środa, 15 lipca 2020

Inspirowane znajomością ze snu

Cały czas szukałem sensu, nie wiedząc o tym, że to najważniejsza aktywność. Że w kategoriach ostatecznych tylko szukanie sensu ma sens. Na początku, wypełniony radością beztroskiego koziołka, chłonąłem świat. Zbyt bezmyślny, bo pijany radością życia, czerpaną z czystego źródła, tarzałem się w smakach, zapachach, dźwiękach, obrazach. Zbyt bezmyślny, żeby pojąć.

Gdy trzeba było budować pozycję, też jeszcze nie byłem w stanie dostrzec istotnego, ukrytego przed niecierpliwymi, pod powierzchnią plewy i blichtru. Może nie byłem dość bystry, przenikliwy a może po prostu zbyt zajęty sobą i skoncentrowany na drobiazgach. Okruszkach niezbędnych by wieść mniej lub bardziej dostatnie życie. Im bardziej się na tych drobinach koncentrujesz, tym bardziej komfortowe życie wiedziesz. Ale umyka ci istota. Jesteś nażarty ale bezmyślny. Coś za coś.

Dopiero na starość zdałem sobie sprawę w co gram i z kim. A właściwie to w chwili umierania. Zresztą chwila jest tu swego rodzaju eufemizmem, bo ten czas właściwie rozciągał się paradoksalnie na tygodnie, miesiące, lata. A jakby dobrze policzyć, to przebłyski umierania pojawiały się nieregularnie prawie przez całe życie. Zawsze, kiedy spotykałem się z agresją, niesprawiedliwością czy bezinteresowną zawiścią. Można więc przyjąć, że w pewnien metafizyczny sposób umieramy/ lub jesteśmy zabijani przez całe życie. A nasi prywatni zbrodniarze pozostają bezkarni.

Teraz, kiedy pozbierałem te inne drobiny, mogłem wreszcie złożyć całość. Tą iskierką, która wywołała biograficzne poruszenie było zdjęcie kobiety, które pierwszy raz zobaczyłem we śnie. Na starej fografii z lat 70. ubiegłego wieku, z ząbkowanymi brzegami, widziałem twarz i ramiona starszej pani, o okragłej buzi, otoczonej blondlokami, uśmiechającej się szeroko, z niebieskimi oczami, z których wyzierał chłód nieskończonej odchłani, bezdennej pustki, urazy, resentymentu.  Wtedy jeszcze nie kojarzyłem tak dobrze. Dopiero kiedy obraz się pojawiał częściej- najpierw nieregularnie, jakby przypadkowo, potem z dokładnością szwajcarskiego zegarka, budząć mnie o północy, aż do natrętnych objawień nawet na jawie i w malignie- zdałem sobie sprawę, że jednak znam tę kobietę. Że kiedyś ją spotkałem na jakichś zajęciach z seniorami. Przypominało mi się początkowe rozżalenie i opór, który po fajerwerkach głupoty prostactwa fałszywych przyjaciół, zmienił się niespodziewanie w zrozumienie, współczucie, wybaczenie, czułość i komunię dusz.

Musiało znowu upłynąć trochę wody, żebym pojął, że za tą realną/ nie-realną kobietą, która zmarła jakiś czas temu a teraz tak ostentacyjnie domaga się atencji, stoi coś więcej. Zawoalowane zaproszenie w zaświaty.

I wtedy ustały natręctwa. Jak ręką odjął. A ja zrozumiałem, ze te wszystkie cięgi były po to, żeby utracić trzymające mnie świata doczesnego więzi. Umieramy, kiedy nie możemy się pogodzić, kiedy nie wyrażamy zgody, kiedy mamy dość. To właściwe odejście ma miejsce, kiedy już wiemy, że nic tu po nas, w krainie opanowanej przez łotrów, w której najbliżsi będą musieli stanąć do boju bez wsparcia, bo abdykowaliśmy. Trzeba tylko bardziej nie pragnąć niż pragnąć. Niektórzy nazywają to obojętnością a inni nirwaną. Ja- odpuszczeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz