, przy strumyku, albo pomiedzy snopkami słomy, z książką i psem. Tak mijały dni, tygodnia a wreszcie lata.

Kiedy wyjechał, zaczął bardziej panować nad swoim zdrowiem a  organizm wyraźnie się wzmocnił. Im bardziej oddalał się w czasie od swojego dzieciństwa, tym bardziej i w przestrzeni od miejsca urodzenia. Co pewien czas dobiegały go wieści z domu niezgody, z których wynikało, że nic się nie zmienia w jego Macondo.
Zawsze wtedy myślał o przepowiedni, wyczekując znaków zwiastujących nadejście tego najważniejszego gościa, który byłby w stanie przemienić ludzi. I nigdy nic podobnego się nie zdarzyło, choć czekał przez całe życie.

A kiedy nadszedł czas życiowych bilansów, tuż przed śmiercią, po raz ostatni wrócił myślami do łąk, traw, drzew i strumyków. Wtedy po raz pierwszy pomyślał o sobie. Może był najmądrzejszy spośród tych ludzi. Być może on był predystynowany do odkupienia. Jednak czy z oddali na pewno widać lepiej? Może to sentyment krzywił właściwy ogląd. Równie prawdopodobne było przecież to, że wróciwszy, zostanie odrzucony, jako potomek biedaków, choćby był i zamożny, choćby w świecie coś zdobył i czegoś dokonał. W tamtej mentalności zawsze pozostałby synem biedaków, bez względu na aktualny status.

Zatem nie jemu przypadła rola zbawiciela. Ta społeczność nie była jeszcze gotowa. Możliwe jest też, że nigdy nie dojrzeje a przepowiednia kłamała, albo została zmyślona przez wioskowego głupka, albo... że po śmierci, przyjściu innych ludzi z nowymi ideami, bedzie dopiero kiedyś żyzna gleba gotowa na dobrą nowinę.

Tak czy inaczej- najlepsze, co mógł zrobić, to zbawić samego siebie poprzez salwowanie się jak najdalej- dokładnie tak jak zrobił- do innego kraju, odmiennej kultury, obcego języka, drugiego kontynentu.


niedziela, 25 listopada 2018

Wziemięwzięcie

Wczesne lata nie były właściwie przeżyte. Twarde warunki hartowały ciało i ducha, więc dzieci były nawykłe do myślenia, że mogą liczyć tylko na samych siebie. Najmłodsze, piąte o imieniu Hieronim było już przygotowane do tego, aby jak najszybciej wyprowadzić się z domu wiecznej niezgody, nieogrzewanego zimą i upoconego latem, który miał niezmiennie od niepamiętnych czasów status niedokończonej budowy.

Nieustające kłótnie nader szybko przekonały go, że po maturze trzeba wyjechać jak najdalej i pozostawić agresywne nieokiełznane diabły samym sobie. Tego poniżenia i piekła na ziemi nie odbierał zresztą wówczas jako opresji, lecz jako naturalny stan rzeczy; los, co przecież nie może być moralnie naznaczony w żaden sposób.

Wyjeżdżając, oszukał poniekąd przeznaczenie. Wydawać by się mogło, że uniknął tego losu, który zgotowali mu swarliwi rodzice i rodzeństwo z piekła rodem, co to nie pozabijało się tylko dlatego, że rodzice później wzięliby na nich odwet i za pobicie na śmierć  odpowiedzieli niechybnie również zatłuczeniem.

Przez całe lata studiów i życia, dorobku, tułaczki i budowania,Hieronim odcinał się od przeszłości znaczonej rozpadającą się chatą. Od czasu do czasu wracał w rodzinne strony, żeby doświadczać śmierci ojca, matki, a potem rodzeństwa po kolei. Zresztą słowo doświadczać jest tu przesadne, bo w nieogrzewanym domu trudno było przecież o ciepłe uczucia. Albo rozpalone emocje albo lodowaty chłód. Stąd też i doświadczanie było jak przez mgłę. Jak przez pergamin.

Za każdym pobytem przyglądał się grobowi rodziców. Najpierw postawionemu na zapas- z jednym tylko ryciem w kamieniu, potem pęczniejącemu, bo i wyciętych napisów przybywało, wraz z każdą pogrzebaną i przywaloną osobą. Po cmentarzu rozsiane były również inne groby dalszej rodziny, które odwiedzał z rzadka. Nie tyle z sentymentu, którego przecież być nie mogło, co dla autodefinicji i chłodnej analizy rodzinnej przeszłości.

Podczas któregoś z pobytów doświadczył przedziwnego, obcego mu dotąd uczucia sentymentu. Zaczęło się to od grobu siostry Anielki, która zmarła niemowlęciem będąc, nie doczekawszy pierwszego roku, po zaledwie kilku miesiącach życia. Stojąc nad grobem wyobrażał sobie te lute zimy na wsi w zimnym domu, z których jedna przyniosła dziecku śmiertelną grypę, a ze skrawków różnych opowieści zbudował własny patchwork.  Była w  nim rozpacz matki, którą tak bardzo bolała utrata miłości jej życia i była wściekłość ojca, który wywlókł księdza z zakrystii i za pomocą gróźb wspartych uderzeniami pięści, zmusił do chrzczenia gasnącego ciała. Były wspomnienia matki płaczącej tygodniami, nawet po wielu latach, już w czasach jego dzieciństwa, jak również bezdenna otchłań jej oczu, w których od czasu do czasu błyskała tylko czysta nienawiść do świata i ludzi.
Od tego właśnie czasu grobowiec rodziców pociągał go coraz bardziej i bardziej. Można powiedzieć, że w pewien sposób fascynował, otoczony magiczną aurą, wołający. Apogeum tego wołania przypadło na czas, kiedy siostrzeniec postanowił przenieść grób Anielki i połączyć z pochówkiem reszty rodziny. Była to bolesna formalność, bo Hieronim uświadomił sobie, że po półwieczu, które minęło od śmierci siostry, jej prochy  ostatecznie zmieszały się z ziemią a kości w większości rozpuściły. Zwłaszcza dlatego, że to kości niemowlęcia, więc mniej odporne na czas. W takich sytuacjach przenosi się tylko symbolicznie grudkę ziemi na nowe stanowisko a resztę przeznacza na nowy grób.

Dłuższy czas rozmyślał o grabarzu kopiącym ten nowy grób na miejscu siostry. Jakie jest prawdopodobieństwo, że trafi na nierozpuszczone do końca szczątki.
Myślał też o tym jak bardzo i jak daleko udało mu się oddalić od rozpadającej się chaty, piekła rodzinnego i nienasyconego grobowca.  I o tym jak bardzo trzeba było się odciąć, żeby móc zacząć żyć. Chciał się pochylić nad płytą, bo wydawało mu się, że dostrzegł pęknięcie. Oparł stopę tuż przy brzegu i w jednej chwili zapadł się w jamę grobową, uderzając głową o brzeg płyty nagrobnej. Stracił przytomność a ziemia przysypała ciało wypełniając usta, oczy i nos. Odcinając dopływ powietrza i dusząc. Gasnąc, uświadomił sobie, że tak naprawdę nigdy nie wyjechał. Dół od zawsze czekał na niego tu właśnie w tym miejscu a on przez cały czas śnił sen o sukcesie i wolności.

piątek, 2 listopada 2018

Saksy

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy dopiero co skonała NRD, w zielonej krainie płynącej sokiem jabłkowym i obfitującej w ogóry kiszone na miliony sposobów, zwanej Spreewald, studenci z Polski masowo trafiali do pracy w roli robotników sezonowych. Z uczelni wprost na pola tworzącej się nowej niemieckiej rolnej klasy średniej.  I ku zadowoleniu obydwu stron.
Po wielu perypetiach, próbach zatrudnienia się w różnych miejscach, w sposób mniej lub bardziej zorganizowany i zapośredniczony, w jakiś przedziwny i nie do końca wyjaśniony sposób i ja dostąpiłem możliwości zarabiania prawdziwych pieniędzy, za które mogłem później utrzymać się przez cały rok na studiach.
W spokojnej wsi mieszkał sobie dobry gospodarz o nazwisku Bauer, który miał małą przetwórnię owoców. Prowadził ją ze swoją żoną, niebieskooką blondynką, której uroda jeszcze do końca nie przygasła. W tym niewielkim zakładzie Helmut Bauer zatrudniał nieliczny personel- raptem kilka osób- swoją dojrzałą,śliczną żonę Helgę, rudobrodego zięcia Kurta o spojrzeniu mściwego wikinga, nie do końca rozgarniętą sąsiadkę Minę w średnim wieku no i dwóch gastarbeiterów z Polski- Zenka i mnie.
Zenek był bardzo prostym człowiekiem, jednak nadzwyczaj zdolnym. Kiedyś przy winie wiśniowym (które też produkowało małżeńśtwo Bauer) opowiadał mi jak ciężko pracowali z żoną na to, żeby wydobyć się z nędzy głębokiego PRL-u i stanąć na nogi o własnych siłach. Jak to sprzedawali, co się tylko udawało sprzedać tuż po otwarciu granic i jak mu było szkoda każdej zarobionej marki do tego stopnia, że był w stanie biegać za polewaczką miejską po Berlinie, żeby się napić i nie tracić nic z tego, co udało się zarobić. Przecież szkoda każdej niemieckiej marki i każdego feniga! Praca u Bauera była dla mnie początkiem, przerwą w życiorysie, tymczasem i międzyczasem- dla niego zaś wydawało się, że jest spełnieniem marzeń i ukoronowaniem "kariery". Wówczas zadziwił mnie przede wszystkim tym, jak dobrze nauczył się mówić po niemiecku. Twierdził, że "tylko" przebywając i rozmawiając z Niemcami, praktycznie bez żadnych kursów, studiów, czy podręczników. 

Podczas pierwszego mojego pobytu u rodziny Bauerów, kiedy byłem jedynym Polakiem pracującym w zespole niemieckim, czułem się nadzwyczaj doceniony. Byłem jednym z nich. Nie miała znaczenia narodowość, pochodzeniem, wykształcenie i na dodatek wszyscy byli zachwyceni moją znajomością języka. Zbyt krótkie dni pracy były wypełnione powszednimi rytuałami: rozpalanie w piecu, przerwa na piwo, sprzątanie, układanie skrzynek, przerwa na śniadanie (kawa+ kanapki z żółtym serem i kiszonymi ogórkami), rozlewanie soków, mycie i beczkowanie ogórków, obiad, sprzedaż soków, butelkowanie, kolacja, sprzątanie. I tak dzień w dzień z wyjątkiem niedzieli. Tylko od casu do czasu zmieniała sie kolejność czynności. 

Kiedy przyjechałem w następnym roku, zaszły pewne zmiany. Przede wszystkim w obejściu kręcił się już Zenek, który był najwyraźniej w jeszcze lepszej komitywie z gospodarzami niż ja. Nie zmieniły się same rytuały, co trochę uśpiło moją czujność, jednak w miarę jak mijały kolejne dni zacząłem odkrywać coraz większą złożoność sytuacji.

Przede wszytkim Helmut stawał się praktycznie z każdym tygodniem coraz bardziej wybuchowy, arogancki, nieprzewidywalny, złośliwy i szukający zwady (nie wiadomo tak do końca z kim). Z drugiej strony dość często można było go zobaczyć, jak wcześnie rano, przed rozpaleniem ognia pod kotłami, albo późno wieczorem, kiedy w rozlewni nikogo już nie było- siedział na skrzynce, popijając piwo, mamrocząc coś do siebie i pochlipując. Widok dużego zwalistego Niemca, popłakującego w rękach był.... co najmniej dziwny. Zagadnięty przeze mnie pewnego razu Zenek wyjaśnił, że właściwie to cały dom jest w żałobie, ponieważ córka popełniła samobójstwo-Podcięła sobie żyły brzytwą, otruła się i powiesiła jednocześnie, co wskazywało na niesamowitą determinację.  Według Zenka przyczyną było przepracowanie, choć ja nie zaobserwowałem śladów szalonej gonitwy w celu wyrobienia wyśrubowanych norm. Ale mogłem się mylić.-Sytuacja mogła się przecież zmienić po tym samobójstwie, które położyło się cieniem na całej rodzinie. On najwyraźniej z wyrzutami sumienia, matka pełna niezgody i codziennie na cmentarzu, no i zięć, jak się później okazało, też chowający urazę.

Druga opowieść jaką mnie uraczył Zenek była związana z bardziej odległą przeszłością rodziny Bauerów. Małżeństwo było według niego typowym mezaliansem. Ona- piękna córka miejscowego bauera i szefa NSDAP, zakochała się w biednym, aczkolwiek pracowitym chłopcu, który mógł w posagu wnieść tylko swoją pracowitość. Chyba był akceptowany z musu, bo córka tak wybrała, ale bez radości w rodzinie, na chłodno.

Trzecia opowieść była związana z zięciem. Jego status w firmie był bardzo niejasny. Wyglądało na to, że jest kimś w rodzaju kierownika i decyduje o wszystkim, o czym nie może lub nie chce decydować Helmut. Kurt niewiele mówił i rzadko się uśmiechał- może raz na 2 miesiące. Pod koniec mojego pobytu Zenek opowiedział mi jak pewnego razu wściekły z jakiegoś błahego powodu Kurt rzucił się na niego z nożem a innym razem, kiedy juz zasypiał w pijackim odurzeniu, przysięgał, że pewnej nocy zdybie Helmuta gdzieś na odludziu w lesie i zabije za to, że zamęczył pracą swoją córkę.

Ostatnia opowieść dotyczyła Miny. Ta dobrotliwa, sympatyczna Frau, która jawiła mi się (podobnie jak Helga) jako ucieleśnienie stereotypów o  niemieckich kobietach (pulchniutkich niebieskookich blondynkach, których życie kręci się wokół trzech rzeczy Kinder+Kueche+Kirche, i które sprzątają w ramach rozrywki w każdej wolnej chwili). Właściwie w serii opowieści Zenka, serwowanych przy byle okazji kiedy tylko zostawaliśmy sami,  Mina jawiła się jako przebiegła żmija, która cały czas  knuje jak go oczernić w oczach szefa i która ciągle na niego donosi. 

Pęczniejąca i gęstniejąca atmosfera musiała kiedyś pęknąć niczym wrzód i się wylać na nas wszystkich. Po paru ekscesach w rodzaju rzucania przedmiotami, sypania wyzwiskami i obrażania się wszystkich na siebie nawzajem, los przypieczętował ostateczne rozwiązanie, dzięki któremu nie musiałem się już dusić w oparach źle ukrywanej lub nawet jawnej złości wszystkich na wszystkich.

Pewnego ranka, kiedy butelkowaliśmy soki, jedno ze szkieł pękło i ostra tafla wbiła mi się głęboko między palce, kiedy próbowałem ją wyciągnąć ze zmywarki. Poczułem jak coś gorącego zalewa mi dloń.-To była moja krew, która chlusnęła na podłogę. Poczułem się nieco absurdalnie- jakbym był na wojnie i granat urwał mi rękę. Potem w ciągu kilku sekund poczułem mrowienie, mdłości, zakręciło mi się w głowie i omal nie zemdlałem. Odszedłem na bok, ściągnąłem szybko rękawice, rozerwałem rękaw koszuli i szybko zawinąłem dłoń. Przez parę minut czułem tak silne mdłości, że wahałem się między wymiotowaniem a omdleniem. Kiedy odszedłem od maszyny i owiał mnie wrześniowy poranny chłodny wiaterek, odzyskałem nieco energii do życia a serce przestało bić jak oszalały ptak.

W szpitalu fachowo zeszyto mi dłoń i pożegnałem się ze Spreewaldem już chyba na zawsze. Helmut odwiózł mnie do granicy a ja szczęśliwy, że przeżyłem, już bez pzeszkód wróciłem do kraju.

Wracając potem wielokrotnie myślami do rodziny Bauerów, zastanawiałem się nad możliwymi wymiarami tych wszystkich opowieści i intryg. Zestawiając z sobą dwa jakże różne pobyty, próbowałem dociec, czy to ja byłem tak naiwny i nie byłem w stanie dostrzec wielu rzeczy, czy też wyobraźnia Zenka przekraczała wszelkie granice w tych jego opowieściach. Nie wiem do dzisiaj co myśleć o tych licznych intrygach "dworskich" i zepsutych charakterach. Kto tak naprawdę kręcił intrygi a kto był przedmiotem intryg. Czy burza i napór były w tych poczciwych Niemcach, czy też przywiał ją do obejścia polski huragan. A może nie było wcale żadnej burzy, tylko ułańska fantazja. A może ... to tylko manipulacje cwanego gastarbeitera, który mógł najpierw tworzyć wrażenie a potem (a to ci dopiero niespodzianka!) może nawet podłożyć pękniętą taflę szkła w odpowiednie miejsce. Wszak każdy sposób jest dobry, żeby pozbyć się konkurenta do zasobnej sakiewki Bauerów, pełnej umiłowanych marek. 



środa, 23 maja 2018

Spotkanie na krańcu Europy

Spotkanie było umówione na godzinę 9.00 rano . Kiedy starszy pan wysiadł z samolotu w środku nocy i opuścił lotnisko, zorientował się, że ostatni pociąg metra odjechał przed chwilą,  autobus zaś ponad 2 godziny wcześniej. Nie zastanawiając się zbyt dużo, podszedł do taksówki i poprosił o kurs do centrum miasta, mając nadzieję, że taksówkarz nie zedrze z niego skóry.
To było dobre posunięcie. Auto podjechało prosto pod hostel a taksówkarz jeszcze starszy od starszego pana okazał się bardzo przyzwoitym człowiekiem.
Kiedy  podszedł do uchylonych zapraszająco  drzwi wejściowych, zorientował się, że hostel o pięknej nazwie Viridiana, powinien znajdować się gdzieś na 1 piętrze. Nie było takiego wskazania na domofonie jednak nazwa znajdowała się między nazwami różnych firm bez oznaczenia piętra (jako ostatnia widniała nazwa hostelu) a nazwą firmy z oznaczonym wyraźnie pierwszym piętrem i potem po kolei już były wskazane biura zajmujące kolejne piętra.

Starszy pan spojrzał na walizkę i stwierdził, że na pierwsze piętro może wejść bez windy. 

Niestety nie znalazł tam hostelu tylko jakieś biura. Zejście i ponowne studiowanie napisów na tabliczkach też nic nie pomogły. Zaświtała myśl, że może hostel znajduje się w jakimś przyziemiu, piwnicy albo w podwórzu? Ale nie widać było nigdzie ani żadnego zejścia do piwnicy, ani też wyjścia z klatki schodowej na podwórze. Tylko winda i schody w górę.
Starszy pan podszedł do domofonu i nacisnął przycisk. Po drugiej stronie włączyła się automatyczna sekretarka, która obwieściła, że wejście jest otwarte i jednocześnie dało się słyszeć brzęczenie sygnalizujące zdjęcie blokady drzwi, które i tak były przecież otwarte. Poza tym nie wydarzyło się nic więcej.
Ponownie wszedł na pierwsze piętro i sprawdził wejścia do biur a następnie wrócił na dół i nacisnął przycisk domofonu. Sytuacja się powtórzyła. Zrobiło się trochę kawkowsko.

Po kilku nieco nerwowych użyciach przycisku zjechała winda, ale nikt z niej nie wysiadł. Starszy Pan pomyślał chwilę i stwierdził, że może warto sprawdzić wyżej. Hostel rzeczywiście znajdował się na 2 piętrze.

Zostało mu jeszcze na tyle przytomności i adrenaliny, żeby sprawdzić dojazd do miejsca spotkania. Nie wydawało się to trudne a poza tym zawsze oprócz mapy będzie można posłużyć się też nawigacją w smartfonie.

Zbyt krótki sen nie przyniósł wypoczynku. Sute i smaczne śniadanie nieco wynagrodziło trudny poprzedniego wieczora. Kończąc posiłek starszy pan zwrócił uwagę na świsty i pohukiwania wiatru oraz smaganie deszczu w okiennice. Na szczęście nie był to jego pierwszy pobyt w Portugalii więc wydawało się, że jest odpowiednio przygotowany na kwietniowy deszcz i zimno.

Droga do metra zajęła kilka minut, więc lekki deszczyk nie wydawał się przerażający. Po wyjściu z metra coś się jednak nie zgadzało. Niestety mapa została w pokoju a na ekranie smartfona nawigacja pokazywała dziwny kierunek.

Starszy pan podszedł do stojącego obok i przyglądającego mu się mężczyzny, chcąc zapytać o drogę. Ten nie był w stanie określić właściwego kierunku, mimo, że pytanie dotyczyło jednej z największych ulic w Lizbonie.

Wrócił do stacji metra i jeszcze raz spróbował określić właściwy kierunek na ekranie smartfona.

Nie pomogło.

Zapytał kolejnej osoby. Ta pospiesznie wskazała na ulicę po przekątnej i pomknęła dalej.
Starszy Pan wyszedł poza teren metra, przechodząc przez kilka skrzyżowań ze światłami. Po każdym przejściu deszcz wzmagał się coraz bardziej aż  chlusnął strugami, niczym rzeka. 

Omal nie upadł. 

Pospiesznie schronił się przy wejściu do restauracji a następnie cały skulony wyciągnął smartfona i zaczął jeszcze raz sprawdzać kierunek na mapach google. Udało się odczytać, że jest tylko 20 minut pieszo do celu a zegarek wskazywał 8.10. Chwilę trwało zanim udało się wyznaczyć na nowo kierunek i trasę. Po kolejnej chwili wydawało się, że deszcz nieco zelżał, choć nadal lało jak z cebra. Chyba to była właśnie ta chwila, kiedy należało zdecydować o szukaniu taksówki lub zmierzaniu pieszo do celu.

Starszy pan wybrał pójście pieszo. Zawsze to będzie szansa na zobaczenie Lizbony nie tylko z okien autobusu i poza turystycznym centrum.

Po 30 minutach okazało się, że smartfon pokazuje niewłaściwy kierunek. Nic się nie zgadzało- ani nazwy ulic ani ich ułożenie. Na domiar złego deszcz zaczął się nasilać, aż znowu z nieba polały się strugi, jakby ocean chciał potopić ludzi.

Starszy Pan był już cały przemoczony. Rozgrzany organizm buchał gorącem a  deszcz dla kontrastu-ziębił. Wychłodzenie organizmu tuż tuż a zegarek wskazywał już tylko 10 minut do spotkania.
Brnąc w strugach deszczu, postanowił w końcu znaleźć jakąś taksówkę. Niestety wyglądało na to, że trafił na osiedle położone na krańcach miasta, z domkami rodzinnymi, bez urzędów, sklepów i biur. Przez pewien czas kręcił się po ulicach, starając się zorientować gdzie tak naprawdę się znajduje. Im więcej jednak chodził tym bardziej był zdezorientowany, przemoczony i zmęczony. Czuł coraz wyraźniej, że opada z sił i za chwilę już nie będzie mógł zrobić ani kroku. W końcu schował się w jakiejś bramie, nie wiedząc co dalej. Już nawet nie można było odczytać ekranu smartfona.Nie wiedzieć czemu- albo to portugalskie słońce było zbyt mocne albo bateria była już bliska wyczerpania.

W tej beznadziejnej sytuacji nawet jakaś taksówka przemknęła, ale uciekła zanim zdążył się zorientować i przejrzeć kurtynę deszczu zalewającego oczy.

Zobaczył jakieś auto wyjeżdżające z garażu. Jego rozpaczliwe machania w ostatniej chwili zauważyła pani siedząca za kierownicą. Pytania zbywała czarującym uśmiechem, nie licującym z beznadzieją sytuacji. Biegłym angielskim z amerykańskim akcentem wyjaśniła, że nie ma pojęcia jak się nazywają poszczególne ulice ani nawet na jakiej się teraz znajduje. 

Bezsensowne spotkanie i paplanina pogłębiły jeszcze  i tak już potworne wrażenie chaosu, absurdu i końca wszystkiego. Jakby to nie apokaliptyczny ogień piekielny miał unicestwić ziemię, tylko biblijny potop.

Kiedy już nie można było nic wymyślić, a nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa i drżenie ciała zwiastowało krańcowe wyczerpanie organizmu, starszy pan udał się w kierunku najbliższych drzwi i zadzwonił. Wydawało się, że z drugiej strony coś zaszurało budząc na chwilę nadzieję, jednak efekt z tego znowu był żaden.

Zadzwonił ponownie i po raz kolejny dało się słyszeć poruszenie z drugiej strony drzwi. Po chwili  uchyliły się. Stał tam inny starszy pan, który przekręcił głowę w sposób charakterystyczny dla niedosłyszących i wyczekiwał.  Przybysz starał się możliwie szybko i krótko wyjaśnić swoją sytuację, wylewając jednocześnie całą gorycz i upodlenie. Gospodarz kiwał głową ze zrozumieniem i widać było, że cały czas się nad czymś zastanawia. Kiedy skończył się potop słów, zelżały też strugi deszczu. Gospodarz zaczął w zawiły sposób tłumaczyć drogę do celu. Wynikało z tego, że dystans jest wciąż znaczny. W tym czasie strumienie potopu zaczęły zalewać ziemię po raz kolejny coraz bardziej intensywnie.

Starszy pan spojrzał wymownie. Gospodarz odczytał właściwie wzrok zbitego psiaka oraz postawę ciała, uśmiechnął się i obiecał dostarczyć starszego Pana na umówione spotkanie.

W pokoju było przejmująco zimno. Usiadłszy, czuł jak spływa po nim woda, pot, zmęczenie, rezygnacja. Charakterystyczne, przyjemne osłabienie, graniczące z omdleniem, zawsze było sygnałem, ze organizm żrą drobnoustroje a grypa lub przeziębienie wylęgnie się w ciągu dni i zaatakuje bezlitośnie. Niestety trzeba było tak wytrzymać cały dzień. Dwie ostatnie aspiryny wystarczyły na jeden raz. W hotelu raczej nie miał tego typu lekarstw, bo liczył  jednak trochę na wysokie temperatury a nie ulewę i słotę. Teraz sobie to uświadomił właśnie, że nie był wcale tak dobrze przygotowany jak mu się wydawało. Właściwie to nie był wcale przygotowany.

Po spotkaniu wrócił szybko do hotelu i próbował się osuszyć. Zdjął wszystko z siebie, włączył ogrzewanie, które dało zaledwie kilka stopni ciepła, wylał wodę z butów i wyżął skarpetki. W ostatniej chwili, tuż przed atakiem febry, wskoczył pod kołdrę i skostniały przedrzemał do rana.
Rozgrzał się dopiero przy śniadaniu, gdzie było pod dostatkiem wrzątku.

Drugi dzień spotkania minął już bez niespodzianek, choć niedosuszone ubrania bardziej ziębiły niż chroniły przed zimnem.

Zasypiając wieczorem, zastanawiał się, czy było warto upierać się, żeby iść w strugach deszczu zamiast zamówić po prostu taksówkę. W tym wieku to może być ostatnia grypa w życiu- taka, która je zakończy. Przygotowanie do wyprawy okazało się ułudą a drobna decyzja obnażyła głupotę albo chwilowy brak rozsądku, co na jedno wyjdzie w ostatecznym rozrachunku. Jeśli z tego powodu jednak przyjdzie mu umrzeć, to nie zdoła się już uwolnić do samego końca od natrętnej myśli, że prawdziwą przyczyną śmierci była głupota, od której zawsze tak bardzo chciał uciec i którą pogardzał, jak niczym innym na świecie.