niedziela, 3 września 2017

Zebranie

Tego dnia miałam wolne ale musiałam przyjechać do pracy, gdyż szef zarządził nadzwyczajne zebranie w sprawie zdefiniowania nowych priorytetów firmy. Nie zostało określone dokładnie o której się musimy spotkać ale konieczna była obecność całego zespołu i powiadomiono nas przez sekretarkę, że powinniśmy czekać od samego rana, gdyż nie wiadomo dokładnie, kiedy trafi się wolna chwila między ważnymi spotkaniami, żebyśmy mogli wstępnie omówić te najważniejsze problemy. Powiadomienie przez sekretarkę nie było niczym dziwnym, zważywszy na przyjęty sposób komunikowania się szefa z zespołem. Z reguły dowiadywaliśmy się o naszych dodatkowych obowiązkach dzień wcześniej, trochę przypadkowo, często od siebie nawzajem a jak wysyłaliśmy e-mailem pytanie lub prośbę to najczęściej nie było żadnej odpowiedzi. Po pewnym czasie nowi pracownicy orientowali się, że nie ma sensu pytać o cokolwiek w ten sposób i że nawet podczas spotkań  szef odpowie jak mu się będzie chciało. Z tego też powodu każde zebranie było specyficzne. Szef oznajmiał nam coś, potem dzielił się z nami swoimi wątpliwościami, czekał ułamki sekund na nasze reakcje, czasem wysłuchał nawet co wybrane przez niego osoby mają do powiedzenia, po czym ciągnął dalej swój wywód, żeby w końcu podsumować i oznajmić nam ostateczne konkluzje. Nigdy nie wiedzieliśmy, czy on te swoje odkrycia poczynił jeszcze w domu a na spotkaniu tylko grał "myśliciela", czy też nakręcała go w jakiś perwersyjny sposób nasza obecność i czy te jego wywody to był jakiś masturbacyjny spektakl, do którego potrzebował specjalnej zdominowanej publiczności nad którą miał władzę. Tak czy inaczej czekaliśmy na niewygodnej ławce przed jego gabinetem, w półmrocznym korytarzyku, wiedząc, że równie dobrze mogłoby tu nas nie być i z destrukcyjną świadomością, że moglibyśmy być teraz w jakimś lepszym miejscu, robiąc rzeczy pożyteczne.  A właściwie czekały tylko dwie osoby- ja i pracownik, którego nasz szef szczerze nienawidził (nie wiadomo zresztą dlaczego). Jedna osoba była podobno chora, druga została oddelegowana przez dyrektora do innych spraw, ktoś musiał odebrać matkę ze szpitala a ktoś inny nie odbierał maili- prawdopodobnie był na wyjeździe służbowym. Wprawdzie obecność na zebraniu była obowiązkowa ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że niektórzy pracownicy są uprzywilejowani i szef pozwala im na więcej. Ja ani mój kolega nie mogliśmy nawet pomyśleć o jakichś unikach, chociaż ja sama byłam zawsze traktowana nieco lepiej niż inni a moje projekty zawsze były akceptowane bez większych uwag.
Mnóstwo osób nas mijało przenosząc stosy dokumentów, segregatorów, korespondencji a czas mijał nieubłaganie. Zadzwoniłam do męża, żeby odebrał dzieci ze szkoły. Potem znowu długo czekaliśmy na naszego pana Godota. Kiedy przyszła pora obiadu, baliśmy się zejść do stołówki, bo w tym czasie akurat mógł nadejść szef. Podobnie było z potrzebami naturalnymi- wstrzymywaliśmy, bo ciągle baliśmy się, że szef przyjdzie a nas nie będzie. Nie trafi do niego tłumaczenie, że ktoś na chwilę tylko wyszedł. Paranoicznie podejrzewałby nas o złą wolę i zemścił się prędzej czy później.
Szef przyszedł, kiedy budynek firmy opuszczali już ostatni  pracownicy. Każdy ruch obłudnie sugerował pośpiech, choć wiadomo było przecież, że nie ma już do czego biec. Nietypowo przeszedł od razu do rzeczy. Ze względu na to, że nie wszyscy pojawili się na spotkaniu, trzeba będzie ustalić inny termin, o którym powiadomi nas mailowo.
Parę tygodni później dowiedziałam się, że zebranie jednak się odbyło w innym czasie, jednak ani ja ani kolega nie zostaliśmy o tym powiadomieni.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Konkurs

Komisja zebrała się na spotkaniu nadzwyczajnym, zwołanym w środku sezonu urlopowego, żeby rozpatrzyć kandydatury nowych pracowników. Do obsadzenia były dwa miejsca a na każde z nich aplikowały po dwie osoby.Głos decydujący oczywiście zawsze należał do przewodniczącego, więc dyskusja zwykle była formalnością. Wiadomo było też, że każdy szef działu miał określone preferencje i to w zasadzie on wskazywał komisji tego,  kto ma zostać przyjęty. Od czasu do czasu zdarzały się niewybredne, pokątne żarty o przedstawianych rzekomo "doskonałych" kandydatach ale nikt nigdy jak do tej pory nie śmiał otwarcie zakwestionować nieoficjalnych reguł gry. Wszyscy wiedzieli, że odrzucenie kandydatury proponowanej przez szefa działu oznaczałoby wypowiedzenie mu otwartej wojny. Należało się wtedy liczyć z konsekwencjami w postaci kwestionowania każdej propozycji najmniejszej nawet zmiany w ramach instytucji. Może to niedoskonałe rozwiązanie ale od niepamiętnych czasów gwarantowało  przynajmniej jakiś porządek.

Pierwsze rozstrzygnięcie przedstawił szef działu współpracy  zagranicznej- co ciekawe niewładający żadnym językiem obcym. Sam zresztą przy każdej okazji mówił z emfazą i zadowoleniem nieprzystającym zupełnie do tego rodzaju sytuacji, że natura mu poskąpiła talentów językowych a teraz, kiedy przekroczył czterdziestkę, jest za stary na naukę. Przez pół godziny opisywał szczegółowo dokonania i osobowość proponowanej kandydatki: znajomość języków obcych, doświadczenie w branży, doświadczenie w branży, znajomość języków obcych i znajomości w branży a na końcu doświadczenie w branży.

Drugie rozstrzygnięcie przedstawił sam przewodniczący, który równie szczegółowo opisał cechy jednego z kandydatów w konkursie na stanowisko zastępcy do swojego działu. Z przedstawionego opisu aplikacji również można było odnieść wrażenie, że kandydat robił łaskę instytucji, że chciał w ogóle aplikować do niej i że teraz dzięki jego samej obecności, staniemy się najbardziej wydajnym przedsiębiorstwem na świecie.

Szefowie połączonych sztabów mieli już zagłosować w tradycyjny i  słuszny sposób, kiedy jedyna pani w grupie, która zresztą dopiero co została zaproszona do regularnych posiedzeń, uniosła rękę, prosząc tym samym o głos. Powyższy fakt sam w sobie był już na tyle nadzwyczajny, że przewodniczący uniósł brwi a reszta, wydająca się być do tej pory nieco ospała, zwróciła jak na komendę wzrok w stronę rokoszanki.

Pani zaczęła od przypomnienia, że rok wcześniej odbyła się dyskusja nad kandydatem i kontrkandydatem z drugiego rozstrzygnięcia i o ile jej wiadomo, zostało uchwalone, że konkurs zostanie zawieszony i odwołany. W związku z tym nasuwa się jej pytanie, co się wydarzyło w ciągu ostatniego roku, że postanowiono jednak wrócić do sprawy. Tajemnicą Poliszynela było, że ona sama forsowała w kuluarach kandydaturę pominiętą przez przewodniczącego ale nie mogła nic zdziałać, bo sprawa była przesądzona od samego początku.

W dalszej części wypowiedzi Pani odniosła się do pierwszego rozstrzygnięcia i zadała szereg pytań, skierowanych formalnie do szefa działu współpracy zagranicznej, jednak wiadomo było, że są one wszystkie swego rodzaju chwytami retorycznymi, mającymi pobudzić myślenie każdego członka komisji i poniekąd też uderzyć w przewodniczącego. Pytania i wątpliwości kompletnie rozbijały przestawione wcześniej argumenty. Z całej wypowiedzi wynikało, że zaprezentowana kandydatka nie ma żadnego zaplecza intelektualnego, żadnego doświadczenia, nie zna żadnych języków obcych na takim poziomie, żeby się porozumieć z kimkolwiek zagranicą i nie ma również (rzecz jasna) żadnych kontaktów w branży, z wyjątkiem zażyłych stosunków z szefem działu współpracy zagranicznej. Na poparcie swoich tez  Pani przedstawiła szereg faktów oraz fragmentów życiorysu kandydatki, które niezbicie świadczyły o takiej właśnie interpretacji jako jedynej możliwej. Natępnie wystąpiła z  prezentacją kontrkandydatki, która nie tylko posiadała wszystkie cechy niesłusznie przypisane preferowanej osobie i była postacią wybitną, dobrze znaną w środowisku specjalistów, ale przede wszytkim spełniała WSZYSTKIE FORMALNE warunki konkursu, w przeciwieństwie do zaproponowanej wcześniej kandydatki.

Nastąpił moment niezręcznej ciszy. Szefowie patrzyli martwym wzrokiem przed siebie, nie wyrażając żadnych emocji, jakby absurd sytuacji zupełnie ich nie dotyczył albo przynajmniej jakby to, co usłyszeli, nie miało żadnego związku z podejmowaną przed nich problematyką.

Przewodniczący zarządził pięć minut przerwy i poprosił, żeby Pani na chwilę wyszła z nim omówić pewne szczegóły na osobności.

Pomimo zamkniętych drzwi, zgromadzeni słyszeli bardzo dokładnie każde słowo, wypowiadane najpierw spokojnie a następnie ze złością, każdy syk, kopniak, splunięcie, przekleństwo, plaśnięcie w twarz, głuchy cios pięści a nawet chrzęst wyrywanych włosów.

Do środka weszła najpierw pani. Twarz miała przysłoniętą długimi prostymi włosami, spod których skapywała krew, znacząc kropelkami drogę od wyjścia do miejsca, na które wróciła chwiejnym krokiem i powłócząc nogami. Z lewej strony zwisało nienaturalnie czerwone i  groteskowo przekręcone ucho.  

Przewodniczący wszedł dziarskim krokiem i natychmiast zarządził głosowanie. Zebrani zagłosowali jednomyślnie za przyjęciem przedstawionych kandydatur. Na siedzącą bez ruchu panią nikt nie zwracał uwagi a jej milczenie zinterpretowano jako zgodę na przyjęcie wskazanych osób i wpisano do protokołu jako głos "za". Gdyby ktoś chciał się odwołać to sprawa była jasna. Komisja była jednomyślna w swej ocenie i nie było żadnych wątpliwości. Może sobie nawet iść do sądu.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Test

Komisja zbierała się w środy o godz. 12.00. Kandydaci na obywateli musieli wyczekiwać nie wiedząc dokładnie kiedy nadejdzie ten ich wielki dzień. Największym wyczynem było dotrwać i przetrwać sam akt egzaminowania, bo wiedza i umiejętności były bez znaczenia. Kandydatów oczywiście uczono różnych niepotrzebnych rzeczy, aby stworzyć pozory, że dzięki edukacji uzyskają jakieś kompetencje. Liczyło się jednak to, jak i czy w ogóle potrafili przeżyć. I coś jeszcze innego.

Egzamin był bardzo trudny i można go było zdawać tylko raz. Co ciekawe, po egzaminie były dwie możliwości. Albo ktoś stawał się urzędnikiem wysokiej rangi, albo znikał w niewyjaśnionych okolicznościach. Wydawało mi się, że w moim przypadku wszystko było bardzo dziwne od samego początku. Nietypowe  było juz samo przygotowanie, bo mistrz ceremonii (zwany celebrantem), który miał mnie wprowadzić, nie był zbyt dobrze osadzony w układzie zależności. Można jednak było odnieść wrażenie, że wszystko idzie we właściwym kierunku.

Kandydat na obywatela, zwany doktorantem, bał się tajemniczego zniknięcia, ale wszyscy tłumaczyliśmy sobie , że najgorsze co może nam grozić to powrót do tego społecznego niebytu, w którym tkwiliśmy do tej pory. No bo cóż gorszego mogłoby nas  jeszcze spotkać?

W sali było duszno, popsuł się automat z kawą i napięcie rosło z minuty na minutę. Od słowa do słowa, aż znalazłem się w krzyżowym ogniu pytań. Egzaminatorzy stali się tak agresywni, że zaczęli się kłócić sami z sobą, nie zwracając na mnie uwagi. Patrzyłem bezradnie na celebranta a ten na Wielkiego Certyfikatora, który przewodniczył komisji i reprezentował tym samym najwyższy autorytet- wszechmocnego Państwa. W końcu jeden z egzminatorów zaczął zwracać się do mnie bezpośrednio i zarzucać uwagami kompletnie od rzeczy, nie oczekując i nie dając nawet szansy na odpowiedź. Kiedy już byłem całkowicie skonfundowany, Wielki Certyfikator uciął dyskusję i niespodziewanie zakończył egzamin.

Furtianie wyprowadzili mnie na korytarz i zamknęli drzwi. Oczekując wyniku, zastanawiałem się, co tak właściwie jest przedmiotem obrad. Przecież nie dali mi się wypowiedzieć. Chyba że nie odpowiedzi miały być oceniane, lecz coś innego. Im dłużej stałem przed drzwiami, tym bardziej zastanawiałem się co mogło być przedmiotem egzaminu. Pokora? Cierpliwość? Reakcja na stres? Co pozwalało doktorantowi stać się obywatelem i przeobrazić z larwy w motyla?
Dokładnie po 12 godzinach oczekiwania jeden z furtianów podszedł do mnie i oznajmił, że zdałem egzamin na obywatela oraz jestem zaproszony na uroczystą kolację, która odbędzie się w siedzibie Wielkiego Certyfikatora za godzinę. Gospodarz wspaniałomyślnie pozwoli mi zapłacić za wszystkie zamówione atrakcje i potrawy. Kwota 1900 suwerenów powinna zostać przekazana natychmiast. Były to prawie wszystkie moje oszczędności pochodzące z prac dorywczych, stypendiów, zasiłków, powiększone o pomoc rodziców, którzy wyrzekali się przez lata wszystkiego, byle tylko mieć syna obywatela.

Na kolacji dowiedziałem się, że bycie obywatelem niewiele zmienia. Władza należy do elity sędziów i uczonych i jest dziedziczona z ojca na syna. Reszta obywateli mogła korzystać z dóbr za przyzwoleniem władzy lecz nie mogła rościć sobie praw do własności i decydowania. Nieobywatele nie mogli o tym wiedzieć, bo nie wolno było im przekraczać granic Miasta a tak w ogóle to nikt z nimi nie chciał rozmawiać, gdyż uważani byli za podludzi i naznaczeni powszechną pogardą.  To, co nieobywatele postrzegali jako wysokie stanowiska urzędnicze, było tak naprawdę nizinami społecznymi po tej stronie murów. Najzdolniejsi obywatele uprawiali grę szklanych paciorków ku uciesze właściwie urodzonych a reszta była posługaczami, nałożnicami, furtianami, strażnikami wachlarza albo poganiaczami bydła i stanowiła bufor pomiędzy władzą a nieprzebraną, niepoliczalną masą nieobywateli.

Wielki Certyfikator zapytał mnie o pierwsze wrażenia po zdanym egzaminie. Nie tak wyobrażałem sobie moją sytuację. Nie zdobędę tu tego, co zostawiłem za murem a to co osiągnę raczej nie było warte tak długich i morderczych treningów, przez jakie przeszedłem.Zastanawiałem się, czy nie wrócić za mury, ale nic nie powiedziałem. Wielki Certyfikator tylko na mnie spojrzał i wszystkiego się domyślił. Nie musiałem niczego mówić.

Furtianie wyprowadzili mnie z pałacu i powiedli w stronę murów. Wspinaliśmy się mozolnie ku najwyższej z wież. Kilka metrów przed wejściem do niej, idący za mną furtian pchnął mnie nożem w nerkę i zepchnął w dół do fosy pełnej krokodyli.

Spadałem pełen wstydu, upokorzenia, żalu, fizycznego bólu i w poczuciu porażki, jednak bez lęku. Nagle to wszystko mnie opuściło. Plusnęło z martwym ciałem o wodę a ja sam zawisnąłem parę metrów ponad powierzchnią. Z ciekawością i spokojem obserwowałem jak bestie rozrywają i łapczywie połykają dryfujące szczątki.

Po tym spektaklu okrucieństwa odkryłem nowe możliwości. Byłem w stanie rozszerzać świadomość w dowolnym kierunku, w dowolnym zakresie, jak również przemieszczać ją w różne zakątki a nawet widzieć wszystkie miejsca jednocześnie- mur, fosę, pałac Wielkiego Certyfikatora, salę egzaminacyjną, puszczę i mój dom, gdzie rodzice właśnie kładli się spać. Nieco później odkryłem, że mogę też cofać się w czasie lub przemieszczać do przodu, jakby czas był filmem, który można sobie dowolnie odtwarzać- cofać lub przyspieszać w zależności od upodobania. O ile jednak w czasie rzeczywistym mogłem zatopić się świadomością w dowolnym obiekcie: przedmiocie, człowieku, roślinie lub zwierzęciu, to kiedy chciałem wędrować poza czas, mogłem tylko oglądać miejsca, bez ich doświadczania.

Odkryłem też, że ludzie spoza murów, pomimo wniknięcia w ich ciała, zachowywali się tak, jak do tej pory. Mogłem oglądać świat ich oczami, dotykać ich dłońmi i smakować ich językiem, bez żadnego uszczerbku. Nie wiedziałem nawet czy czuli moją obecność. Obywatele, w tym właściwie urodzeni, różnie reagowali na moje wniknięcia. Niektórzy zamierali lub nawet słabli i osuwali się bezwładnie na ziemię, inni dostawali apopleksji, bólu w różnych częściach ciała, opuchlizny, krwotoków. Wyraźnie ciała nieobywateli były mniej oporne na taką hybrydalną symbiozę, podczas gdy obywatele niszczeli z każdym wejściem w ich ciało.

Kiedy odkryłem, że mogę szkodzić obywatelom i właściwie urodzonym, pomyślałem o zemście. Trzeba jednak było wybrać między podziwianiem i studiowaniem wszechświatów- to mogło mi zająć nieskończoność- a zemstą, na którą miałem bardzo ograniczony czas, bo razem z niszczeniem innych sam ulegałem wyczerpaniu. Prawdopodobnie śmierć tego, w którego wejdę, będzie oznaczała również moje zejście.

Mogłem zatem studiować , zabić jedną najbardziej znienawidzoną osobę, lub ścierać się kolejnymi wejściami w ciała, z których każde trochę pocierpi.

Wyjście pośrednie wydawało się najmniej sensowne. Jeśli już czerpać przyjemność z zemsty to niech ona będzie pełna, bo tylko wtedy będzie satysfakcjonująca, podobnie jak w pełni satysfakcjonująca może być przyjemność z wiecznego poznawania.

Długo się zastanawiałem nad tym, który rodzaj przyjemności będzie dla mnie bardziej satysfakcjonujący. Wreszcie wybrałem ten, który wybrałbyś i ty. Ten, który najbardziej pasował do mojego aktualnego stanu a który prawdopodobnie przede mną wybrało wielu innych, bo jeśli kiedykolwiek zdarzył się w przeszłości taki przypadek, a ktoś wybrałby inaczej, nie miałbym takich dylematów. Po prostu by tu mnie nie było.


czwartek, 15 czerwca 2017

Barka



Barka
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, tam gdzie diabeł mówi dobranoc i kończy się jakakolwiek rzeczywistość, żyła sobie Siwa. Stara i pomarszczona, wroga i jędzowata. Szlag ją trafiał zawsze kiedy widziała czyjąś radość i zadowolenie, tzn. raz po raz. Żeby nie zostać oskarżoną o działanie w złej wierze, udawała kompletną idiotkę. Ludzie myśleli, że ona niedorozwinięta niedojda, a ta z premedytacją, pasją i perfidią realizowała swój ukryty plan od nie wiadomo kiedy.  
Uwielbiała psikusy, krzywdę ludzką i zło. Zarówno to, które czyniła jak i to, które było mimowolnym efektem jej działań. Przywolywała potem sobie w zaciszu domowym te cudne obrazy cierpienia ludzkiego, przeżywając przy ich studiowaniu orgazmiczną wręcz rozkosz oraz intelektualne uniesienia.
Po jakimś czasie dobrała sobie całkiem pokaźne stadko głąbów, które podziwiały jej spryt i uniesienia. Mogła wtedy szaleć na imprezach dla dzieci i seniorów, tańcząc na środku, otoczona wielbicielami, ozdobiona plastikowym diademem, kontemplująca wątpliwe piękno  ruchu i jeszcze bardziej wątpliwą urodę oraz najbardziej wątpliwe uznanie ludzi, które było czystym pozorem.  Pozornie szczęśliwa i przyjazna dzidzia- piernik, nie przepuściła żadnej okazji, żeby poniżyć i wbić w ziemię, udając przy tym słodkiego, zatroskanego aniołka, zadziwionego niespodziewanym obrotem spraw. 

W każdym rozsądnym człowieku powinno się zrodzić pytanie o mechanikę cudu. Jak to się stało, że ktoś bez przymiotów ciała czy ducha zdołał zebrać stado wiernych wyznawców, czołobitnych pochlebnych; nieogarniętych fantastów i pospolitych ciołków. Skąd wziął się cały ten trumpizm i owczy pęd stada głupców, które wyniosło na piedestał sadystkę, nie lepszą w niczym od nich samych? Jak to się stało, że kobita o aparycji i pomyślunku wioskowego głupka wiodła prym i zwodziła świtę? Uczeni głowili się i troili nad takimi i podobnymi przypadkami ale sensownej odpowiedzi znaleźć nie mogli.
Obserwując jej chochole ekstatyczne tańce, można było odnieść wrażenie że to czar jakiejś szamanki otulał i zniewalał gawiedź, która w zachwyceniu oglądała spektakl niczym skecz Monthy Pytona.  Jednak bynajmniej nie śmieszny to był spektakl.  Jakimś cudem zagospodarowała sobie przychylność elektoratu słabych, którym się w życiu nie powiodło. W gronie łapserdaków mogła być chodzącym ideałem a pośród niewiedzących- skarbnicą mądrości, gdyż jak powiedziano ‘w królestwie ślepców jednooki będzie królem’.  
Ludzie mądrzy z trudem udawali, że nic się nie dzieje ale ich konformizm nie pozwalał im na jakiekolwiek przeciwstawienie się, gdyż wiedzieli, że maluczcy nie mieliby już kompletnie w co wierzyć. Tolerowali więc jej zagrywki, choć dobrze wiedzieli, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Z przykrością patrzyli na ludzka krzywdę, tak jak się patrzy na wagony jadące do Auschwitz. Z tą różnicą, że tam za opór groziła śmierć a tutaj można było tylko utracić spokój.Do głupoty dokładali więc niemoc.

Im bardziej zbliżała się do końca życia tym bardziej stawała się bezwiednie perfidna. Niektóre zagrania układały się w pewien schemat i zmierzały do metodycznego niszczenia ludzi, inne występowały sporadycznie, w zasadzie bez przyczyny.  Bo była ku temu nagła okazja, bo nastrój odpowiedni, bo nuda.

Po siedemdziesiątce przyszła starość nader przykra i niewdzięczna. Ale tak w zasadzie to przecież nie miała ona być za co wdzięczna Siwej. Zaczęło się od łupania w kościach, które przeszło w łuszczycę. Kręgosłup stał się jednym wielkim filarem bólu, aż trudno było chodzić. Świat stał się salą tortur a ciało ich narzędziem. Po serii zatruć trzeba było usunąć część jelit.  Pęcherz i zwieracz działały jak chciały i kiedy chciały. Najczęściej jednak nie działały.
Kiedy krosty i pęcherze pokryły całe ciało a następnie zaczęły wydzielać żółtą cuchnącą maź, wiedziała że zbliża się dla niej ostateczność i czas byłoby się godzić z tym światem. Ona jednak walczyła ciągle, mimo, iż wydawało się, że utopi się we własnych wydzielinach. Miotała przekleństwa i gryzła z bólu prześcieradła. Złorzeczyła każdej żywej istocie i nawet zaczęła przeklinać samego boga. Do momentu, aż dostąpiła nieoczekiwanego aktu łaski. Tuż przed śmiercią doznała wizji, w której zobaczyła prawdę. Nie ci wyklinani ludzie byli naprawdę przeklęci, lecz ona sama. To, co chciała uczynić innym- jej teraz w jednej chwili uczyniono. Grzech, złość, przekleństwo, zazdrość i perfidia spadły na nią i zgniotły z całą siłą.
Czyste, niezaburzone niczym cierpienie doprowadziło ją do zrozumienia istoty rzeczy a umierając doznała olśnienia. Zalało ją poczucie wstydu i gorycz porażki, bardziej gorzka niż trupia flegma. Otuliły duszę niczym welon i paradoksalnie uwolniły.  Pozwoliły przejść na drugą stronę. 
W kierunku nicości.A potępienie i zbawienie tym samym się zdały w swej istocie.


sobota, 29 kwietnia 2017

Smoki

Mailowo dostałem informację, że zebranie zespołu projektowego jest ustawione na godz. 14.00
Wybrałem się wcześniej, żeby na pewno się nie spóźnić  i spotkałem naszą metodyczkę. Zaczęła mi mówić o nowym pomyśle na badania, który opierał się w zasadzie na tym, co już trenowaliśmy od dawna- wszyscy mieliśmy prowadzić badania nad tym samym i pisać ten sam artykuł, tak jak sobie życzył tego szef.
Im bardziej brnęła w temat tym bardziej stawała się naszą koleżanką Ewą, która w połowie stanowiła powtórzenie metodyczki a w połowie jej totalne zaprzeczenie.
Wyjaśniłem jej,  jak to się robi na świecie i że w zespole każdy ma swoją specjalizację i że tylko taki układ ma sens, bo inaczej to będziemy się kręcić ciągle wokół tych samych problemów.
Moje wyjaśnienia zbiły ją z pantałyku i patrzyła na mnie coraz bardziej podejrzliwie. Jak na idiotę.
Przerwało nam wejście Smutasa, który oznajmił ze szef już czeka.
Na spotkaniu jak zwykle szef mówił w przestrzeń, a właściwie to do samego siebie, napawając się dźwiękiem własnego głosu,  ale z treści wiadomo było, że najwyraźniej pił cały czas do mnie. Zawsze tak robił, jak chciał kogoś upokorzyć.
Praktycznie cały czas była mowa o naszej studentce, która potrzebuje egzorcyzmów albo odczyniania uroków przez szamana.
Trochę mnie to zdziwiło, że uczelnia miesza się w sprawy osobiste i w jakąś produkcję cudów, ale w końcu może to wpływ zmiany na najwyższych szczeblach władzy  i teraz tak trzeba będzie uprawiać naukę w instytucji państwowej- z szamanami i egzorcyzmami, pod dyktando kościołów, szaleńców i wróżek.
Zastanawiałem się, co ja mam do tego, aż zaczął mówić o naszym ostatnim zebraniu i jak to omawialiśmy sprawę Aleksandry N. a potem podobno dostałem polecenie służbowe, żeby jej sprowadzić egzorcystę. Popatrzył na mnie znacząco i nastąpiła cisza, która miała mnie jeszcze bardziej pognębić.
Oczywiście słyszałem o tym pierwszy raz, więc nie mogłem zdać relacji z czegoś, czego nie było.
Jednocześnie przypomniałem sobie, że muszę się udać do sioła, gdzie mieszka Gleb ze swoimi dwoma synami o aparycji bułgarskich gangsterów- dużych i grubych, śmiertelnie niebezpiecznych bandytów o mylącym wyglądzie miśków- bliźniaków. Jednym uchem słuchałem szefa, który stawał się coraz bardziej nerwowy i próbował w mailach znaleźć wiadomości, w której kazał zająć mi się sprawą, a drugim okiem spoglądałem coraz bardziej niecierpliwie na zegarek.
Był coraz bardziej wściekły na mnie, za to ze nie wykonałem polecenia, ciskał gromy i fufał, ale w końcu się zaczął uspokajać,  bo  dotarło do niego, że żadnego polecenia mi  mailowo nie wydał. Nie wpadł na to, że mógł mi przecież powiedzieć, a nie wysłać, ale dzięki bogu nie przyszło mu to do głowy.
Zebranie jak zwykle skończyło się niczym dla każdego. Kolejna stracona godzina życia.
Tylko ja dostałem wyraźne polecenie, żeby załatwić tego egzorcystę lub jakiegoś innego cudownego szamana. Miałem w tym celu jechać do Gleba (!!!!), który kogoś tam ponoć  zna. Smutas dodał, że wcześniej muszę uzyskać  zgodę Aleksandry N. na sprowadzenie szamana, ale jak powiem, że to pomysł szefa profesora to przecież powinno być  ok- zgodzi się na pewno, bo profesorowi się nie odmawia, jak mawiała metodyczna Ewa .
Ola mieszkała obok Gleba ale wcześniej (nie wiem do końca dlaczego)  postanowiłem wejść  do „Bułgara” z jego synami. Zimny zacinający deszcz, mrok niczym w nocy spowodowany  nawałnicą, wyjący wiatr- wszystko tworzyło klimat jak z horroru. Przechodząc przez rozległe podwórze majątku, minąłem  stodołę zaadoptowaną na mieszkanie. Piętro było jasno oświetlone a w moją stronę  zmierzał powoli przez cały pokój, w rozchełstanej białej koszuli, czerwony na twarzy, z butelką wódki w ręku i pijanym wzrokiem, jeden z synów.
Wszedłem do głównej chaty- pozostałości majątku jeszcze sprzed wojny.
Przy przejściu z sieni do gościnnego rzucił się na mnie mały słodki piesek, którego wygląd pozwalał wysnuć  hipotezę, że każdy w tej rodzinie ma aparycję bułgarskiego gangstera- nie tylko ludzie.
Piesek chciał się bawić. Przykucnąłem a on pchał sie między nogi, na kolana,  lizał mnie po twarzy. Pochyliłem głowę, jakbym chciał się w nim wytarzać a on błyskawicznie, metodycznie i delikatnie wygryzał mi pchełki.
Gleb wysłuchał mnie uważnie i stwierdził, że jeden z jego synów ma na tyle mocy, że może wypędzić Złego  z ciała studentki.
Poszedłem do Aleksandry N.
Otworzyła mi drzwi. To nie była ona tylko Aleksandra B., moja licencjatka, która napisała pracę (zresztą bardzo dobrą) wiele lat temu.
Udawałem, że wszystko jest ok.
Pochyliłem się i wyszeptałem jej do ucha, że szef prosi mnie o jej zgodę na egzorcyzm. Zanim skończyłem mówić, jej uśmiech zdradził, że doskonale wie z czym przyjechałem i że spodziewała się mnie dokładnie teraz z dokładnie takim pytaniem. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej i też na ucho powiedziała mi „Nawet dwa”.
Nie wiedząc do końca, czy żartuje, wróciłem do Gleba.
Zastałem nietypowy widok.  Na środku za stołem siedział Gleb a po prawej stronie przy miniaturowym pianinie siedział  odwrócony do mnie tyłem smok, pogrywając coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem. Duży, spasiony, zielony, bułgarski smok.
W pierwszej chwili nie zorientowali się, że jestem w izbie. Kiedy mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Gleba, ten przeszedł delikatną  przemianę- stał się zdecydowanie mniej puszysty. 
Spytałem o smoka- co to jest to coś zielone po prawej.
Smok w oka mgnieniu zmienił kolor na szary.
Nie wiedziałem co powiedzieć.
Zapytałem o to coś, co wygląda jak smok.
Odwrócił do mnie twarz i w jednej chwili zmienił się w syna  o twarzy psa, którego wcześniej spotkałem.
Nadal udawałem, że wszytko jest w porządku i ustaliłem z Glebem, że kogoś wyśle do nas .
Zanim dotarłem do gabinetu, Aleksandra N. vel B. siedziała naprzeciwko mojego szefa u szczytu długiego starego stołu. W jednej sekundzie zmieniła się w smoka, zionęła żywym ogniem i po szefie został przypalony szkielet z  rozdziawionymi szczękami- ni to z przerażenia, ni to zdziwienia, ni to z bólu. Nie zdążyłem nawet nic powiedzieć.
Wtedy zrozumiałem kim była tak naprawdę Aleksandra N. vel B. 

niedziela, 19 lutego 2017

Samsara

Zdecydowanie źle trafiliśmy. Na całej farmie były tylko dwie grupy- my i jacyś czarni, którzy uciekli spod bomb. Oni nie mieli pozwolenia na pracę, więc właściciel mógł zrobić z nimi dosłownie wszystko. Zresztą od czasu do czasu ktoś z nich znikał i nikt o nic nigdy nawet nie zapytał . My Polacy stanowiliśmy tę drugą grupę. Teoretycznie byliśmy obywatelami UE ale zaraz po przyjeździe właściciel zabrał nam wszystkim paszporty i w ten sposób posiadł w pewien sposób również nas. Uciec z farmy jeszcze nikomu się nie udało. Pola były ogrodzone wysokim płotem z drutem kolczastym podłączonym do prądu a w wieżyczkach co 500 metrów czyhali na nas przez całą dobę wyposażeni w długą broń, specjalnie wyselekcjonowani strażnicy. Trafiali do celu z kilometra, o czym niejeden czarny się przekonał. W praktyce status czarnych uchodźców i nas w roli białych niewolników był ten sam. Jeszcze na początku naszego przyjazdu strażnicy starali się zachowywać jakieś pozory ale po jakimś czasie puściły im jakiekolwiek hamulce i zaczęli traktować nas gorzej niż zwierzęta. Bicie, głodzenie, przekleństwa i wreszcie wymyślne tortury stały się tak naturalne jak oddychanie. Upokorzenie bolało nas bardzo tylko na początku, po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się bo chcieliśmy żyć i wiedzieliśmy, że kontrakt kiedyś się skończy.

Kilka dni przed końcem naszego niewolniczego kontraktu miało miejsce dość osobliwe wydarzenie. Jeden z czarnych zniknął a drugi się zbuntował. Chodziły pogłoski, że buntownik to brat bliźniak tego co zniknął. Patrzyliśmy jak zbuntowany wykazuje skrajną pogardę wobec wszystkiego i wszystkich. Strażnicy bili go i kopali do nieprzytomności a on przyjmował to ze stoickim spokojem i obojętnością. Nie tylko nie dał się przymusić do pracy, ale przestał jeść i pić. Leżał niemy i bez ruchu w takiej pozycji, w jakiej go zostawili oprawcy i tylko oczy zasnute lekką mgiełką niczym u narkomana, zdradzały, że żyje.

W pewną niedzielę około północy obudziły nas krzyki i przekleństwa. Strażnicy, którzy wiedzieli już dobrze, że katowanie nie przynosi żadnego rezultatu, krzyczeli na czarnego,  żeby się zamknął. Ten zaś wpadł w trans. Tańczył, skakał, tarzał się po ziemi krwawiąc i tocząc pianę. Coraz to prężył się, jakby chciał dotknąć księżyca, żeby z kolei upaść, wierzgać i szarpać palcami piach. Jakby miotała nim  siła o wiele bardziej potężna i przerażająca niż cały ten beznadziejny świat, który nas zniewolił. Fascynujący  spektakl wydawał się nie mieć końca a my staliśmy zaczarowani i na ten czas zapomnieliśmy o wszystkim, wkraczając w rzeczywistość, której nie byliśmy w stanie pojąć. Odszedł nas ból, upokorzenie, żałość, tęsknota i gorycz. Kiedy czarny skończył się miotać, stanął normalnie tak jakby to zrobił każdy inny człowiek, spojrzał w stronę strażników a w jego  oczach zobaczyliśmy zwykłą ludzką świadomość. Wiedzieliśmy, ze ma w tej chwili bardzo dobre rozeznanie sytuacji i wrócił do przytomności i że przestał być duchem, demonem czy bogiem i że stał się zwykłym człowiekiem. Jednak głos, który z siebie wydobył był w jakiś sposób nieludzki, jakby stał się człowiekiem-demiurgiem.  Mamrocząc i pohukując, czasami świszcząc lub cedząc słowa przez zęby, najwyraźniej powtarzał to samo kilka razy niczym mantrę lub zaklęcie, po czym podszedł do studni i rzucił się głową w dół.

Wszelkie wyjaśnienia były zbędne. Mieliśmy do czynienia z szamanem, który przez cały czas obmyślał sposób, jakby się zemścić na oprawcach swojego brata. Byliśmy świadkami jak nawiązał kontakt z zaświatami, żeby sprowadzić przekleństwo na katów, rzucić urok i na koniec złożyć siebie w ofierze. Nie było nam dane zobaczyć za życia, czy urok zadziałał, gdyż strażnicy, jak tylko dotarło do nich znaczenie tego co się wydarzyło i jak już się otrząsnęli ze zdumienia, zaczęli do nas strzelać jak do wróbli. Zrozumieliśmy w tym momencie, że krzaki pomidorów i oliwek użyźniają poprzednicy a kontrakt kończy się śmiercią a nie uwolnieniem jak nas przekonywano. Byliśmy zwodzeni na wiele sposobów.

Postanowiłem trochę zostać między ludźmi aby sprawdzić, czy klątwa się wypełnia. Nie było to jakoś szczególnie trudne. Wystarczyło śledzić czarnego gdy ten chodził za każdym strażnikiem dopóty, dopóki ten nie umarł. Postronnej osobie mogło się wydawać, że śmierć tych ludzi jest naturalną konsekwencją chorób, zdarzeń losowych, różnego rodzaju niewydolności. Ja jednak widziałem z jaką determinacją czarny chodzi za swoją ofiarą i jak tęsknie wypatruje ich zgonu.  To nie mógł być przypadek, choć okres oczekiwania na dojechanie osoby był odmienny w każdym przypadku.

Z czasem, jak wypełniała się jego misja, czarny bladł coraz bardziej i zanikał. Stawał się coraz bardziej przejrzysty. Jakby cień rozpływał się w powietrzu. Aż w końcu rozpłynął się zupełnie.

Tym co mnie trzymało w świecie, była ciekawość klątwy. Dziwił mnie więc fakt, że nie zaniknąłem razem z nim. Postanowiłem odwiedzić domy strażników ponownie i wtedy okazało się, że klątwa przechodzi na ich dzieci, wnuków, żony, braci, kuzynów i zatacza coraz szersze kręgi. Ludzie skakali sobie do gardeł, mordowali najbliższych, rzucali się pod samochody albo rozbijali głowy o ścianę. Wyglądało na to, że w końcu cała planeta zwariowała i nikt nie pozostanie żywy.

Wróciłem tam gdzie to wszystko się zaczęło. Usiadłem na brzegu studni i próbowałem znaleźć wytłumaczenie.

Wyzbyty pragnień miałem dość dużo czasu, żeby zatopić się w rozważaniach. Usiadłem pod drzewem i zacząłem medytacje.

Kiedy straciłem już jakiekolwiek poczucie czasu, zrozumiałem, ze czarny był Mesjaszem, który zstąpił ponownie, żeby dokończyć dzieła zbawienia. To, co mi się wydawało klątwą było w swej istocie naturalną konsekwencją niemożności wypełnienia misji. Musiałem  się pomylić w swoich pierwszych ocenach czarnego. Nie przeklinał, lecz ostrzegał. Nie chciał zemsty tylko wypełnienia, wykończenia, domknięcia.

Apokalipsa musiała przyjść w tej lub innej formie, bo była nieuchronna. I oczywiście potem nic więcej się nie wydarzy a mi przypadło tak już zostać na wieczność. Za to pojęcia takie jak dobro, zło, zbawienie, potępienie, odkupienie tracą sens jeśli nie mają punktów odniesienia, czyli ludzi.

poniedziałek, 13 lutego 2017

zaniki

Im bardziej zagłębiałem się w księgi tym bardziej skomplikowany stawał się świat wokół mnie. W pewnym sensie było to normalne, bo czas poświęcany nauce i poznaniu rzeczy istotnych musiał być wygospodarowany kosztem czasu przeznaczanego na czynności osadzające nas w rzeczywistości zwykłych ludzi. Im więcej przestudiowanych ksiąg, tym bardziej wyraźnie objawiał się fakt, że większość codziennych starań prowadzi do utrzymania bardzo kruchej równowagi między bytem a niebytem, porządkiem a chaosem, pulsującym gorącym życiem i mrożącą otchłanią. Zawsze wydawało mi się, że ta krucha granica właśnie pęka i że za chwilę otworzy się puszka Pandory, z której wypełzną inkarnacje naszych najgłębiej ukrytych i najbardziej przerażających lęków, po czym bez zmrużenia oka i bez litości zniszczą nasz świat. My sami zaś będziemy musieli się przyglądać z poczuciem niemocy, przemieszanej nierówno z kompletnym zagubieniem i febrą drącą nas do głębi, jak cały dorobek i wszelkie wysiłki ulatują z dymem, spopielają się i obracają w nicość. Obawiałem się, że jak już pęknie ta krucha granica, to nie będzie komu obronić tego, co dla nas było najważniejsze, a co wydawało się największymi zdobyczami ludzkości: honoru, czci, pociechy, spokoju. Że nie zdołamy powstrzymać barbarzyńców gwałcących, mordujących, czyniących sobie pośmiewisko ze wszystkiego i wszystkich. Że nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się właściwie nikomu ani niczemu, co wypełznie z drugiej strony.

Zagłada była jednak innej proweniencji i zupełnie inny był jej charakter, jakże odmienny i niepodobny moim wyobrażeniom, choć przecież dla mądrego człowieka tak łatwy do przewidzenia. Oto któregoś dnia podczas zwykłej rozmowy z przyjacielem dostrzegłem, że po raz kolejny potrzebuję ułamka sekundy więcej niż zwykle, żeby znaleźć odpowiednie słowo do wyrażenia myśli. Zacząłem  się obawiać, że to pierwsze objawy Alzheimera i że będzie ze mną coraz gorzej z każdym dniem, aż do zaniku świadomości kim jestem i w jakim świecie żyję. Problemy z czasem rzeczywiście się pogłębiły. Potrzebowałem coraz więcej czasu, aby znaleźć odpowiednie słowo i zastosować właściwą konstrukcję zdania. Nawet w przypadku zwyczajnych słów i prostych konstrukcji. Nie była to jednak jedynie moja choroba lecz coś znacznie poważniejszego, rodzaj powszechnej epidemii- wielowymiarowej, rozległej i głębokiej. Wszechogarniającej.

Zauważyłem, że wielu innych ludzi ma ten sam problem. Zastanawiają się dłużej, niż powinni nad zwykłymi konstrukcjami  i prostymi słowami. Jakby na chwilę zapomnieli jak się wyrazić albo jakby bali się, że to słowo, które normalnie jest przez nich używane w takich sytuacjach, straciło właściwą wymowę i znaczenie. Wszyscy inni-  nie mający takich problemów z zacinaniem się, mówili szybko, coraz mniej wyraźnie, niechlujnie, popełniając co i rusz podstawowe błędy językowe.

Szybko i niechlujnie mówiący ludzie byli tak samo szybcy i nieporządni w swoich osądach i decyzjach. W pewien sposób ich język oddawał stan ich umysłu, jego miałkość i prostackość. Zaskoczeni a następnie przerażeni obserwowaliśmy jak deklarują oni wojnę z wszystkim, z czego byliśmy do tej pory dumni: prawem, wiarą, wspólnotą, prawdą, szacunkiem, tolerancją i mądrością. Przez  tysiąclecia obserwowaliśmy jak ciemność uderzała w podstawy człowieczeństwa na różne sposoby, czasem nadzwyczaj perfidnie i cynicznie, jak w przypadku krzyżowania chrześcijan i egzekucji Hypatii. Niekiedy ta ciemność zalewała świat- na przykład podczas wojen, ale zawsze przemijała, przegrywała, ustępowała i prędzej czy później nadchodziły czasy zwane złotym wiekiem. Tym razem było inaczej.

Słowa więzły nam w gardle a cyniczni szubrawcy i perfidni kłamcy, sprawni w mowie nienawiści, szybko wiedli na szafot. Deklarowali wiarę w baranka, sprawiedliwość i miłosierdzie, jednak nie było w nich za grosz miłości bliźniego a sprawiedliwa mogła być dla nich tylko zemsta za wymyślane ciągle na nowo krzywdy i upokorzenia. Widząc to wiedzieliśmy, że nadchodzi wydarzenie, którego ludzkość obawiała się od zawsze- koniec. Kiedy już wymordują nas, wezmą się za siebie nawzajem- brat brata a córka matkę. Otchłań nie przyszła  z zewnątrz, jak wcześniej przypuszczaliśmy, lecz od zawsze była w nas i czekała na odpowiedni moment. Na chwilę, kiedy będziemy na takim poziomie rozwoju cywilizacyjnego, że damy się ogłupić i dokonać samozagłady. Zostanie po nas może jedynie technologia, za mało zaawansowana, żeby nabyć świadomość i samodzielnie się rozwinąć. Dalece niewystarczająca, żeby przechować pamięć o swoich twórcach. Zresztą może nie warto, skoro byliśmy tylko emanacją otchłani, przeznaczeni do zagłady.