piątek, 17 stycznia 2020

Niepamięci

Zdarzało mi się to już wcześniej. Dość regularnie od pewnego czasu. Najczęściej wtedy, gdy tak głęboko pogrążyłem się w myślach, że zapomniałem o całym świecie. Najczęściej też podczas jazdy: pociągiem, tramwajem, autobusem lub podczas prowadzenia auta. 
W tym ostatnim przypadku było najgorzej, bo kiedy budziłem się z letargu i wracałem do rzeczywistości, nie od razu byłem w stanie uchwycić związek między mną a światem. Potrzebowałem nieco czasu, żeby się zorientować, gdzie jestem i dokąd jadę. O ile miejsce i to kim jestem, byłem w stanie zidentyfikować dość szybko, o tyle cel podróży zwykle zdawał się ulotny przez kilka a nawet kilkanaście minut. Rozsądnym rozwiązaniem zdawało się zatrzymanie na poboczu i wyczekanie momentu, kiedy powróci świadomość, ale znacznie wygodniejsze było płynięcie w strumieniu innych aut, otulony mglistym i złudnym poczuciem nadziei, że pamięć szybko powróci.  I jak do tej pory zawsze wracała. Zawsze zanim pojawiła się konieczność zmiany kierunku. Trzeba było tylko pokonać niewygodne poczucie zagubienia, skoncentrować się i cierpliwie poczekać. 

Tym razem było jednak inaczej. Przede wszystkim utknąłem w tej mojej regularnie narzucającej się niepamięci. Kiedy część świadomości połączyła się z ciałem, pamiętałem już tylko siebie od tej właśnie chwili wybudzenia. I tak jechałem przez miasto, nie mając seledynowego pojęcia dokąd. Nieco przyjemne poczucie zagubienia zaczęło się zmieniać stopniowo w lęk i coraz wyraźniejsze, a wreszcie przytłaczające przerażenie, wypełniające lędźwie, trzepoczące się niczym motyle w biodrach, pośladkach i podbrzuszu. Nieustępliwe, szamoczące się, promieniejące w stronę ramion, płynące niczym fluid w stronę mózgu, skroni, czoła, ściskające obręcz barkową i tłumiące oddech. Jakby kowal wyciskał miech.

Lęk narastał wraz ze świadomością, że wciąż mijam kolejne skrzyżowania, nie mogąc przypomnieć sobie dokąd jadę. Może już przejechałem a może powinienem skręcić właśnie teraz. No i co będzie jak już utknę na dobre w niepamięci? Jakie ważne obowiązki nie zostaną wypełnione? Jak bardzo niemiłe będą dla mnie konsekwencje? Bo że będą fatalne to nie ma wątpliwości. Kto jeszcze ucierpi i jak bardzo?
Po pewnym czasie zacząłem odczuwać fizyczną pustkę w głowie. Brak części mózgu. Jakby ktoś wyrwał. Nieobecność części mnie. Tę pustkę wypełniło odczucie powiewu strumienia zimnego powietrza. Uczucie podobne do podmuchu w odsłonięty nerw zęba lub przedmuchiwania przez zatokę i dziurę w szczęce. Przedziwne doświadczenie czegoś fizycznego i niezwykłego, czego mało kto w życiu był w stanie doświadczyć. Takie, które zbliża do śmierci i niebytu, choć wszystko jeszcze zdaje się być żywe i funkcjonalne. Jak zdekapitowana głowa, która jeszcze widzi i słyszy ale już nie ma nad niczym kontroli i może tylko niepotrzebnie notować w gasnącej świadomości i poczuciu odchodzenia w niebyt. 

Gdyby porzucić te wszystkie wątpliwości, co do wydarzeń, które być może nigdy nie nadejdą, to byłby to rodzaj nirwany. Stan kompletnego, świńskiego i nieświadomego szczęścia, w którym wystarczy być i odczuwać. Z zaspokojonymi wszelkimi pragnieniami podstawowymi. 
Szczęście dziecka, które jeszcze nieświadome trudów dorosłego życia; prostego człowieka, co nie rozumie i nie chce rozumieć; pijaka nadętego ciepłem i mocą; gastarbeitera na socjalu. Nieświadomego, nieuczestniczącego, nieinteresującego się, nieaktywnego konsumenta, nażartego i opitego niczym świnia. Zaobroczonego i zafutrowanego. Nurzajacego się w świecie, lecz zanurzonego w kondomie błogości, który oddziela od prawdy i bólu. 

Tak by mogło być, gdyby nie narastające przekonanie graniczące z pewnością, że tym razem już sobie nie przypomnę i że utknę w niepamięci na zawsze, nie będąc w stanie rozpoznać bliskich i nie mając szans na pożegnanie się z najpiękniejszymi chwilami życia. Nie wiedząc, czy w ogóle były jakieś chwile warte wspomnień.


sobota, 7 grudnia 2019

Dzieje projektu

Kiedy dostałem zaproszenie do udziału w projekcie, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że należy skorzystać z nadarzającej sie okazji. Oto pojawiła się szansa na zrobienie czegoś dobrego, co będzie służyło specyficznej, defaworyzowanej grupie beneficjentów. Ciekawy temat, dużo pracy i tylko jedno "ale" w postaci "opieki" administracji uniwersyteckiej. To małe "ale" mogło przerodzić się zawsze w ogromny znak zapytania, więc po raz kolejny i kolejny trzeba było przeanalizować wszystkie za i przeciw. Moja znajomość funkcjonowania biur i urzędów, departamentów i referatów, nie pozostawiała złudzeń co do tego, że łatwo nie będzie, ale w końcu miałem do dyspozycji cały dział, który cieszył się dużą autonomią i w ramach statutowej działalności mogłem jeszcze wiele dokonać. 
Pech chciał, że wkrótce musiałem pożegnać się ze stanowiskiem kierowniczym i zadowolić obowiązkami skromnego  szeregowca w innym Wydziale.
Po kilku miesiącach mój projekt został zaakceptowany i otrzymałem dofinansowanie na bajeczną dla mnie kwotę. Takiego dużego grantu jeszcze nie zdarzyło mi się realizować, choć moje doświadczenie w tym zakresie było tak bogate, że sam Rektor mógłby mi pozazdrościć. Ale po raz kolejny trzeba było się zastanowić. No bo przecież teraz już nie jestem szefem i nie mam do dyspozycji całego działu. Będę musiał obliczać, planować, rozliczać, zestawiać i wykonywać sam albo przynajmniej nad wszystkim czuwać, kontrolować i dbać o efekty, jak mi się uda w ogóle znaleźć jakąś dobrą duszę, co zechce pomóc mi nieść ten mój krzyż. 
Po kolejnych długich rozmyślaniach, burzliwej korespondencji z koordynatorem projektu, nieskończenie długim ustalaniem warunków wstępnych, który to proces był co i rusz przeplatany naradami w Gmachu Głównym popełnianymi z rektorami, kanclerzami, finansistami, starszymi i młodszymi radcami, kierownikami, dyrektorami, przedstawicielami, odpowiedzialnymi, pełniącymi obowiązki, referentami i jeszcze innymi przedstawicielami (którzy nie byli tymi samymi przedstawicielami co ci wymienieni poprzednio), udało się trochę zmniejszyć moje obawy.
Kiedy już byłem zupełnie znieczulony, okazało się, że rektor odpowiedzialny za prowadzenie tego projektu się rozchorował a tu trzeba było właśnie wyjechać w delegację na pierwsze spotkanie projektowe. 
Kiedy poszedłem do drugiego rektora, odpowiedzialnego za tego pierwszego, ten długo tłumaczył się zawstydzony, że on może wprawdzie podpisać mi delegację, ale będę musiał i tak iść po pieczątkę do Działu Współpracy z Krajami Bałkańskimi, tylko, że ten pokój jest teraz zamknięty, bo właśnie mają Dzień Serbski i wszyscy wyjechali na specjalne spotkanie Prezydenta Miasta z Wicekonsulem Honorowym Republiki Serbskiej ale może cudem ktoś tam jeszcze został i jak on podejdzie ze mną i zapuka cichutko specjalnym szyfrem to może ktoś się zorientuje, że to on Najważniejszy  i nas wpuszczą. Oczywiście może się zdarzyć, że z jakiegoś powodu zabrali z sobą pieczątkę na imprezę i te nasze kombinacje na nic się zdadzą. Ale zawsze można spróbować.
Jak powiedział tak zrobił. Nadal podszedłem do sprawy z pewną nonszalancją, ale skoro już zaszedłem tak daleko to mogę zrobić kolejny krok. Na (nie)szczęście wszystko się powiodło i następnego dnia siedziałem już w samolocie do Belgradu.
Współpracownicy w nowym projekcie okazali się dość sprawni. Do tego zbudowałem sobie całkowicie nowy zespół badawczy, zależny tylko ode mnie, z którym dość szybko ustaliłem zakres prac i priorytety.

Po mniej więcej pół roku  dostałem informację z Gmachu Głównego, że jeden z moich poprzednich projektów nie może zostać rozliczony z powodu przekroczenia limitu finansowego kosztów. Nie bardzo wiedziałem, co to oznacza ale jak już dotarłęm na miejsce, okazało się, że mogę braki finansowe pokryć z nadwyżek finansowych z innych projektów, które zostały do mojej dyspozycji jako kierownika grantów. Jednocześnie Pani Referent poinformowała mnie, że to ostatni raz, ponieważ Pani Kwestor "czyści konta" i zamierza zagarnąć całą kasę, która sobie spokojnie leży na rachunku mojego dawnego działu i nie ma konkretnego przeznaczenia.
To mi dało do myślenia. Jeśli Kwestor/ Rektor/ Referent czy inny Kierownik Dyrektora zabiorą mi pieniądze, którymi mogłem do tej pory dość swobodnie dysponować jako Szef Działu i kierownik grantów, to skąd wezmę na pokrycie kosztów własnych realizowanego właśnie projektu, które są przecież niemałe, bo ok. 150 000 zł., a które trzeba pokryć, żeby zrealizować grant zgodnie z umową.
Hmmmm.....
Następne godziny spędziłem na dyskusjach z Panią Referent skąd się wzięło naliczenie przekroczenia kosztów w zakończonym projekcie. Okazało się, że nie uwzględniłem kosztów ZUS, składek i jeszcze jakichś drobiazgów, które powinny być aksięgowane zgodnie z ustawą o rachunkowości, a których to kosztów pracodawca- czyli Gmach Główny, nie zamierza pokryć, bo i dlaczego miałby to zrobić.....
Stąd wypływał kolejny wniosek- trzeba zweryfikować wszelkiego rodzaju umowy do realizowanego właśnie projektu, żeby koszty tych ZUSów, składek i innych popiwków łącznie nie przekroczyły kwot zdefiniowanych w grancie.
Hmmmmmmm........
Ale i tak pozostaje problem wkładu własnego........
Postanowiłem zabezpieczyć się pisząc Czynny Żal, skierowany do gmachu Głównego i Pani Kwestor osobiście, z załączoną prośbą o zabezpieczenie pieniędzy, które zarobiłem w dotychczas zrealizowanych grantach na poczet realizowanej właśnie umowy.
Niestety po dwóch tygodniach dostałem telefon od Pani Referent, że Pani Kwestor nie wyraża na to zgody.

Cóż robić! Można rzucić umową i przestać realizować grant ale wtedy muszę się liczyć z poważnymi międzynarodowymi perturbacjami, rzucaniem kalumni na mnie jako kierownika grantu, obrzydzaniem mi życia przez administrację i krzykami pełnymi pogardy każdego najmniejszego instytucjonalnego ciury. Rzucenie roboty w połowie jakoś mi tak nie pasowało również do mojej osobistej etyki pracy.
Wybrałem drugi wariant. Poprosiłem o kopię pisma z odmową, w którym była wyszczególniona kwota potrzebna mi na pokrycie kosztów oraz numery projektów zrealizowanych przeze mnie wcześniej.

Rok po skończonym projekcie, kiedy wszytko już zostało rozliczone dawno przez koordynatora, kasy i Młodszych Referentów, otrzymałem znów telefon z Gmachu Głównego. Pani Referent nie mogła za bardzo dojść, które kwoty do czego przypasować i wychodziło jej, że powinienem zwrócić do kasy uniwersyteckeij 250 000 albo wskazać źródło, z którego można pokryć ten brak. Wyraźnie przy tym sugerowano, że jeśli nie ma skąd pokryć to powinienem się udać do Dziekana Wydziału, w którym obecnie pracuję i poprosić go o pokrycie. W dodatku sprawa jest pilna, ponieważ Pani Referent chciałaby zamknąć sprawę rozliczeń definitywnie przed sezonem urlopowym.
Oczami wyobraźni widziałem już minę Dziekana, którego proszę o pokrycie... braków finansowych, o których on nie ma seledynowego pojęcia, w projekcie, który był realizowany nie przez jego wydział.
Postanowiłem jeszcze przyjrzeć się przysłanym wyliczeniom i zestawieniom cyferek, choć mogłem się spodziewać, z czego one wynikają.
Zestawienie wpływów i wydatków otrzymałem już w trakcie wakacji. Sprawa była dość prosta. Z wyliczeń wynikało, że nie została zaksięgowana część przelewów.
Po odesłaniu moich obliczeń już  następnego dnia, musiałem sobie poczekać kolejne kilka miesięcy na odpowiedź. Dostałem nowe zestawienie z uwzględnionymi wszystkimi przelewami ale i nowymi kwotami wydatków projektowych, co spowodowało, że "dług" nadal wyglądał na 250 000,- Pani zadzwoniła do mnie i poprosiła o możliwie szybkie sprawdzenie, bo chciałaby zamknąć sprawę przed końcem roku kalendarzowego (grudzień nas nieco zaskoczył).
Odesłałem natychmiast dokładne wyjaśnienia.

Po kilku miesiącach otrzymałem kolejny telefon. Pani Referent nie mogła za bardzo dojść które kwoty do czego przypasować i wychodziło jej, że powinienem zwrócić do kasy uniwersyteckiej 250 000 albo wskazać źródło, z którego można pokryć ten brak. Wyraźnie przy tym sugerowano, że jeśli nie ma skąd pokryć to powinienem się udać do Dziekana Wydziału, w którym obecnie pracuję i poprosić go o sfinansowanie. W dodatku sprawa jest pilna, ponieważ Pani Referent chciałaby zamknąć sprawę rozliczeń definitywnie przed początkiem wakacji/ sezonu urlopowego.
Poczułem się nieco dziwnie.

Po przejrzeniu rachunków doszedłem do wniosku, że moje wyjaśnienia nie zostały wzięte w ogóle pod uwagę.
Zadzwoniłem do Pani Referent i wyłuszczyłem jej w krótkich żołnierskich słowach, że jeśli nie wezmą pod uwagę moich uwag, to nie będę mógł niczego podpisać ani na nic się zgodzić. 
Najpierw trzeba wziąć pod uwagę moje wyliczenia, z których wynika, że braki wynoszą 150 a nie 250 000 a następnie zamierzam poprosić Panią Kwestor, aby to ONA osobiście wskazała skąd mamy teraz pokryć braki, które były ujęte wcześniej w założeniach projektu i na których pokrycie z zaplanowanej przeze mnie rezerwy nie wyraziła zgody.

Mija kolejny rok. Kończy się kolejny okres rozliczeniowy. Ja nadal nie mam odpowiedzi.

piątek, 9 sierpnia 2019

Burza

Długo przebywałem poza domem rodzinnym i po powrocie mogłem spojrzeć na niego już z zupełnie innej perspektywy. Wracając, czułem się częścią tej rodziny, skrywających wiele tajemnic i tonącej w niedopowiedzeniach, a jednocześnie poza. Tym samym zyskałem perspektywę głębokiego wglądu we wszystko, co się działo, bo rozumiałem znaczenie drobnych gestów i przemilczeń a jednocześnie, dzięki swojemu uniwersyteckiemu przygotowaniu mogłem odczytać dodatkowe znaczenia, o których nie mieli pojęcia domownicy, ale nie mieli również pojęcia, że tak łatwo zdradzają swoje intencje. 

Jako pierwszą spotkałem babcię Żorżetę, która nadzwyczaj pięknie się starzała. Zawsze elegancka i  nienagannie ubrana, jakby miała wyjść na przyjęcie lub w gości. Powitała mnie wylewnie, z niezakłamaną sympatią. Do matki i ojca nawet nie zajrzałem, bo wiedziałem, że jest im wszystko jedno, czy przyjechałem i że zwyczajowo powitają mnie pustym, chłodnym wzrokiem, bez wyrazu, jakbym był przelatującym obok domu liściem. Rzuciłem więc plecak w kąt i wyszedłem odwiedzić znajomych. Zanim jeszcze zdążyłem wyjść, pięcioletni siostrzeniec rzucił się na niego i zaczął rozbebeszać, szukając ukrytych zabawek i słodyczy. 
Wychodząc spotkałem ojca, który stał pośrodku sadu, w lekkim rozkroku, podparty pod boki, palący fajkę i z sumiastym wąsem. Mrużył oczy i przyglądał się dachowi krytemu eternitem. Tylko  rzucone przez ułamek sekundy w moją stronę spojrzenie, świadczyło o tym, że mnie w ogóle zauważył.

W drodze do domu złapała mnie burza z piorunami. Kiedy dotarłem na miejsce, zastałem inny zgoła widok. Dach już z daleka wyglądał na zrujnowany. A kiedy wszedłem na poddasze i wkroczyłem do pokoju babci Żorżety, zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy: starą kobietę z rozczochranymi, brudnymi, klejącymi się tłustymi włosami, w równie starej, niezmienianej od tygodni pościeli, z różnobarwnymi plamami na sienniku. Wiedziałem, że w pokoiku obok mieszka wuj Roman, który czasem pomagał babci w pozbieraniu się i odpicowaniu, ale nigdy nie przypuszczałbym, że ta nadzwyczaj elegancka kobieta może mieszkać w takim chlewie. Przez powiększającą się szczelinę w dachu woda lała się do pokoju strumieniami, spływając następnie po schodach na dół. 

Po metalowej, rdzewiejącej drabince wszedłem na dach i stanąłem na murze pośrodku mroku strzępionego błyskawicami. Stał tam już ojciec, który szacował skalę zniszczeń, równie niewzruszony jak wcześniej, kiedy go widziałem w sadzie. Powiedział, że jak chcę dłużej zostać, to muszę naprawić dach. Popatrzyłem na to, co zostało z pokrycia domu. Eternit zmieszany z papą i resztkami karpiówki niewiadomo skąd, powierzchnie zachodzące na siebie, dziury i szczeliny po całości. Część przesunięta poza granice murów, część dyndająca-  tylko czekać kiedy się oderwie i runie. Przez szczeliny z góry widać było spokojnie śpiącego wujka i zawodzącą babcię. Dwa oddzielne, nieprzystające do siebie światy.

Kiedy schodziłem, spotkałem siostrę przyrodnią Edytę. Wyszła kompletnie naga, świecąc mi biustem po oczach. Wiedziałem, że to prowokacja, wynikając z jej konfrontacyjnej natury. Zalała mnie potokiem słów, w którym występowało mnóstwo  trudnych wyrazów, mających świadczyć o tym, że ma rację. Miała "uroczy" zwyczaj prezentacji kompletnej pogardy dla reguł języka polskiego. Im dłuższy był jej wywód tym bardziej skomplikowany i absurdalny. Wielokrotnie złożone zdania i zupełnie szalone zestawienia niepasujących do siebie słów miały dowodzić  głębi wypowiedzi. Tymczasem dla osób wykształconych, orientujących się w znaczeniach, większość tych zestawień nie miała sensu. Dowodziła w efekcie raczej jakiejś "głąbi". Zrozumiałem z tego tyle, że Edyta chciała się kłócić ze mną  i stała po stronie ojca. Zanim skończyła mnie zalewać kolejna fala pseudouczonego bełkotu- obudziłem się.

Byłem na wykładzie z pedagogiki ogólnej a profesor właśnie prowadził dyskusję sam ze sobą, czy lepsze jest wychowanie w zależności, pod kloszem, zabezpieczające, czy trzeba dzieci jak najszybciej  zderzać z rzeczywistością i pozawalać się im usamodzielniać poprzez wychowanie niezależne. 

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że podobne rzeczy słyszałem od Edyty. Uświadomiłem sobie, że  chodziło jej o to, żebym zawsze słuchał ojca i nie wkurzał go.
Ja widziałem to zawsze inaczej. Dla mnie dom był miejscem, które powinno dawać oparcie i bezpieczeństwo. Takim, w którym możesz dobrze wypocząć i do którego zawsze chcesz wrócić a nie uciekasz jak najdalej. Jednocześnie nie wykluczało to dawania dzieciom swobody, żeby jak najszybciej mogły wyfrunąć z gniazda i zbudować własne domy. 
Postanowiłem, że mój dom będzie inny. Nie taki, którego rozszczelni jakakolwiek burza.Bez względu na to do jakich wniosków w końcu dojdzie profesor prowadzący wykład.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Wizytanci

Pierwszy raz spotkałem go, będąc jeszcze dzieckiem. Miałem 10 lat i klęczałem skulony na ławie w kuchni, przed oknem. Była grudniowa noc, około Bożego Narodzenia, więc mrok zapadał dość szybko. W chacie żar buchał z rozpalonego pieca i przyjemne, rozleniwiające ciepło rozlewało się na całą izbę. Zatopiony w półmroku obserwowałem jak rodzice krzątają się przy wieczornych, typowych gospodarskich obowiązkach. W oborze naprzeciwko okna zobaczyłem matkę wychodzącą z wiadrem mleka i zmierzającą w prawo, w stronę  świniarni. 
Po lewej stronie najpierw zatrzeszczała brama i poruszył się płot a następnie otwarła uliczka, przez którą wszedł cielak wielkości krowy, przystanął przy wejściu do obory, obok zaspy śniegu i spojrzał w moim kierunku. Nie tylko jego wielkość była dziwna. Po pierwsze- nie mieliśmy żadnego cielaka. Po drugie jego kształt był rozmyty. Nie mogłem dostrzec wyraźnie konturów, pomimo jasno świecącego księżyca- wydawało się bardziej, że ktoś udaje cielaka, albo jakieś inne zwierzę. Ktoś okryty wielkim prześcieradłem, kto mnie chce nastraszyć. Ale kto miałby mnie straszyć na moim własnym podwórku i dlaczego? Do dziś zostało mi wrażenie mrożącego lęku- przenikającego głęboko i powodującego, że dusza kurczyła się ze strachu i zapadała w sobie. 

Drugie spotkanie miało miejsce, kiedy służyłem przymusowo w gospodarstwie u Niemców podczas wojny jako koniuszy, a czasem stangret albo i zwykły parobek. Miałem wtedy 17 lat. Bauer kazał mi zaprząc konie do kolaski i odwieźć znajomego do domu. W drodze powrotnej przyczepił się do mnie duży, biały pies. Biegł razem z powozem. Raz przed końmi, raz z lewej, raz z prawej. Kiedy kolejny raz zbliżył się do kolaski i zrównał ze mną- śmignąłem go znienacka batem z całej siły i wszystko mi niespodziewanie zgasło. Obudziło mnie batożenie i pomstowanie bauera, który rzucał wszystkimi niemieckimi przekleństwami, jakie tylko zdążyłem poznać podczas pobytu w folwarku. Udało mi się uciec i schować za spichlerze. Z rozciętą głową, wybitym okiem, zakrwawiony i roztrzęsiony, odczekałem aż minie mu złość i będę mógł wrócić do swoich obowiązków. Jak się później dowiedziałem- konie same mnie przywiozły nieprzytomnego a ja na podwórku spadłem z kozła i wylądowałem w zaspie. Tam mnie znalazł bauer i próbował ukatrupić. Na szczęście potrzebował parobków i nie wydał gestapo.

W latach pięćdziesiątych, kiedy już się ożeniłem i miałem dwójkę dzieci, doszło do kolejnego zdarzenia.  Teść w posagu dał córce kawałek ziemi, na którym się pobudowaliśmy po ślubie. Ziemia była goła i nieurodzajna, ale pracowałem cały czas, nawet nocami, żeby mieć swoje. Drzewa jednak rosną wolno a węgla nie można było dostać, więc zaprzągłem konia i pojechałem pozbierać trochę drewna na opał do pobliskiego lasu. Załadowaną furmankę zatrzymała milicja, bo sąsiad ormowiec zaszpiclował. Zaczaili się przy drodze i na mnie czekali. Za przywłaszczenie mienia  wsadzili na 24 godziny i pod sąd. W sumie kosztowało mnie to 2 lata odsiadki, ale to 24 godziny aresztu były najtrudniejsze. Umieścili mnie z innym nieszczęśnikiem w nieogrzewanej izbie w starym dworku, przerobionym na areszt. Zdaje się, że w piwnicach były katownie UB, ale wtedy nic spod podłogi nie dobiegało. Nakryliśmy się derkami, co nam dali i poszliśmy spać. Około północy obudził nas straszny łoskot, jakby ktoś przetaczał nad nami wielką kulę z jednego końca pokoju na drugi. Wyciągnęliśmy zapałki i ze znalezionych starych gazet ukręciliśmy coś w rodzaju knota. Kiedy pojawiło się trochę światła, łoskot natychmiast ustał. Kiedy zgasło światło- rumor był tak głośny, że nie dało się spać. Jakby ta kula miała przebić sufit i spaść prosto na nas, przygnieść nas i zabić. Nie było więc wyjścia. Wyszukaliśmy w izbie cokolwiek dało się palić i paliliśmy po kolei. Rano przyszli strażnicy, bardzo zdziwieni, że wytrzymaliśmy całą noc. Nikomu wcześniej się to nie udało. Powiedzieli nam, ze dom był nawiedzony, bo ktoś fałszywie oskarżony powiesił się w tej celi, w której byliśmy osadzeni. 

Dzisiaj umieram na raka. Minęło ponad pół wieku od naszego pierwszego spotkania. On stoi w kącie pokoju, widoczny tylko dla mnie. Byt na granicy rzeczywistości i omamów. Sam nie należy do żadnego z tych światów, a ja go widzę tak dobrze jak on mnie. Wpatruje się i najwyraźniej na coś czeka od kilku dni, od kiedy się pojawił. Jest zupełnie nieporuszony, mimo, że ja zwijam się z bólu, jak tylko przestaje działać morfina. Za chwilę wejdzie mój dorosły już syn, który da mi ostatni bardzo bolesny zastrzyk. Potem i tak trzeba będzie wzywać pogotowie, które zawiezie mnie do szpitala, gdzie ostatecznie umrę. 

Powiadają, że wizytanci zjawiają się w szczególnych momentach a mądrzy ludzie wiedzą, co to dla nich oznacza. Nie każdy też może ich doświadczyć. Pozwalają się zobaczyć tylko tym, którzy są w stanie znieść ich widok i zapanować nad przerażeniem. Być może dlatego właśnie mój syn zobaczy ich tylko jeden raz w życiu, a wnuczka, której już nie poznam- nie ujrzy ich nigdy. 



czwartek, 27 czerwca 2019

post mortem

Najbardziej w tym wszystkim martwiło mnie wypożyczenie samochodu. Nawet przelot wydawał się bez znaczenia przy całym lęku związnym z prowadzeniem auta w obcym kraju. Do tego na oczach moich podwładnych i pewnie jakiegoś modelu, do którego nie jestem przyzwyczajony. Pewnie minie trochę czasu zanim  do niego przywyknę, oswoję się, zacznę nim czuć jak ciałem.
Cała wyprawa budziła we mnie nieokreślone obawy. Właściwie to nic mi się nie podobało. Nie było czegoś, co mógłbym potraktować jak kotwicę rzeczywistości i co pozwoliłoby mi czuć się na miejscu. Samo wybrażenie jak to miałoby wyglądać- te wojaże po obcych miastach, krętych, wąskich, górskich drogach, zdewastowanych, źle oznaczonych, gdzie mieszkańcy mają kompletnie inną kulturę jazdy napawało mnie głębokim, pierwotnym lękiem, którego czułem w każdej komórce ciała, niczym drżenie membrany głośnika.
Na szczęście lęki okazały się nieuzasadnione. Tylko lot był dziwny. Gdzieś w środku trasy maszyna wpadła w turbulencje.
Po wylądowaniu wszystko szło gładko jak we śnie i trochę jak w malignie właśnie się czułem. Może to kwestia przemęczenia a może psychicznego nastawienia ale miałem wrażenie, jakbym cały czas znajdował się w symulatorze życia. Włoskie drogi nieco przypominały  trasy wyścigowe z gier komputerowych. Auto prowadziło się topornie i choć teoretycznie było szybsze od mojego drobnego miejskiego suzuki, to zupełnie nie miało przyspieszenia i czułem się jak w czołgu.
Spotykani ludzie mieli w sobie coś papierowego, jakby pozbawieni ciała i duszy, z wyłączonymi lub zmoderowanymi emocjami, słabym kontaktem. Bez więzi, człowieczeństwa. Coś pośredniego między zombi a sztuczną inteligencją.

Wiele razy wracałem i ciągle wracam w myślach do tego wyjazdu. Analizowałem na różne sposoby, co się stało, że zacząłem odczuwać rzeczywistość jak przez bibułę, oblepiony woskiem, niezdolny do emocjonalnych poruszeń a i w ruchach jakiś ospały i spowolniony.

Wczoraj byłem świadkiem wypadku. Kobieta chciała przejść przez dwupasmówkę i wbiegła prosto pod nadjeżdżający samochód. Uderzenie było tak silne, że wyrzuciło ją kilka metrów w górę, po czym ciało upadło z tępym łoskotem na asfalt. Po chwili kobieta wstała, jak gdyby nigdy nic i poszła dalej przez jezdnię, nie zważając na przemykające auta. Dziwnym trafem już żadne w nią nie uderzyło ponownie. Zadziwiająca była precyzja, z jaką potrafiła przechodzić między samochodami, wsparta brakiem emocji i powolnością ruchów. Samochody nawet nie zwalniały, jakby kierowcy  jej nie zauważali a ona szła również jednostajnie.

I nagle mnie olśniło. Przeszedłem na drugą stronę. Wtedy podczas turbulencji w samolocie musiało dojść do jakiejś awarii albo ataku. Moja świadomość nie odnotowała niczego takiego prawdopodobnie dlatego, że eksplozja wyłączyła zmysły zanim  te cokolwiek odebrały. Prawdopodobnie przeszedłem od razu do świata alternatywnego, którzy inni nazywają piekłem, niebem lub czyśćcem. Nie mogę czuć już tego co wcześniej, bo ten świat, który widzę od czasu lądowania nie jest tym samym, z którego wystartowałem.

Zostałem skazany na byt w niebycie. A może sam się skazałem- kiedy wbrew przeczuciom, mówiącym że wszystko jest nie na swoim miejscu,  zdecydowałem się na wyjazd.

środa, 26 grudnia 2018

Przepowiednia

Od niepamiętnych czasów rodzina była naznaczona piętnem przekleństwa. Z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie legendę, według której miał się kiedyś objawić Zbawiciel i przerwać klątwę.
Dzieci były uczone nadziei i hardości zarazem, żeby mogły się przeciwstawić najgorszym przeciwnościom losu.Bez tolerancji dla błędów, okazywania uczuć i bez litości wobec zaniedbań. Niestety skutkowało to powszechną nienawiścią i złością, którą potomstwo dziedziczyło w genach, wysysało z mlekiem matki  i niosło potem w świat, karmiąc nimi swoje nowe rodziny. To zadziwiające, jak ci ludzie mogli w ogóle przetrwać, wychowywani posród skrzących się złorzeczeń i przy świście bata. Może przed samorzezią powstrzymywała ich nadzieja na odkupienie a może beznadziejne i ateistyczne pogodzenie się z losem.
Dziadkowie  i rodzice w każdym nowym pokoleniu upatrywali Zbawiciela, lecz wciąż bezskutecznie. Ciągle się wszyscy na siebie obrażali, gniewali i podejrzewali o spiski a na koniec procesowali i wydzierali pazurami dziedziczone dobra. Oczywiście przy akompaniamencie wyzwisk i przekleństw.

 Mieszkańcy urządzili tu swoje prywatne Macondo, tak odległe od całego świata, rządzące się swoimi prawami, regulowane specyficznym poczuciem wstydu i zbudowane na hierarchii, zdefiniowanej przez ilość posiadanych morgów. Najbiedniejsi mówili o sobie, że są niezamożni a zamożni jawnie okazywali pogardę całemu światu ale najbardziej tym niezamożnym sąsiadom. Na miłość nie było miejsca. Morgi żeniono z morgami  a biedni dziedziczyli biedę.

Najmłodszy syn był od początku chorowity. Zresztą niewiadomym było czy powinien się w ogóle pojawić na świecie. Matka zaszła w ciążę już grubo po czterdziestce, co wydawało się kompletnym cudem w warunkach tradycyjnej wsi. W dodatku namawiana była ciągle, żeby "zepsuć", bo i tak przecież trudno będzie wychować dziecko starzejącej się kobiecie. A jak wcześnie osieroci to tylko trubel i nędzny żywot dla takiej istoty, pisany bólem, niedostatkiem i upokorzeniem a i pewny trubel też dla całej rodziny.

Naturalna dziecięca ciekawość wcześnie zaprowadziła go na skraj śmierci, kiedy przy żniwach w sierpniu, spragniony sięgnął po czerniejące się pięknie przy drodze jagody. Miał 4 lata i gdyby nie transfuzja, nie byłoby tych lat w jego życiu więcej.
Potem choroby regularnie, w zgodzie z porami roku, atakowały, toczyły i osłabiały, prowadząc aż do wyczerpania na granicę życia. Jednocześnie w tym drobnym chłopcu tkwiła jakś niesamowita ciekawość i zadziwienie odkrywanymi tajemnicami świata. Całe więc dnie i wiekszość nocy przepędzał w pokoiku na poddaszu, z kotami i gołębiami. Latem zaszywał się w trawach na łące, między kępkami drzew, przy strumyku, albo pomiedzy snopkami słomy, z książką i psem. Tak mijały dni, tygodnia a wreszcie lata.

Kiedy wyjechał, zaczął bardziej panować nad swoim zdrowiem a  organizm wyraźnie się wzmocnił. Im bardziej oddalał się w czasie od swojego dzieciństwa, tym bardziej i w przestrzeni od miejsca urodzenia. Co pewien czas dobiegały go wieści z domu niezgody, z których wynikało, że nic się nie zmienia w jego Macondo.
Zawsze wtedy myślał o przepowiedni, wyczekując znaków zwiastujących nadejście tego najważniejszego gościa, który byłby w stanie przemienić ludzi. I nigdy nic podobnego się nie zdarzyło, choć czekał przez całe życie.

A kiedy nadszedł czas życiowych bilansów, tuż przed śmiercią, po raz ostatni wrócił myślami do łąk, traw, drzew i strumyków. Wtedy po raz pierwszy pomyślał o sobie. Może był najmądrzejszy spośród tych ludzi. Być może on był predystynowany do odkupienia. Jednak czy z oddali na pewno widać lepiej? Może to sentyment krzywił właściwy ogląd. Równie prawdopodobne było przecież to, że wróciwszy, zostanie odrzucony, jako potomek biedaków, choćby był i zamożny, choćby w świecie coś zdobył i czegoś dokonał. W tamtej mentalności zawsze pozostałby synem biedaków, bez względu na aktualny status.

Zatem nie jemu przypadła rola zbawiciela. Ta społeczność nie była jeszcze gotowa. Możliwe jest też, że nigdy nie dojrzeje a przepowiednia kłamała, albo została zmyślona przez wioskowego głupka, albo... że po śmierci, przyjściu innych ludzi z nowymi ideami, bedzie dopiero kiedyś żyzna gleba gotowa na dobrą nowinę.

Tak czy inaczej- najlepsze, co mógł zrobić, to zbawić samego siebie poprzez salwowanie się jak najdalej- dokładnie tak jak zrobił- do innego kraju, odmiennej kultury, obcego języka, drugiego kontynentu.


niedziela, 25 listopada 2018

Wziemięwzięcie

Wczesne lata nie były właściwie przeżyte. Twarde warunki hartowały ciało i ducha, więc dzieci były nawykłe do myślenia, że mogą liczyć tylko na samych siebie. Najmłodsze, piąte o imieniu Hieronim było już przygotowane do tego, aby jak najszybciej wyprowadzić się z domu wiecznej niezgody, nieogrzewanego zimą i upoconego latem, który miał niezmiennie od niepamiętnych czasów status niedokończonej budowy.

Nieustające kłótnie nader szybko przekonały go, że po maturze trzeba wyjechać jak najdalej i pozostawić agresywne nieokiełznane diabły samym sobie. Tego poniżenia i piekła na ziemi nie odbierał zresztą wówczas jako opresji, lecz jako naturalny stan rzeczy; los, co przecież nie może być moralnie naznaczony w żaden sposób.

Wyjeżdżając, oszukał poniekąd przeznaczenie. Wydawać by się mogło, że uniknął tego losu, który zgotowali mu swarliwi rodzice i rodzeństwo z piekła rodem, co to nie pozabijało się tylko dlatego, że rodzice później wzięliby na nich odwet i za pobicie na śmierć  odpowiedzieli niechybnie również zatłuczeniem.

Przez całe lata studiów i życia, dorobku, tułaczki i budowania,Hieronim odcinał się od przeszłości znaczonej rozpadającą się chatą. Od czasu do czasu wracał w rodzinne strony, żeby doświadczać śmierci ojca, matki, a potem rodzeństwa po kolei. Zresztą słowo doświadczać jest tu przesadne, bo w nieogrzewanym domu trudno było przecież o ciepłe uczucia. Albo rozpalone emocje albo lodowaty chłód. Stąd też i doświadczanie było jak przez mgłę. Jak przez pergamin.

Za każdym pobytem przyglądał się grobowi rodziców. Najpierw postawionemu na zapas- z jednym tylko ryciem w kamieniu, potem pęczniejącemu, bo i wyciętych napisów przybywało, wraz z każdą pogrzebaną i przywaloną osobą. Po cmentarzu rozsiane były również inne groby dalszej rodziny, które odwiedzał z rzadka. Nie tyle z sentymentu, którego przecież być nie mogło, co dla autodefinicji i chłodnej analizy rodzinnej przeszłości.

Podczas któregoś z pobytów doświadczył przedziwnego, obcego mu dotąd uczucia sentymentu. Zaczęło się to od grobu siostry Anielki, która zmarła niemowlęciem będąc, nie doczekawszy pierwszego roku, po zaledwie kilku miesiącach życia. Stojąc nad grobem wyobrażał sobie te lute zimy na wsi w zimnym domu, z których jedna przyniosła dziecku śmiertelną grypę, a ze skrawków różnych opowieści zbudował własny patchwork.  Była w  nim rozpacz matki, którą tak bardzo bolała utrata miłości jej życia i była wściekłość ojca, który wywlókł księdza z zakrystii i za pomocą gróźb wspartych uderzeniami pięści, zmusił do chrzczenia gasnącego ciała. Były wspomnienia matki płaczącej tygodniami, nawet po wielu latach, już w czasach jego dzieciństwa, jak również bezdenna otchłań jej oczu, w których od czasu do czasu błyskała tylko czysta nienawiść do świata i ludzi.
Od tego właśnie czasu grobowiec rodziców pociągał go coraz bardziej i bardziej. Można powiedzieć, że w pewien sposób fascynował, otoczony magiczną aurą, wołający. Apogeum tego wołania przypadło na czas, kiedy siostrzeniec postanowił przenieść grób Anielki i połączyć z pochówkiem reszty rodziny. Była to bolesna formalność, bo Hieronim uświadomił sobie, że po półwieczu, które minęło od śmierci siostry, jej prochy  ostatecznie zmieszały się z ziemią a kości w większości rozpuściły. Zwłaszcza dlatego tak szybko zanikły, że to kości niemowlęcia, więc mniej odporne na czas. W takich sytuacjach przenosi się tylko symbolicznie grudkę ziemi na nowe stanowisko a resztę przeznacza pod nowy grób.

Dłuższy czas rozmyślał o grabarzu kopiącym ten nowy grób na miejscu siostry. Jakie jest prawdopodobieństwo, że trafi na nierozpuszczone do końca szczątki.
Myślał też o tym jak bardzo i jak daleko udało mu się oddalić od rozpadającej się chaty, piekła rodzinnego i nienasyconego grobowca.  I o tym jak bardzo trzeba było się odciąć, żeby móc zacząć żyć. Chciał się pochylić nad płytą, bo wydawało mu się, że dostrzegł pęknięcie. Oparł stopę tuż przy brzegu i w jednej chwili zapadł się w jamę grobową, uderzając głową o brzeg płyty nagrobnej. Stracił przytomność a ziemia przysypała ciało wypełniając usta, oczy i nos. Odcinając dopływ powietrza i dusząc. Gasnąc, uświadomił sobie, że tak naprawdę nigdy nie wyjechał. Dół od zawsze czekał na niego tu właśnie w tym miejscu a on przez cały czas śnił sen o sukcesie i wolności.