sobota, 17 marca 2018

Taksówkarz

Turcy palili i pili herbatę w oczekiwaniu na taksówkę, siedząc na werandzie hotelu. Odnosiłem wrażenie, że główny organizator znał wszystkich najważniejszych w mieście- od właściciela hotelu, z którym wymieniali się uprzejmościami, aż do gubernatora prowincji, u którego zdażyliśmy być w odwiedzinach, pomimo tego krótkiego pobytu.  
Pod hotel podjechało nowe, drogie auto. Jego widok nie mógł budzić zdziwienia, gdyż (jak stwierdził kiedyś nasz gospodarz) w tym niezamożnym mieście czymś zupełnie normalnym było posiadanie drogich i nowych aut, bez względu na status materialny właściciela. Zaskoczeniem za to okazał się sam taksówkarz, choćby z tego względu, że wyglądał na starszego od swojego samochodu o jakieś 80 lat. 
Chcieliśmy się już z bagażami pakować do samochodu, kiedy powstrzymał nas gospodarz. Jego młodszy asystent poszedł z właścicielem do auta a my dowiedzieliśmy się, że trzeba ustawić nawigację. Czynność trochę trwała- w sam raz tyle, żeby wypić kolejną pożegnalną herbatę i wypalić kolejnego papierosa. 
Pożegnaliśmy się, zapakowaliśmy i auto ruszyło. Przekonaliśmy się już podczas konferencji, że mieszkańcy miasta odczuwają chłodną wiosnę (12-14 stopni) jako bardzo zimną i podgrzewają się intensywnie. Podczas konferencji przyszło nam się nieraz rozbierać jak do rosołu, z powodu dmuchającego na nas gorącego powietrza elektrycznych podgrzewaczy. Nie inaczej było i tym razem. Starszy pan ustawił temperaturę na 30 stopni a my sciśnięci na tylnym siedzeniu niczym sardynki szybko zaczęliśmy odczywać senność. 
Obudził mnie pot ściekający po plecach. Wyobraziłem sobie, że lada moment będę musiał wysiąść cały mokry i wyjść na chłodne powietrze. Przeziębiony i zakatarzony, walczący z grypą przez cały pobyt, miałem jak w banku zapalenie płuc. Zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić. Nie mogłem zdjąć kurtki, bo za bardzo byliśmy ściśnięci- nie mogłem się nawet skręcić, żeby chwycić za rękaw- mogłem tylko rozpiąć kurtkę ale to nie wystarczało, żeby mnie przestały zalewać strugi potu. Nie mogłem prosić o wyłączenie ogrzewania, bo taksówkarz nie mówił w żadnym znanym mi języku i nie bardzo się domyślał, o co może nam chodzić. Nie mogłem również opuścić szyb, bo deszcz chlustałby mi prosto w twarz. Wyglądało na to, że jesteśmy skazani na turecką łaźnię. 
Obserwując drogowskazy, liczyłem kilometry do miasta, w którym znajdował się hotel- pierwszy cel naszej podróży, gdzie mieliśmy zostawić włoskich przyjaciół i skąd mieliśmy się udać na lotnisko. 
W mieście taksówkarz zatrzymał się na swiatłach. Opuścił szybę i zwrócił się do stojącego obok motocyklisty. Najwyraźniej nawigacja okazała się niewystarczająca i musiał spytać o drogę. Do wnętrza samochodu napłynęło nieco chłodnego powietrza. Pasażerki zaczęły się wybudzać a siedzącemu z przodu Włochowi cudem udało się porozumieć z taksówkarzem, który wyłączył ogrzewanie i uratował nas w ten sposób od całkowitego roztopienia. 
Dwie przecznice dalej skręciliśmy w błotnistą drogę, wijącą się między blokami mieszkalnymi. Nie wyglądało na to, żeby prowadziła ona do jakiegokolwiek hotelu. Taksówka przejechała ok. 100 metrów zwalniając coraz bardziej, aż w końcu zatrzymała się. Taksówkarz wysiadł i zaczął chodzić w różnych kierunkach. Wreszcie przechodząca dziewczyna najwyraźniej wskazała mu właściwą drogę. Przejechaliśmy dalej kilkaset metrów, klucząc między blokami i sytuacja się powtórzyła. Tym razem jakiś sklepikarz wskazał na budynek za rogiem po drugiej stronie ulicy. Przejechaliśmy kolejne kilkadziesiąt metrów i stanęliśmy przed jakimś gmachem. Taksówka stanęła, blokując wyjazd z bramy. Taksówkarz wyszedł po raz kolejny i zaczął sprawdzać wejścia do garaży, szukając  właściwie nie wiadomo do końca czego. Wreszcie stanął bezradny i zafrasowany. Zaczęliśmy chóralnie pokazywać, żeby objechał budynek dookoła, ale zupełnie nie reagował. Prześlizgnął się po nas wzrokiem, jak po jakichś nieszkodliwych idiotach ściśniętych, wymachujących gorączkowo wewnątrz trochę większego akwarium i rozglądał się dalej bezrozumnie. Wreszcie najwyraźniej sam doszedł do wniosku, że nie od rzeczy będzie objechanie budynku dookoła, wsiadł w taksówkę i podjechał od frontu, który okazał się być po przeciwnej stronie. 
Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi, starszy pan przyjął z rozbrajającym uśmiechem i wyraźną wdzięcznością przyjął banknot a następnie pojechaliśmy dalej. Po kolejnej godzinie jazdy autostradą dostrzegliśmy następne oznaki niepewności w zachowaniu taksówkarza. Najpierw zatrzymaliśmy się przy zjeździe z autostrady. Kierowca przystanął na pół minuty, po czym wybrał drogę prosto. Po kilku kilometrach zjechał na stację benzynową i tam upewnił się co do właściwego kierunku. Przy włączaniu się do ruchu zdziwiło mnie kolejne wahanie. Wyglądało jakby taksówkarz nie dowierzał pracownikowi stacji albo nie potrafił właściwie ocenić odległości nadjeżdżającego pojazdu. Jedno i drugie było wysoce niepokojące. 
Pół godziny później dojechaliśmy do czegoś w rodzaju ronda. Drogowskaz pokazywał nazwę miejscowości, przy której umieszczono symbolicznie samolot. Chyba mogliśmy odetchnąć, chociaż nie byłem do końca pewien, czy nazwa lotniska się zgadza. 
Taksówka znów zacząła zwalniać, aż zatrzymała się tuż przed drogowskazem sugerującym skręt w prawo. Kierowca zastanawiał się ok. minuty i wjechał na rondo, ignorując drogowskaz. Bardzo powoli okrążyliśmy skrzyżowanie i  równie wolno potoczyliśmy się w stronę lotniska. Kilkaset metrów dalej znajdowało się kolejne "rondo" i kolejny drogowskaz, pokazujący drogę na wprost, z nazwą lotniska oraz symbolem samolotu. 
Kierowca zatrzymał się po raz kolejny. Pomyślał chwilę, skręcił na rondo i ustawił się po przeciwnej stronie, jakby chciał wrócić do poprzedniego ronda. Nie wytrzymałem. Próbując zwrócić uwagę kierowcy, wysiadłem z taksówki, przeszedłem przez całe skrzyżowanie, zbliżyłem się do drogowskazu i zacząłem dawać znaki kierowcy. I dokładnie w tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że to nic nie da. Kierowca przecież wcześniej nie zwracał uwagi ani na drogowskazy ani na uwagi ludzi- żył jakby w swoim świecie i to on sam siebie musiał przekonać, że jedzie we właściwym kierunku. Inni mogli tylko potwierdzać jego przypuszczenia ale nie byli w stanie w żaden sposób zmienić tego, co sobie umyślił. Wróciłem do taksówki, ciesząc się, że nie odjechał beze mnie i że nic w nas nie przywaliło na tym niby rondzie między niby autostradami. Pogodzony z losem wsiadłem do auta. 
Taksówkarz majstrował coś przy GPSie. Wreszcie znudzony, czy też zniechęcony ruszył. Przystanął przed pierwszym rondem i zaczął je obserwować. Ja zacząłem w tym czasie obserwować zegar. Wprawdzie do odlotu były jeszcze ponad 2 godziny ale ani nie byłem w stnaie określić jak daleko jesteśmy od lotniska ani też w którą stronę pojedziemy. Tak czy inaczej- nie bardzo widziałem wyjście z tej sytuacji. Kilkaset metrów od ronda widziałem jakieś zabudowania ale taksówkarz i tak zignorowałby jakiekolwiek moje sugestie i zrobił co mu się będzie podobało. 
Po jakimś czasie on sam chyba zauważył światła  w oddali. Przejechał przez skrzyżowanie i podjechał do kolejnej stacji benzynowej (jak się okazało). NIe prostą asfaltową drogą lecz przez błotniste wertepy, jak poprzednio w mieście.
Po krótkiej rozmowie wrócił przez rondo do miejsca, z którego wcześniej zawrócił i pojechał dalej prosto już bez zastanawiania się.
W ciągu 10 minut dotarliśmy do wiaty ze strażnikiem w środku. Ten w ogóle na nas nie zwracał uwagi, dopóki kierowca nie zatrzymał się i po raz kolejny wdał w pogawędkę, najpewniej na temat kierunku jazdy. Nie trzeba było znać języka, żeby wiedzieć co odpowiedział strażnik. Droga była prosta i miała tylko jeden pas. Nie było żadnych alternatyw oprócz możliwości powrotu. Przejechaliśmy kilkaset metrów w stronę coraz bardziej wyłaniającego się, dobrze oświetlonego lotniska. Taksówkarz zatrzymał się przed rozwidleniem. Droga prosto prowadziła do magazynów i zbiorników. Łuk w lewo prowadził prosto w stronę lotniska. Po kolejnych rozważaniach taksówka pojechała prosto  w stronę magazynów. Dojechaliśmy do bramy a kierowca wyszedł i chciał sprawdzić czy może nawet wejść. Zawrócił jednak szybko jak tylko zobaczył kłódki i łańcuchy, co go przekonało, że nie uda mu się sforsować zabezpieczeń. Pojechaliśmy dalej po łuku w stronę lotniska. Taksówka zaczęła zwalniać przed pierwszym ładnie oświetlonym wejściem z napisem ARRIVALS. 
Nie mieliśmy już siły protestować. Kierowca zadowolony  z siebie wysiadł i zaczął wyciągać nasze bagaże z samochodu. W momencie kiedy sięgałem po pieniądze podeszło do nas trzech żołnierzy z bronią maszynową i rzucili coś gniewnie w stronę starszego pana. Ten dostał nadzwyczajnego przyspieszenia, błyskawicznie wrzucił nasze rzeczy do bagażnika i pobiegł, żeby usiąść za kierownicą. Wsiedliśmy również i przejechaliśmy kilkaset metrów dalej- do wejścia z napisem Departures. 
Zabraliśmy bagaże, zapłaciliśmy i mogliśmy odetchnąć spokojnie. 

W samolocie był czas na zastanowienie się. Starszy Pan najprawdopodobniej nie był zawodowym taksówkarzem, tylko podprowadził auto synowi lub wnukowi. Nie mógł być  kierowcą, bo nie miał odpowiednich nawyków-nie korzystał ani z mapy ani z GPS, nie potrafił ocenić właściwie odległości, ignorował znaki i drogowskazy. Może nawet był analfabetą. 

Może tym bardziej zasłużył na suty napiwek.


poniedziałek, 5 lutego 2018

Wesele

W dużym pokoju na piętrze trwały przygotowania do zaślubin. Co chwilę wchodzili lub wychodzili z niego Praktykanci, czyniący cały harmider jeszcze większym, pomimo braku jakichkolwiek kompetencji, starający się za wszelką cenę pomóc w opanowaniu wszechogarniającego bałaganu. Gdzieś na granicy świadomości odnotowałem, że przemknął cień Syna. 

Dźwięk klaksonu zasygnalizowal, że mamy dostawę. Do pokoju weszło dwóch ludzi niosących w dłoniach zapieczętowane przezroczyste kule. W tej większej  znajdował się bezkształtny Smok, w mniejszej zaś równie amebowata Minerwa.  
Obydwa stworzenia były niezwykle niebezpieczne. Uwolnione, w jednej chwili przemieniłyby w trociny i miazgę zarówno każdy przedmiot jak i wszelki żywy organizm. Efekty ich pracy wyglądały w równym stopniu przedziwnie, co przerażająco: części ciała połączone na trwale z kamieniem, drewnem lub przedmiotami, tkanki zwierzęce i ludzkie przemieszane, w postaci zawiesiny, wtryśnięte w materię nieożywioną albo zawieszone w powietrzu. 

Poprosiłem o zniesienie dostawy do przestronnej piwnicy z ogromnym basenem, zajmującym 2/3 powierzchni. Położyliśmy pojemniki na podłodze i zaczęliśmy się zastanowiać jak można zabić Smoka i Minerwę. Dostawca odjechał, przygotowania na piętrze trwały w najlepsze a my myśleliśmy. Podobno te organizmy były niezniszczalne,  ale nawet nie mieliśmy szans się o tym przekonać, wiedząc, że otwarcie kul będzie ostatnią czynnością w naszym życiu. 

Z nieba zaczęły spadać artefakty. Rozpływały się w powietrzu, topniały spływając i wsiąkały w ziemię. Podejrzewaliśmy, że to sprawka Smoka, który nawet w więzieniu miał zdolność przemiany świata. Artefakty zatem w żaden sposób nie mogły być drogą do rozwiązania zagadki życia i nieśmiertelności. 

Nagle i niespodziewanie  zamigotał ekran telewizora. Włączył się obraz i wyszedł z niego Syn, goły jak święty turecki. Wyglądał na jakieś 17 lat. Jak gdyby nigdy nic, przeparadował nam przed nosem i wspiął się rączo po schodach na parter. On też nie mógł nam w żaden sposób pomóc, aczkolwiek w głowie zaświtała mi niejasno niczym pierwsza jutrzenka, pewna myśl. Niepewny w kształcie pomysł, który dopiero co zaczął się wyłaniać z nicości. 

Przysiadłem na brzegu basenu i zanurzyłem stopy w krystalicznej wodzie odbijającej refleksy błękitnawo- szarego światła. Praktykanci stali wciąż bezradnie niezgrabni. Pogubieni w tym wszystkim, nie mający seledynowego pojęcia, co się święci. Nie mogli mi w niczym pomóc. 

Pogładziłem się po łysinie i ściągnąłem usta. Językiem trafiłem na chwiejący się ząb. Rozmyślając nad rozwiązaniem, podważałem i podważałem, aż dał się wyciągnąć.  Językiem zbadałem dokładnie powstały krater. Przykucnąłem i zlustrowałem kuliste, przezroczyste więzienia. Smok przylgnął do ścianki od strony basenu, wyraźnie zainteresowany wodą. A może chciał od czegoś uciec? Po przeciwnej stronie niż basen stała kula z Minerwą. Ta z kolei skłębiła się po stronie Smoka.

Zerwałem pieczęcie z pojemników, wyciągnąłem zatyczki i przystawiłem kule otworami do siebie. Smok i Minerwa połączyły się a następnie implodowały. 

Spadające artefakty zastąpił śnieg. Tak biały, że aż niebieski. Płatki topniały w powietrzu zanim dotknęły ziemi.

Wesele się rozpoczęło.

niedziela, 3 września 2017

Zebranie

Tego dnia miałam wolne ale musiałam przyjechać do pracy, gdyż szef zarządził nadzwyczajne zebranie w sprawie zdefiniowania nowych priorytetów firmy. Nie zostało określone dokładnie o której się musimy spotkać ale konieczna była obecność całego zespołu i powiadomiono nas przez sekretarkę, że powinniśmy czekać od samego rana, gdyż nie wiadomo dokładnie, kiedy trafi się wolna chwila między ważnymi spotkaniami, żebyśmy mogli wstępnie omówić te najważniejsze problemy. Powiadomienie przez sekretarkę nie było niczym dziwnym, zważywszy na przyjęty sposób komunikowania się szefa z zespołem. Z reguły dowiadywaliśmy się o naszych dodatkowych obowiązkach dzień wcześniej, trochę przypadkowo, często od siebie nawzajem a jak wysyłaliśmy e-mailem pytanie lub prośbę to najczęściej nie było żadnej odpowiedzi. Po pewnym czasie nowi pracownicy orientowali się, że nie ma sensu pytać o cokolwiek w ten sposób i że nawet podczas spotkań  szef odpowie jak mu się będzie chciało. Z tego też powodu każde zebranie było specyficzne. Szef oznajmiał nam coś, potem dzielił się z nami swoimi wątpliwościami, czekał ułamki sekund na nasze reakcje, czasem wysłuchał nawet co wybrane przez niego osoby mają do powiedzenia, po czym ciągnął dalej swój wywód, żeby w końcu podsumować i oznajmić nam ostateczne konkluzje. Nigdy nie wiedzieliśmy, czy on te swoje odkrycia poczynił jeszcze w domu a na spotkaniu tylko grał "myśliciela", czy też nakręcała go w jakiś perwersyjny sposób nasza obecność i czy te jego wywody to był jakiś masturbacyjny spektakl, do którego potrzebował specjalnej zdominowanej publiczności nad którą miał władzę. Tak czy inaczej czekaliśmy na niewygodnej ławce przed jego gabinetem, w półmrocznym korytarzyku, wiedząc, że równie dobrze mogłoby tu nas nie być i z destrukcyjną świadomością, że moglibyśmy być teraz w jakimś lepszym miejscu, robiąc rzeczy pożyteczne.  A właściwie czekały tylko dwie osoby- ja i pracownik, którego nasz szef szczerze nienawidził (nie wiadomo zresztą dlaczego). Jedna osoba była podobno chora, druga została oddelegowana przez dyrektora do innych spraw, ktoś musiał odebrać matkę ze szpitala a ktoś inny nie odbierał maili- prawdopodobnie był na wyjeździe służbowym. Wprawdzie obecność na zebraniu była obowiązkowa ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że niektórzy pracownicy są uprzywilejowani i szef pozwala im na więcej. Ja ani mój kolega nie mogliśmy nawet pomyśleć o jakichś unikach, chociaż ja sama byłam zawsze traktowana nieco lepiej niż inni a moje projekty zawsze były akceptowane bez większych uwag.
Mnóstwo osób nas mijało przenosząc stosy dokumentów, segregatorów, korespondencji a czas mijał nieubłaganie. Zadzwoniłam do męża, żeby odebrał dzieci ze szkoły. Potem znowu długo czekaliśmy na naszego pana Godota. Kiedy przyszła pora obiadu, baliśmy się zejść do stołówki, bo w tym czasie akurat mógł nadejść szef. Podobnie było z potrzebami naturalnymi- wstrzymywaliśmy, bo ciągle baliśmy się, że szef przyjdzie a nas nie będzie. Nie trafi do niego tłumaczenie, że ktoś na chwilę tylko wyszedł. Paranoicznie podejrzewałby nas o złą wolę i zemścił się prędzej czy później.
Szef przyszedł, kiedy budynek firmy opuszczali już ostatni  pracownicy. Każdy ruch obłudnie sugerował pośpiech, choć wiadomo było przecież, że nie ma już do czego biec. Nietypowo przeszedł od razu do rzeczy. Ze względu na to, że nie wszyscy pojawili się na spotkaniu, trzeba będzie ustalić inny termin, o którym powiadomi nas mailowo.
Parę tygodni później dowiedziałam się, że zebranie jednak się odbyło w innym czasie, jednak ani ja ani kolega nie zostaliśmy o tym powiadomieni.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Konkurs

Komisja zebrała się na spotkaniu nadzwyczajnym, zwołanym w środku sezonu urlopowego, żeby rozpatrzyć kandydatury nowych pracowników. Do obsadzenia były dwa miejsca a na każde z nich aplikowały po dwie osoby.Głos decydujący oczywiście zawsze należał do przewodniczącego, więc dyskusja zwykle była formalnością. Wiadomo było też, że każdy szef działu miał określone preferencje i to w zasadzie on wskazywał komisji tego,  kto ma zostać przyjęty. Od czasu do czasu zdarzały się niewybredne, pokątne żarty o przedstawianych rzekomo "doskonałych" kandydatach ale nikt nigdy jak do tej pory nie śmiał otwarcie zakwestionować nieoficjalnych reguł gry. Wszyscy wiedzieli, że odrzucenie kandydatury proponowanej przez szefa działu oznaczałoby wypowiedzenie mu otwartej wojny. Należało się wtedy liczyć z konsekwencjami w postaci kwestionowania każdej propozycji najmniejszej nawet zmiany w ramach instytucji. Może to niedoskonałe rozwiązanie ale od niepamiętnych czasów gwarantowało  przynajmniej jakiś porządek.

Pierwsze rozstrzygnięcie przedstawił szef działu współpracy  zagranicznej- co ciekawe niewładający żadnym językiem obcym. Sam zresztą przy każdej okazji mówił z emfazą i zadowoleniem nieprzystającym zupełnie do tego rodzaju sytuacji, że natura mu poskąpiła talentów językowych a teraz, kiedy przekroczył czterdziestkę, jest za stary na naukę. Przez pół godziny opisywał szczegółowo dokonania i osobowość proponowanej kandydatki: znajomość języków obcych, doświadczenie w branży, doświadczenie w branży, znajomość języków obcych i znajomości w branży a na końcu doświadczenie w branży.

Drugie rozstrzygnięcie przedstawił sam przewodniczący, który równie szczegółowo opisał cechy jednego z kandydatów w konkursie na stanowisko zastępcy do swojego działu. Z przedstawionego opisu aplikacji również można było odnieść wrażenie, że kandydat robił łaskę instytucji, że chciał w ogóle aplikować do niej i że teraz dzięki jego samej obecności, staniemy się najbardziej wydajnym przedsiębiorstwem na świecie.

Szefowie połączonych sztabów mieli już zagłosować w tradycyjny i  słuszny sposób, kiedy jedyna pani w grupie, która zresztą dopiero co została zaproszona do regularnych posiedzeń, uniosła rękę, prosząc tym samym o głos. Powyższy fakt sam w sobie był już na tyle nadzwyczajny, że przewodniczący uniósł brwi a reszta, wydająca się być do tej pory nieco ospała, zwróciła jak na komendę wzrok w stronę rokoszanki.

Pani zaczęła od przypomnienia, że rok wcześniej odbyła się dyskusja nad kandydatem i kontrkandydatem z drugiego rozstrzygnięcia i o ile jej wiadomo, zostało uchwalone, że konkurs zostanie zawieszony i odwołany. W związku z tym nasuwa się jej pytanie, co się wydarzyło w ciągu ostatniego roku, że postanowiono jednak wrócić do sprawy. Tajemnicą Poliszynela było, że ona sama forsowała w kuluarach kandydaturę pominiętą przez przewodniczącego ale nie mogła nic zdziałać, bo sprawa była przesądzona od samego początku.

W dalszej części wypowiedzi Pani odniosła się do pierwszego rozstrzygnięcia i zadała szereg pytań, skierowanych formalnie do szefa działu współpracy zagranicznej, jednak wiadomo było, że są one wszystkie swego rodzaju chwytami retorycznymi, mającymi pobudzić myślenie każdego członka komisji i poniekąd też uderzyć w przewodniczącego. Pytania i wątpliwości kompletnie rozbijały przestawione wcześniej argumenty. Z całej wypowiedzi wynikało, że zaprezentowana kandydatka nie ma żadnego zaplecza intelektualnego, żadnego doświadczenia, nie zna żadnych języków obcych na takim poziomie, żeby się porozumieć z kimkolwiek zagranicą i nie ma również (rzecz jasna) żadnych kontaktów w branży, z wyjątkiem zażyłych stosunków z szefem działu współpracy zagranicznej. Na poparcie swoich tez  Pani przedstawiła szereg faktów oraz fragmentów życiorysu kandydatki, które niezbicie świadczyły o takiej właśnie interpretacji jako jedynej możliwej. Natępnie wystąpiła z  prezentacją kontrkandydatki, która nie tylko posiadała wszystkie cechy niesłusznie przypisane preferowanej osobie i była postacią wybitną, dobrze znaną w środowisku specjalistów, ale przede wszytkim spełniała WSZYSTKIE FORMALNE warunki konkursu, w przeciwieństwie do zaproponowanej wcześniej kandydatki.

Nastąpił moment niezręcznej ciszy. Szefowie patrzyli martwym wzrokiem przed siebie, nie wyrażając żadnych emocji, jakby absurd sytuacji zupełnie ich nie dotyczył albo przynajmniej jakby to, co usłyszeli, nie miało żadnego związku z podejmowaną przed nich problematyką.

Przewodniczący zarządził pięć minut przerwy i poprosił, żeby Pani na chwilę wyszła z nim omówić pewne szczegóły na osobności.

Pomimo zamkniętych drzwi, zgromadzeni słyszeli bardzo dokładnie każde słowo, wypowiadane najpierw spokojnie a następnie ze złością, każdy syk, kopniak, splunięcie, przekleństwo, plaśnięcie w twarz, głuchy cios pięści a nawet chrzęst wyrywanych włosów.

Do środka weszła najpierw pani. Twarz miała przysłoniętą długimi prostymi włosami, spod których skapywała krew, znacząc kropelkami drogę od wyjścia do miejsca, na które wróciła chwiejnym krokiem i powłócząc nogami. Z lewej strony zwisało nienaturalnie czerwone i  groteskowo przekręcone ucho.  

Przewodniczący wszedł dziarskim krokiem i natychmiast zarządził głosowanie. Zebrani zagłosowali jednomyślnie za przyjęciem przedstawionych kandydatur. Na siedzącą bez ruchu panią nikt nie zwracał uwagi a jej milczenie zinterpretowano jako zgodę na przyjęcie wskazanych osób i wpisano do protokołu jako głos "za". Gdyby ktoś chciał się odwołać to sprawa była jasna. Komisja była jednomyślna w swej ocenie i nie było żadnych wątpliwości. Może sobie nawet iść do sądu.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Test

Komisja zbierała się w środy o godz. 12.00. Kandydaci na obywateli musieli wyczekiwać nie wiedząc dokładnie kiedy nadejdzie ten ich wielki dzień. Największym wyczynem było dotrwać i przetrwać sam akt egzaminowania, bo wiedza i umiejętności były bez znaczenia. Kandydatów oczywiście uczono różnych niepotrzebnych rzeczy, aby stworzyć pozory, że dzięki edukacji uzyskają jakieś kompetencje. Liczyło się jednak to, jak i czy w ogóle potrafili przeżyć. I coś jeszcze innego.

Egzamin był bardzo trudny i można go było zdawać tylko raz. Co ciekawe, po egzaminie były dwie możliwości. Albo ktoś stawał się urzędnikiem wysokiej rangi, albo znikał w niewyjaśnionych okolicznościach. Wydawało mi się, że w moim przypadku wszystko było bardzo dziwne od samego początku. Nietypowe  było juz samo przygotowanie, bo mistrz ceremonii (zwany celebrantem), który miał mnie wprowadzić, nie był zbyt dobrze osadzony w układzie zależności. Można jednak było odnieść wrażenie, że wszystko idzie we właściwym kierunku.

Kandydat na obywatela, zwany doktorantem, bał się tajemniczego zniknięcia, ale wszyscy tłumaczyliśmy sobie , że najgorsze co może nam grozić to powrót do tego społecznego niebytu, w którym tkwiliśmy do tej pory. No bo cóż gorszego mogłoby nas  jeszcze spotkać?

W sali było duszno, popsuł się automat z kawą i napięcie rosło z minuty na minutę. Od słowa do słowa, aż znalazłem się w krzyżowym ogniu pytań. Egzaminatorzy stali się tak agresywni, że zaczęli się kłócić sami z sobą, nie zwracając na mnie uwagi. Patrzyłem bezradnie na celebranta a ten na Wielkiego Certyfikatora, który przewodniczył komisji i reprezentował tym samym najwyższy autorytet- wszechmocnego Państwa. W końcu jeden z egzminatorów zaczął zwracać się do mnie bezpośrednio i zarzucać uwagami kompletnie od rzeczy, nie oczekując i nie dając nawet szansy na odpowiedź. Kiedy już byłem całkowicie skonfundowany, Wielki Certyfikator uciął dyskusję i niespodziewanie zakończył egzamin.

Furtianie wyprowadzili mnie na korytarz i zamknęli drzwi. Oczekując wyniku, zastanawiałem się, co tak właściwie jest przedmiotem obrad. Przecież nie dali mi się wypowiedzieć. Chyba że nie odpowiedzi miały być oceniane, lecz coś innego. Im dłużej stałem przed drzwiami, tym bardziej zastanawiałem się co mogło być przedmiotem egzaminu. Pokora? Cierpliwość? Reakcja na stres? Co pozwalało doktorantowi stać się obywatelem i przeobrazić z larwy w motyla?
Dokładnie po 12 godzinach oczekiwania jeden z furtianów podszedł do mnie i oznajmił, że zdałem egzamin na obywatela oraz jestem zaproszony na uroczystą kolację, która odbędzie się w siedzibie Wielkiego Certyfikatora za godzinę. Gospodarz wspaniałomyślnie pozwoli mi zapłacić za wszystkie zamówione atrakcje i potrawy. Kwota 1900 suwerenów powinna zostać przekazana natychmiast. Były to prawie wszystkie moje oszczędności pochodzące z prac dorywczych, stypendiów, zasiłków, powiększone o pomoc rodziców, którzy wyrzekali się przez lata wszystkiego, byle tylko mieć syna obywatela.

Na kolacji dowiedziałem się, że bycie obywatelem niewiele zmienia. Władza należy do elity sędziów i uczonych i jest dziedziczona z ojca na syna. Reszta obywateli mogła korzystać z dóbr za przyzwoleniem władzy lecz nie mogła rościć sobie praw do własności i decydowania. Nieobywatele nie mogli o tym wiedzieć, bo nie wolno było im przekraczać granic Miasta a tak w ogóle to nikt z nimi nie chciał rozmawiać, gdyż uważani byli za podludzi i naznaczeni powszechną pogardą.  To, co nieobywatele postrzegali jako wysokie stanowiska urzędnicze, było tak naprawdę nizinami społecznymi po tej stronie murów. Najzdolniejsi obywatele uprawiali grę szklanych paciorków ku uciesze właściwie urodzonych a reszta była posługaczami, nałożnicami, furtianami, strażnikami wachlarza albo poganiaczami bydła i stanowiła bufor pomiędzy władzą a nieprzebraną, niepoliczalną masą nieobywateli.

Wielki Certyfikator zapytał mnie o pierwsze wrażenia po zdanym egzaminie. Nie tak wyobrażałem sobie moją sytuację. Nie zdobędę tu tego, co zostawiłem za murem a to co osiągnę raczej nie było warte tak długich i morderczych treningów, przez jakie przeszedłem.Zastanawiałem się, czy nie wrócić za mury, ale nic nie powiedziałem. Wielki Certyfikator tylko na mnie spojrzał i wszystkiego się domyślił. Nie musiałem niczego mówić.

Furtianie wyprowadzili mnie z pałacu i powiedli w stronę murów. Wspinaliśmy się mozolnie ku najwyższej z wież. Kilka metrów przed wejściem do niej, idący za mną furtian pchnął mnie nożem w nerkę i zepchnął w dół do fosy pełnej krokodyli.

Spadałem pełen wstydu, upokorzenia, żalu, fizycznego bólu i w poczuciu porażki, jednak bez lęku. Nagle to wszystko mnie opuściło. Plusnęło z martwym ciałem o wodę a ja sam zawisnąłem parę metrów ponad powierzchnią. Z ciekawością i spokojem obserwowałem jak bestie rozrywają i łapczywie połykają dryfujące szczątki.

Po tym spektaklu okrucieństwa odkryłem nowe możliwości. Byłem w stanie rozszerzać świadomość w dowolnym kierunku, w dowolnym zakresie, jak również przemieszczać ją w różne zakątki a nawet widzieć wszystkie miejsca jednocześnie- mur, fosę, pałac Wielkiego Certyfikatora, salę egzaminacyjną, puszczę i mój dom, gdzie rodzice właśnie kładli się spać. Nieco później odkryłem, że mogę też cofać się w czasie lub przemieszczać do przodu, jakby czas był filmem, który można sobie dowolnie odtwarzać- cofać lub przyspieszać w zależności od upodobania. O ile jednak w czasie rzeczywistym mogłem zatopić się świadomością w dowolnym obiekcie: przedmiocie, człowieku, roślinie lub zwierzęciu, to kiedy chciałem wędrować poza czas, mogłem tylko oglądać miejsca, bez ich doświadczania.

Odkryłem też, że ludzie spoza murów, pomimo wniknięcia w ich ciała, zachowywali się tak, jak do tej pory. Mogłem oglądać świat ich oczami, dotykać ich dłońmi i smakować ich językiem, bez żadnego uszczerbku. Nie wiedziałem nawet czy czuli moją obecność. Obywatele, w tym właściwie urodzeni, różnie reagowali na moje wniknięcia. Niektórzy zamierali lub nawet słabli i osuwali się bezwładnie na ziemię, inni dostawali apopleksji, bólu w różnych częściach ciała, opuchlizny, krwotoków. Wyraźnie ciała nieobywateli były mniej oporne na taką hybrydalną symbiozę, podczas gdy obywatele niszczeli z każdym wejściem w ich ciało.

Kiedy odkryłem, że mogę szkodzić obywatelom i właściwie urodzonym, pomyślałem o zemście. Trzeba jednak było wybrać między podziwianiem i studiowaniem wszechświatów- to mogło mi zająć nieskończoność- a zemstą, na którą miałem bardzo ograniczony czas, bo razem z niszczeniem innych sam ulegałem wyczerpaniu. Prawdopodobnie śmierć tego, w którego wejdę, będzie oznaczała również moje zejście.

Mogłem zatem studiować , zabić jedną najbardziej znienawidzoną osobę, lub ścierać się kolejnymi wejściami w ciała, z których każde trochę pocierpi.

Wyjście pośrednie wydawało się najmniej sensowne. Jeśli już czerpać przyjemność z zemsty to niech ona będzie pełna, bo tylko wtedy będzie satysfakcjonująca, podobnie jak w pełni satysfakcjonująca może być przyjemność z wiecznego poznawania.

Długo się zastanawiałem nad tym, który rodzaj przyjemności będzie dla mnie bardziej satysfakcjonujący. Wreszcie wybrałem ten, który wybrałbyś i ty. Ten, który najbardziej pasował do mojego aktualnego stanu a który prawdopodobnie przede mną wybrało wielu innych, bo jeśli kiedykolwiek zdarzył się w przeszłości taki przypadek, a ktoś wybrałby inaczej, nie miałbym takich dylematów. Po prostu by tu mnie nie było.


czwartek, 15 czerwca 2017

Barka



Barka
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, tam gdzie diabeł mówi dobranoc i kończy się jakakolwiek rzeczywistość, żyła sobie Siwa. Stara i pomarszczona, wroga i jędzowata. Szlag ją trafiał zawsze kiedy widziała czyjąś radość i zadowolenie, tzn. raz po raz. Żeby nie zostać oskarżoną o działanie w złej wierze, udawała kompletną idiotkę. Ludzie myśleli, że ona niedorozwinięta niedojda, a ta z premedytacją, pasją i perfidią realizowała swój ukryty plan od nie wiadomo kiedy.  
Uwielbiała psikusy, krzywdę ludzką i zło. Zarówno to, które czyniła jak i to, które było mimowolnym efektem jej działań. Przywolywała potem sobie w zaciszu domowym te cudne obrazy cierpienia ludzkiego, przeżywając przy ich studiowaniu orgazmiczną wręcz rozkosz oraz intelektualne uniesienia.
Po jakimś czasie dobrała sobie całkiem pokaźne stadko głąbów, które podziwiały jej spryt i uniesienia. Mogła wtedy szaleć na imprezach dla dzieci i seniorów, tańcząc na środku, otoczona wielbicielami, ozdobiona plastikowym diademem, kontemplująca wątpliwe piękno  ruchu i jeszcze bardziej wątpliwą urodę oraz najbardziej wątpliwe uznanie ludzi, które było czystym pozorem.  Pozornie szczęśliwa i przyjazna dzidzia- piernik, nie przepuściła żadnej okazji, żeby poniżyć i wbić w ziemię, udając przy tym słodkiego, zatroskanego aniołka, zadziwionego niespodziewanym obrotem spraw. 

W każdym rozsądnym człowieku powinno się zrodzić pytanie o mechanikę cudu. Jak to się stało, że ktoś bez przymiotów ciała czy ducha zdołał zebrać stado wiernych wyznawców, czołobitnych pochlebnych; nieogarniętych fantastów i pospolitych ciołków. Skąd wziął się cały ten trumpizm i owczy pęd stada głupców, które wyniosło na piedestał sadystkę, nie lepszą w niczym od nich samych? Jak to się stało, że kobita o aparycji i pomyślunku wioskowego głupka wiodła prym i zwodziła świtę? Uczeni głowili się i troili nad takimi i podobnymi przypadkami ale sensownej odpowiedzi znaleźć nie mogli.
Obserwując jej chochole ekstatyczne tańce, można było odnieść wrażenie że to czar jakiejś szamanki otulał i zniewalał gawiedź, która w zachwyceniu oglądała spektakl niczym skecz Monthy Pytona.  Jednak bynajmniej nie śmieszny to był spektakl.  Jakimś cudem zagospodarowała sobie przychylność elektoratu słabych, którym się w życiu nie powiodło. W gronie łapserdaków mogła być chodzącym ideałem a pośród niewiedzących- skarbnicą mądrości, gdyż jak powiedziano ‘w królestwie ślepców jednooki będzie królem’.  
Ludzie mądrzy z trudem udawali, że nic się nie dzieje ale ich konformizm nie pozwalał im na jakiekolwiek przeciwstawienie się, gdyż wiedzieli, że maluczcy nie mieliby już kompletnie w co wierzyć. Tolerowali więc jej zagrywki, choć dobrze wiedzieli, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Z przykrością patrzyli na ludzka krzywdę, tak jak się patrzy na wagony jadące do Auschwitz. Z tą różnicą, że tam za opór groziła śmierć a tutaj można było tylko utracić spokój.Do głupoty dokładali więc niemoc.

Im bardziej zbliżała się do końca życia tym bardziej stawała się bezwiednie perfidna. Niektóre zagrania układały się w pewien schemat i zmierzały do metodycznego niszczenia ludzi, inne występowały sporadycznie, w zasadzie bez przyczyny.  Bo była ku temu nagła okazja, bo nastrój odpowiedni, bo nuda.

Po siedemdziesiątce przyszła starość nader przykra i niewdzięczna. Ale tak w zasadzie to przecież nie miała ona być za co wdzięczna Siwej. Zaczęło się od łupania w kościach, które przeszło w łuszczycę. Kręgosłup stał się jednym wielkim filarem bólu, aż trudno było chodzić. Świat stał się salą tortur a ciało ich narzędziem. Po serii zatruć trzeba było usunąć część jelit.  Pęcherz i zwieracz działały jak chciały i kiedy chciały. Najczęściej jednak nie działały.
Kiedy krosty i pęcherze pokryły całe ciało a następnie zaczęły wydzielać żółtą cuchnącą maź, wiedziała że zbliża się dla niej ostateczność i czas byłoby się godzić z tym światem. Ona jednak walczyła ciągle, mimo, iż wydawało się, że utopi się we własnych wydzielinach. Miotała przekleństwa i gryzła z bólu prześcieradła. Złorzeczyła każdej żywej istocie i nawet zaczęła przeklinać samego boga. Do momentu, aż dostąpiła nieoczekiwanego aktu łaski. Tuż przed śmiercią doznała wizji, w której zobaczyła prawdę. Nie ci wyklinani ludzie byli naprawdę przeklęci, lecz ona sama. To, co chciała uczynić innym- jej teraz w jednej chwili uczyniono. Grzech, złość, przekleństwo, zazdrość i perfidia spadły na nią i zgniotły z całą siłą.
Czyste, niezaburzone niczym cierpienie doprowadziło ją do zrozumienia istoty rzeczy a umierając doznała olśnienia. Zalało ją poczucie wstydu i gorycz porażki, bardziej gorzka niż trupia flegma. Otuliły duszę niczym welon i paradoksalnie uwolniły.  Pozwoliły przejść na drugą stronę. 
W kierunku nicości.A potępienie i zbawienie tym samym się zdały w swej istocie.


sobota, 29 kwietnia 2017

Smoki

Mailowo dostałem informację, że zebranie zespołu projektowego jest ustawione na godz. 14.00
Wybrałem się wcześniej, żeby na pewno się nie spóźnić  i spotkałem naszą metodyczkę. Zaczęła mi mówić o nowym pomyśle na badania, który opierał się w zasadzie na tym, co już trenowaliśmy od dawna- wszyscy mieliśmy prowadzić badania nad tym samym i pisać ten sam artykuł, tak jak sobie życzył tego szef.
Im bardziej brnęła w temat tym bardziej stawała się naszą koleżanką Ewą, która w połowie stanowiła powtórzenie metodyczki a w połowie jej totalne zaprzeczenie.
Wyjaśniłem jej,  jak to się robi na świecie i że w zespole każdy ma swoją specjalizację i że tylko taki układ ma sens, bo inaczej to będziemy się kręcić ciągle wokół tych samych problemów.
Moje wyjaśnienia zbiły ją z pantałyku i patrzyła na mnie coraz bardziej podejrzliwie. Jak na idiotę.
Przerwało nam wejście Smutasa, który oznajmił ze szef już czeka.
Na spotkaniu jak zwykle szef mówił w przestrzeń, a właściwie to do samego siebie, napawając się dźwiękiem własnego głosu,  ale z treści wiadomo było, że najwyraźniej pił cały czas do mnie. Zawsze tak robił, jak chciał kogoś upokorzyć.
Praktycznie cały czas była mowa o naszej studentce, która potrzebuje egzorcyzmów albo odczyniania uroków przez szamana.
Trochę mnie to zdziwiło, że uczelnia miesza się w sprawy osobiste i w jakąś produkcję cudów, ale w końcu może to wpływ zmiany na najwyższych szczeblach władzy  i teraz tak trzeba będzie uprawiać naukę w instytucji państwowej- z szamanami i egzorcyzmami, pod dyktando kościołów, szaleńców i wróżek.
Zastanawiałem się, co ja mam do tego, aż zaczął mówić o naszym ostatnim zebraniu i jak to omawialiśmy sprawę Aleksandry N. a potem podobno dostałem polecenie służbowe, żeby jej sprowadzić egzorcystę. Popatrzył na mnie znacząco i nastąpiła cisza, która miała mnie jeszcze bardziej pognębić.
Oczywiście słyszałem o tym pierwszy raz, więc nie mogłem zdać relacji z czegoś, czego nie było.
Jednocześnie przypomniałem sobie, że muszę się udać do sioła, gdzie mieszka Gleb ze swoimi dwoma synami o aparycji bułgarskich gangsterów- dużych i grubych, śmiertelnie niebezpiecznych bandytów o mylącym wyglądzie miśków- bliźniaków. Jednym uchem słuchałem szefa, który stawał się coraz bardziej nerwowy i próbował w mailach znaleźć wiadomości, w której kazał zająć mi się sprawą, a drugim okiem spoglądałem coraz bardziej niecierpliwie na zegarek.
Był coraz bardziej wściekły na mnie, za to ze nie wykonałem polecenia, ciskał gromy i fufał, ale w końcu się zaczął uspokajać,  bo  dotarło do niego, że żadnego polecenia mi  mailowo nie wydał. Nie wpadł na to, że mógł mi przecież powiedzieć, a nie wysłać, ale dzięki bogu nie przyszło mu to do głowy.
Zebranie jak zwykle skończyło się niczym dla każdego. Kolejna stracona godzina życia.
Tylko ja dostałem wyraźne polecenie, żeby załatwić tego egzorcystę lub jakiegoś innego cudownego szamana. Miałem w tym celu jechać do Gleba (!!!!), który kogoś tam ponoć  zna. Smutas dodał, że wcześniej muszę uzyskać  zgodę Aleksandry N. na sprowadzenie szamana, ale jak powiem, że to pomysł szefa profesora to przecież powinno być  ok- zgodzi się na pewno, bo profesorowi się nie odmawia, jak mawiała metodyczna Ewa .
Ola mieszkała obok Gleba ale wcześniej (nie wiem do końca dlaczego)  postanowiłem wejść  do „Bułgara” z jego synami. Zimny zacinający deszcz, mrok niczym w nocy spowodowany  nawałnicą, wyjący wiatr- wszystko tworzyło klimat jak z horroru. Przechodząc przez rozległe podwórze majątku, minąłem  stodołę zaadoptowaną na mieszkanie. Piętro było jasno oświetlone a w moją stronę  zmierzał powoli przez cały pokój, w rozchełstanej białej koszuli, czerwony na twarzy, z butelką wódki w ręku i pijanym wzrokiem, jeden z synów.
Wszedłem do głównej chaty- pozostałości majątku jeszcze sprzed wojny.
Przy przejściu z sieni do gościnnego rzucił się na mnie mały słodki piesek, którego wygląd pozwalał wysnuć  hipotezę, że każdy w tej rodzinie ma aparycję bułgarskiego gangstera- nie tylko ludzie.
Piesek chciał się bawić. Przykucnąłem a on pchał sie między nogi, na kolana,  lizał mnie po twarzy. Pochyliłem głowę, jakbym chciał się w nim wytarzać a on błyskawicznie, metodycznie i delikatnie wygryzał mi pchełki.
Gleb wysłuchał mnie uważnie i stwierdził, że jeden z jego synów ma na tyle mocy, że może wypędzić Złego  z ciała studentki.
Poszedłem do Aleksandry N.
Otworzyła mi drzwi. To nie była ona tylko Aleksandra B., moja licencjatka, która napisała pracę (zresztą bardzo dobrą) wiele lat temu.
Udawałem, że wszystko jest ok.
Pochyliłem się i wyszeptałem jej do ucha, że szef prosi mnie o jej zgodę na egzorcyzm. Zanim skończyłem mówić, jej uśmiech zdradził, że doskonale wie z czym przyjechałem i że spodziewała się mnie dokładnie teraz z dokładnie takim pytaniem. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej i też na ucho powiedziała mi „Nawet dwa”.
Nie wiedząc do końca, czy żartuje, wróciłem do Gleba.
Zastałem nietypowy widok.  Na środku za stołem siedział Gleb a po prawej stronie przy miniaturowym pianinie siedział  odwrócony do mnie tyłem smok, pogrywając coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem. Duży, spasiony, zielony, bułgarski smok.
W pierwszej chwili nie zorientowali się, że jestem w izbie. Kiedy mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Gleba, ten przeszedł delikatną  przemianę- stał się zdecydowanie mniej puszysty. 
Spytałem o smoka- co to jest to coś zielone po prawej.
Smok w oka mgnieniu zmienił kolor na szary.
Nie wiedziałem co powiedzieć.
Zapytałem o to coś, co wygląda jak smok.
Odwrócił do mnie twarz i w jednej chwili zmienił się w syna  o twarzy psa, którego wcześniej spotkałem.
Nadal udawałem, że wszytko jest w porządku i ustaliłem z Glebem, że kogoś wyśle do nas .
Zanim dotarłem do gabinetu, Aleksandra N. vel B. siedziała naprzeciwko mojego szefa u szczytu długiego starego stołu. W jednej sekundzie zmieniła się w smoka, zionęła żywym ogniem i po szefie został przypalony szkielet z  rozdziawionymi szczękami- ni to z przerażenia, ni to zdziwienia, ni to z bólu. Nie zdążyłem nawet nic powiedzieć.
Wtedy zrozumiałem kim była tak naprawdę Aleksandra N. vel B.