czwartek, 15 czerwca 2017

Barka



Barka
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, tam gdzie diabeł mówi dobranoc i kończy się jakakolwiek rzeczywistość, żyła sobie Siwa. Stara i pomarszczona, wroga i jędzowata. Szlag ją trafiał zawsze kiedy widziała czyjąś radość i zadowolenie, tzn. raz po raz. Żeby nie zostać oskarżoną o działanie w złej wierze, udawała kompletną idiotkę. Ludzie myśleli, że ona niedorozwinięta niedojda, a ta z premedytacją, pasją i perfidią realizowała swój ukryty plan od nie wiadomo kiedy.  
Uwielbiała psikusy, krzywdę ludzką i zło. Zarówno to, które czyniła jak i to, które było mimowolnym efektem jej działań. Przywolywała potem sobie w zaciszu domowym te cudne obrazy cierpienia ludzkiego, przeżywając przy ich studiowaniu orgazmiczną wręcz rozkosz oraz intelektualne uniesienia.
Po jakimś czasie dobrała sobie całkiem pokaźne stadko głąbów, które podziwiały jej spryt i uniesienia. Mogła wtedy szaleć na imprezach dla dzieci i seniorów, tańcząc na środku, otoczona wielbicielami, ozdobiona plastikowym diademem, kontemplująca wątpliwe piękno  ruchu i jeszcze bardziej wątpliwą urodę oraz najbardziej wątpliwe uznanie ludzi, które było czystym pozorem.  Pozornie szczęśliwa i przyjazna dzidzia- piernik, nie przepuściła żadnej okazji, żeby poniżyć i wbić w ziemię, udając przy tym słodkiego, zatroskanego aniołka, zadziwionego niespodziewanym obrotem spraw. 

W każdym rozsądnym człowieku powinno się zrodzić pytanie o mechanikę cudu. Jak to się stało, że ktoś bez przymiotów ciała czy ducha zdołał zebrać stado wiernych wyznawców, czołobitnych pochlebnych; nieogarniętych fantastów i pospolitych ciołków. Skąd wziął się cały ten trumpizm i owczy pęd stada głupców, które wyniosło na piedestał sadystkę, nie lepszą w niczym od nich samych? Jak to się stało, że kobita o aparycji i pomyślunku wioskowego głupka wiodła prym i zwodziła świtę? Uczeni głowili się i troili nad takimi i podobnymi przypadkami ale sensownej odpowiedzi znaleźć nie mogli.
Obserwując jej chochole ekstatyczne tańce, można było odnieść wrażenie że to czar jakiejś szamanki otulał i zniewalał gawiedź, która w zachwyceniu oglądała spektakl niczym skecz Monthy Pytona.  Jednak bynajmniej nie śmieszny to był spektakl.  Jakimś cudem zagospodarowała sobie przychylność elektoratu słabych, którym się w życiu nie powiodło. W gronie łapserdaków mogła być chodzącym ideałem a pośród niewiedzących- skarbnicą mądrości, gdyż jak powiedziano ‘w królestwie ślepców jednooki będzie królem’.  
Ludzie mądrzy z trudem udawali, że nic się nie dzieje ale ich konformizm nie pozwalał im na jakiekolwiek przeciwstawienie się, gdyż wiedzieli, że maluczcy nie mieliby już kompletnie w co wierzyć. Tolerowali więc jej zagrywki, choć dobrze wiedzieli, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Z przykrością patrzyli na ludzka krzywdę, tak jak się patrzy na wagony jadące do Auschwitz. Z tą różnicą, że tam za opór groziła śmierć a tutaj można było tylko utracić spokój.Do głupoty dokładali więc niemoc.

Im bardziej zbliżała się do końca życia tym bardziej stawała się bezwiednie perfidna. Niektóre zagrania układały się w pewien schemat i zmierzały do metodycznego niszczenia ludzi, inne występowały sporadycznie, w zasadzie bez przyczyny.  Bo była ku temu nagła okazja, bo nastrój odpowiedni, bo nuda.

Po siedemdziesiątce przyszła starość nader przykra i niewdzięczna. Ale tak w zasadzie to przecież nie miała ona być za co wdzięczna Siwej. Zaczęło się od łupania w kościach, które przeszło w łuszczycę. Kręgosłup stał się jednym wielkim filarem bólu, aż trudno było chodzić. Świat stał się salą tortur a ciało ich narzędziem. Po serii zatruć trzeba było usunąć część jelit.  Pęcherz i zwieracz działały jak chciały i kiedy chciały. Najczęściej jednak nie działały.
Kiedy krosty i pęcherze pokryły całe ciało a następnie zaczęły wydzielać żółtą cuchnącą maź, wiedziała że zbliża się dla niej ostateczność i czas byłoby się godzić z tym światem. Ona jednak walczyła ciągle, mimo, iż wydawało się, że utopi się we własnych wydzielinach. Miotała przekleństwa i gryzła z bólu prześcieradła. Złorzeczyła każdej żywej istocie i nawet zaczęła przeklinać samego boga. Do momentu, aż dostąpiła nieoczekiwanego aktu łaski. Tuż przed śmiercią doznała wizji, w której zobaczyła prawdę. Nie ci wyklinani ludzie byli naprawdę przeklęci, lecz ona sama. To, co chciała uczynić innym- jej teraz w jednej chwili uczyniono. Grzech, złość, przekleństwo, zazdrość i perfidia spadły na nią i zgniotły z całą siłą.
Czyste, niezaburzone niczym cierpienie doprowadziło ją do zrozumienia istoty rzeczy a umierając doznała olśnienia. Zalało ją poczucie wstydu i gorycz porażki, bardziej gorzka niż trupia flegma. Otuliły duszę niczym welon i paradoksalnie uwolniły.  Pozwoliły przejść na drugą stronę. 
W kierunku nicości.A potępienie i zbawienie tym samym się zdały w swej istocie.


sobota, 29 kwietnia 2017

Smoki

Mailowo dostałem informację, że zebranie zespołu projektowego jest ustawione na godz. 14.00
Wybrałem się wcześniej, żeby na pewno się nie spóźnić  i spotkałem naszą metodyczkę. Zaczęła mi mówić o nowym pomyśle na badania, który opierał się w zasadzie na tym, co już trenowaliśmy od dawna- wszyscy mieliśmy prowadzić badania nad tym samym i pisać ten sam artykuł, tak jak sobie życzył tego szef.
Im bardziej brnęła w temat tym bardziej stawała się naszą koleżanką Ewą, która w połowie stanowiła powtórzenie metodyczki a w połowie jej totalne zaprzeczenie.
Wyjaśniłem jej,  jak to się robi na świecie i że w zespole każdy ma swoją specjalizację i że tylko taki układ ma sens, bo inaczej to będziemy się kręcić ciągle wokół tych samych problemów.
Moje wyjaśnienia zbiły ją z pantałyku i patrzyła na mnie coraz bardziej podejrzliwie. Jak na idiotę.
Przerwało nam wejście Smutasa, który oznajmił ze szef już czeka.
Na spotkaniu jak zwykle szef mówił w przestrzeń, a właściwie to do samego siebie, napawając się dźwiękiem własnego głosu,  ale z treści wiadomo było, że najwyraźniej pił cały czas do mnie. Zawsze tak robił, jak chciał kogoś upokorzyć.
Praktycznie cały czas była mowa o naszej studentce, która potrzebuje egzorcyzmów albo odczyniania uroków przez szamana.
Trochę mnie to zdziwiło, że uczelnia miesza się w sprawy osobiste i w jakąś produkcję cudów, ale w końcu może to wpływ zmiany na najwyższych szczeblach władzy  i teraz tak trzeba będzie uprawiać naukę w instytucji państwowej- z szamanami i egzorcyzmami, pod dyktando kościołów, szaleńców i wróżek.
Zastanawiałem się, co ja mam do tego, aż zaczął mówić o naszym ostatnim zebraniu i jak to omawialiśmy sprawę Aleksandry N. a potem podobno dostałem polecenie służbowe, żeby jej sprowadzić egzorcystę. Popatrzył na mnie znacząco i nastąpiła cisza, która miała mnie jeszcze bardziej pognębić.
Oczywiście słyszałem o tym pierwszy raz, więc nie mogłem zdać relacji z czegoś, czego nie było.
Jednocześnie przypomniałem sobie, że muszę się udać do sioła, gdzie mieszka Gleb ze swoimi dwoma synami o aparycji bułgarskich gangsterów- dużych i grubych, śmiertelnie niebezpiecznych bandytów o mylącym wyglądzie miśków- bliźniaków. Jednym uchem słuchałem szefa, który stawał się coraz bardziej nerwowy i próbował w mailach znaleźć wiadomości, w której kazał zająć mi się sprawą, a drugim okiem spoglądałem coraz bardziej niecierpliwie na zegarek.
Był coraz bardziej wściekły na mnie, za to ze nie wykonałem polecenia, ciskał gromy i fufał, ale w końcu się zaczął uspokajać,  bo  dotarło do niego, że żadnego polecenia mi  mailowo nie wydał. Nie wpadł na to, że mógł mi przecież powiedzieć, a nie wysłać, ale dzięki bogu nie przyszło mu to do głowy.
Zebranie jak zwykle skończyło się niczym dla każdego. Kolejna stracona godzina życia.
Tylko ja dostałem wyraźne polecenie, żeby załatwić tego egzorcystę lub jakiegoś innego cudownego szamana. Miałem w tym celu jechać do Gleba (!!!!), który kogoś tam ponoć  zna. Smutas dodał, że wcześniej muszę uzyskać  zgodę Aleksandry N. na sprowadzenie szamana, ale jak powiem, że to pomysł szefa profesora to przecież powinno być  ok- zgodzi się na pewno, bo profesorowi się nie odmawia, jak mawiała metodyczna Ewa .
Ola mieszkała obok Gleba ale wcześniej (nie wiem do końca dlaczego)  postanowiłem wejść  do „Bułgara” z jego synami. Zimny zacinający deszcz, mrok niczym w nocy spowodowany  nawałnicą, wyjący wiatr- wszystko tworzyło klimat jak z horroru. Przechodząc przez rozległe podwórze majątku, minąłem  stodołę zaadoptowaną na mieszkanie. Piętro było jasno oświetlone a w moją stronę  zmierzał powoli przez cały pokój, w rozchełstanej białej koszuli, czerwony na twarzy, z butelką wódki w ręku i pijanym wzrokiem, jeden z synów.
Wszedłem do głównej chaty- pozostałości majątku jeszcze sprzed wojny.
Przy przejściu z sieni do gościnnego rzucił się na mnie mały słodki piesek, którego wygląd pozwalał wysnuć  hipotezę, że każdy w tej rodzinie ma aparycję bułgarskiego gangstera- nie tylko ludzie.
Piesek chciał się bawić. Przykucnąłem a on pchał sie między nogi, na kolana,  lizał mnie po twarzy. Pochyliłem głowę, jakbym chciał się w nim wytarzać a on błyskawicznie, metodycznie i delikatnie wygryzał mi pchełki.
Gleb wysłuchał mnie uważnie i stwierdził, że jeden z jego synów ma na tyle mocy, że może wypędzić Złego  z ciała studentki.
Poszedłem do Aleksandry N.
Otworzyła mi drzwi. To nie była ona tylko Aleksandra B., moja licencjatka, która napisała pracę (zresztą bardzo dobrą) wiele lat temu.
Udawałem, że wszystko jest ok.
Pochyliłem się i wyszeptałem jej do ucha, że szef prosi mnie o jej zgodę na egzorcyzm. Zanim skończyłem mówić, jej uśmiech zdradził, że doskonale wie z czym przyjechałem i że spodziewała się mnie dokładnie teraz z dokładnie takim pytaniem. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej i też na ucho powiedziała mi „Nawet dwa”.
Nie wiedząc do końca, czy żartuje, wróciłem do Gleba.
Zastałem nietypowy widok.  Na środku za stołem siedział Gleb a po prawej stronie przy miniaturowym pianinie siedział  odwrócony do mnie tyłem smok, pogrywając coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem. Duży, spasiony, zielony, bułgarski smok.
W pierwszej chwili nie zorientowali się, że jestem w izbie. Kiedy mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Gleba, ten przeszedł delikatną  przemianę- stał się zdecydowanie mniej puszysty. 
Spytałem o smoka- co to jest to coś zielone po prawej.
Smok w oka mgnieniu zmienił kolor na szary.
Nie wiedziałem co powiedzieć.
Zapytałem o to coś, co wygląda jak smok.
Odwrócił do mnie twarz i w jednej chwili zmienił się w syna  o twarzy psa, którego wcześniej spotkałem.
Nadal udawałem, że wszytko jest w porządku i ustaliłem z Glebem, że kogoś wyśle do nas .
Zanim dotarłem do gabinetu, Aleksandra N. vel B. siedziała naprzeciwko mojego szefa u szczytu długiego starego stołu. W jednej sekundzie zmieniła się w smoka, zionęła żywym ogniem i po szefie został przypalony szkielet z  rozdziawionymi szczękami- ni to z przerażenia, ni to zdziwienia, ni to z bólu. Nie zdążyłem nawet nic powiedzieć.
Wtedy zrozumiałem kim była tak naprawdę Aleksandra N. vel B. 

niedziela, 19 lutego 2017

Samsara 2

Zdecydowanie źle trafiliśmy. Na całej farmie były tylko dwie grupy- my i jacyś czarni, którzy uciekli spod bomb. Oni nie mieli pozwolenia na pracę, więc właściciel mógł zrobić z nimi dosłownie wszystko. Zresztą od czasu do czasu ktoś z nich znikał i nikt o nic nigdy nawet nie zapytał . My Polacy stanowiliśmy tę drugą grupę. Teoretycznie byliśmy obywatelami UE ale zaraz po przyjeździe właściciel zabrał nam wszystkim paszporty i w ten sposób posiadł w pewien sposób również nas. Uciec z farmy jeszcze nikomu się nie udało. Pola były ogrodzone wysokim płotem z drutem kolczastym podłączonym do prądu a w wieżyczkach co 500 metrów czyhali na nas przez całą dobę wyposażeni w długą broń, specjalnie wyselekcjonowani strażnicy. Trafiali do celu z kilometra, o czym niejeden czarny się przekonał. W praktyce status czarnych uchodźców i nas w roli białych niewolników był ten sam. Jeszcze na początku naszego przyjazdu strażnicy starali się zachowywać jakieś pozory ale po jakimś czasie puściły im jakiekolwiek hamulce i zaczęli traktować nas gorzej niż zwierzęta. Bicie, głodzenie, przekleństwa i wreszcie wymyślne tortury stały się tak naturalne jak oddychanie. Upokorzenie bolało nas bardzo tylko na początku, po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się bo chcieliśmy żyć i wiedzieliśmy, że kontrakt kiedyś się skończy.

Kilka dni przed końcem naszego niewolniczego kontraktu miało miejsce dość osobliwe wydarzenie. Jeden z czarnych zniknął a drugi się zbuntował. Chodziły pogłoski, że buntownik to brat bliźniak tego co zniknął. Patrzyliśmy jak zbuntowany wykazuje skrajną pogardę wobec wszystkiego i wszystkich. Strażnicy bili go i kopali do nieprzytomności a on przyjmował to ze stoickim spokojem i obojętnością. Nie tylko nie dał się przymusić do pracy, ale przestał jeść i pić. Leżał niemy i bez ruchu w takiej pozycji, w jakiej go zostawili oprawcy i tylko oczy zasnute lekką mgiełką niczym u narkomana, zdradzały, że żyje.

W pewną niedzielę około północy obudziły nas krzyki i przekleństwa. Strażnicy, którzy wiedzieli już dobrze, że katowanie nie przynosi żadnego rezultatu, krzyczeli na czarnego,  żeby się zamknął. Ten zaś wpadł w trans. Tańczył, skakał, tarzał się po ziemi krwawiąc i tocząc pianę. Coraz to prężył się, jakby chciał dotknąć księżyca, żeby z kolei upaść, wierzgać i szarpać palcami piach. Jakby miotała nim  siła o wiele bardziej potężna i przerażająca niż cały ten beznadziejny świat, który nas zniewolił. Fascynujący  spektakl wydawał się nie mieć końca a my staliśmy zaczarowani i na ten czas zapomnieliśmy o wszystkim, wkraczając w rzeczywistość, której nie byliśmy w stanie pojąć. Odszedł nas ból, upokorzenie, żałość, tęsknota i gorycz. Kiedy czarny skończył się miotać, stanął normalnie tak jakby to zrobił każdy inny człowiek, spojrzał w stronę strażników a w jego  oczach zobaczyliśmy zwykłą ludzką świadomość. Wiedzieliśmy, ze ma w tej chwili bardzo dobre rozeznanie sytuacji i wrócił do przytomności i że przestał być duchem, demonem czy bogiem i że stał się zwykłym człowiekiem. Jednak głos, który z siebie wydobył był w jakiś sposób nieludzki, jakby stał się człowiekiem-demiurgiem.  Mamrocząc i pohukując, czasami świszcząc lub cedząc słowa przez zęby, najwyraźniej powtarzał to samo kilka razy niczym mantrę lub zaklęcie, po czym podszedł do studni i rzucił się głową w dół.

Wszelkie wyjaśnienia były zbędne. Mieliśmy do czynienia z szamanem, który przez cały czas obmyślał sposób, jakby się zemścić na oprawcach swojego brata. Byliśmy świadkami jak nawiązał kontakt z zaświatami, żeby sprowadzić przekleństwo na katów, rzucić urok i na koniec złożyć siebie w ofierze. Nie było nam dane zobaczyć za życia, czy urok zadziałał, gdyż strażnicy, jak tylko dotarło do nich znaczenie tego co się wydarzyło i jak już się otrząsnęli ze zdumienia, zaczęli do nas strzelać jak do wróbli. Zrozumieliśmy w tym momencie, że krzaki pomidorów i oliwek użyźniają poprzednicy a kontrakt kończy się śmiercią a nie uwolnieniem jak nas przekonywano. Byliśmy zwodzeni na wiele sposobów.

Postanowiłem trochę zostać między ludźmi aby sprawdzić, czy klątwa się wypełnia. Nie było to jakoś szczególnie trudne. Wystarczyło śledzić czarnego gdy ten chodził za każdym strażnikiem dopóty, dopóki ten nie umarł. Postronnej osobie mogło się wydawać, że śmierć tych ludzi jest naturalną konsekwencją chorób, zdarzeń losowych, różnego rodzaju niewydolności. Ja jednak widziałem z jaką determinacją czarny chodzi za swoją ofiarą i jak tęsknie wypatruje ich zgonu.  To nie mógł być przypadek, choć okres oczekiwania na dojechanie osoby był odmienny w każdym przypadku.

Z czasem, jak wypełniała się jego misja, czarny bladł coraz bardziej i zanikał. Stawał się coraz bardziej przejrzysty. Jakby cień rozpływał się w powietrzu. Aż w końcu rozpłynął się zupełnie.

Tym co mnie trzymało w świecie, była ciekawość klątwy. Dziwił mnie więc fakt, że nie zaniknąłem razem z nim. Postanowiłem odwiedzić domy strażników ponownie i wtedy okazało się, że klątwa przechodzi na ich dzieci, wnuków, żony, braci, kuzynów i zatacza coraz szersze kręgi. Ludzie skakali sobie do gardeł, mordowali najbliższych, rzucali się pod samochody albo rozbijali głowy o ścianę. Wyglądało na to, że w końcu cała planeta zwariowała i nikt nie pozostanie żywy.

Wróciłem tam gdzie to wszystko się zaczęło. Usiadłem na brzegu studni i próbowałem znaleźć wytłumaczenie.

Wyzbyty pragnień miałem dość dużo czasu, żeby zatopić się w rozważaniach. Usiadłem pod drzewem i zacząłem medytacje.

Kiedy straciłem już jakiekolwiek poczucie czasu, zrozumiałem, ze czarny był Mesjaszem, który zstąpił ponownie, żeby dokończyć dzieła zbawienia. To, co mi się wydawało klątwą było w swej istocie naturalną konsekwencją niemożności wypełnienia misji. Musiałem  się pomylić w swoich pierwszych ocenach czarnego. Nie przeklinał, lecz ostrzegał. Nie chciał zemsty tylko wypełnienia, wykończenia, domknięcia.

Apokalipsa musiała przyjść w tej lub innej formie, bo była nieuchronna. I oczywiście potem nic więcej się nie wydarzy a mi przypadło tak już zostać na wieczność. Za to pojęcia takie jak dobro, zło, zbawienie, potępienie, odkupienie tracą sens jeśli nie mają punktów odniesienia, czyli ludzi.

poniedziałek, 13 lutego 2017

zaniki

Im bardziej zagłębiałem się w księgi tym bardziej skomplikowany stawał się świat wokół mnie. W pewnym sensie było to normalne, bo czas poświęcany nauce i poznaniu rzeczy istotnych musiał być wygospodarowany kosztem czasu przeznaczanego na czynności osadzające nas w rzeczywistości zwykłych ludzi. Im więcej przestudiowanych ksiąg, tym bardziej wyraźnie objawiał się fakt, że większość codziennych starań prowadzi do utrzymania bardzo kruchej równowagi między bytem a niebytem, porządkiem a chaosem, pulsującym gorącym życiem i mrożącą otchłanią. Zawsze wydawało mi się, że ta krucha granica właśnie pęka i że za chwilę otworzy się puszka Pandory, z której wypełzną inkarnacje naszych najgłębiej ukrytych i najbardziej przerażających lęków, po czym bez zmrużenia oka i bez litości zniszczą nasz świat. My sami zaś będziemy musieli się przyglądać z poczuciem niemocy, przemieszanej nierówno z kompletnym zagubieniem i febrą drącą nas do głębi, jak cały dorobek i wszelkie wysiłki ulatują z dymem, spopielają się i obracają w nicość. Obawiałem się, że jak już pęknie ta krucha granica, to nie będzie komu obronić tego, co dla nas było najważniejsze, a co wydawało się największymi zdobyczami ludzkości: honoru, czci, pociechy, spokoju. Że nie zdołamy powstrzymać barbarzyńców gwałcących, mordujących, czyniących sobie pośmiewisko ze wszystkiego i wszystkich. Że nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się właściwie nikomu ani niczemu, co wypełznie z drugiej strony.

Zagłada była jednak innej proweniencji i zupełnie inny był jej charakter, jakże odmienny i niepodobny moim wyobrażeniom, choć przecież dla mądrego człowieka tak łatwy do przewidzenia. Oto któregoś dnia podczas zwykłej rozmowy z przyjacielem dostrzegłem, że po raz kolejny potrzebuję ułamka sekundy więcej niż zwykle, żeby znaleźć odpowiednie słowo do wyrażenia myśli. Zacząłem  się obawiać, że to pierwsze objawy Alzheimera i że będzie ze mną coraz gorzej z każdym dniem, aż do zaniku świadomości kim jestem i w jakim świecie żyję. Problemy z czasem rzeczywiście się pogłębiły. Potrzebowałem coraz więcej czasu, aby znaleźć odpowiednie słowo i zastosować właściwą konstrukcję zdania. Nawet w przypadku zwyczajnych słów i prostych konstrukcji. Nie była to jednak jedynie moja choroba lecz coś znacznie poważniejszego, rodzaj powszechnej epidemii- wielowymiarowej, rozległej i głębokiej. Wszechogarniającej.

Zauważyłem, że wielu innych ludzi ma ten sam problem. Zastanawiają się dłużej, niż powinni nad zwykłymi konstrukcjami  i prostymi słowami. Jakby na chwilę zapomnieli jak się wyrazić albo jakby bali się, że to słowo, które normalnie jest przez nich używane w takich sytuacjach, straciło właściwą wymowę i znaczenie. Wszyscy inni-  nie mający takich problemów z zacinaniem się, mówili szybko, coraz mniej wyraźnie, niechlujnie, popełniając co i rusz podstawowe błędy językowe.

Szybko i niechlujnie mówiący ludzie byli tak samo szybcy i nieporządni w swoich osądach i decyzjach. W pewien sposób ich język oddawał stan ich umysłu, jego miałkość i prostackość. Zaskoczeni a następnie przerażeni obserwowaliśmy jak deklarują oni wojnę z wszystkim, z czego byliśmy do tej pory dumni: prawem, wiarą, wspólnotą, prawdą, szacunkiem, tolerancją i mądrością. Przez  tysiąclecia obserwowaliśmy jak ciemność uderzała w podstawy człowieczeństwa na różne sposoby, czasem nadzwyczaj perfidnie i cynicznie, jak w przypadku krzyżowania chrześcijan i egzekucji Hypatii. Niekiedy ta ciemność zalewała świat- na przykład podczas wojen, ale zawsze przemijała, przegrywała, ustępowała i prędzej czy później nadchodziły czasy zwane złotym wiekiem. Tym razem było inaczej.

Słowa więzły nam w gardle a cyniczni szubrawcy i perfidni kłamcy, sprawni w mowie nienawiści, szybko wiedli na szafot. Deklarowali wiarę w baranka, sprawiedliwość i miłosierdzie, jednak nie było w nich za grosz miłości bliźniego a sprawiedliwa mogła być dla nich tylko zemsta za wymyślane ciągle na nowo krzywdy i upokorzenia. Widząc to wiedzieliśmy, że nadchodzi wydarzenie, którego ludzkość obawiała się od zawsze- koniec. Kiedy już wymordują nas, wezmą się za siebie nawzajem- brat brata a córka matkę. Otchłań nie przyszła  z zewnątrz, jak wcześniej przypuszczaliśmy, lecz od zawsze była w nas i czekała na odpowiedni moment. Na chwilę, kiedy będziemy na takim poziomie rozwoju cywilizacyjnego, że damy się ogłupić i dokonać samozagłady. Zostanie po nas może jedynie technologia, za mało zaawansowana, żeby nabyć świadomość i samodzielnie się rozwinąć. Dalece niewystarczająca, żeby przechować pamięć o swoich twórcach. Zresztą może nie warto, skoro byliśmy tylko emanacją otchłani, przeznaczeni do zagłady.

piątek, 10 lutego 2017

dom który czyni szalonym

dom który czyni szalonym

poniedziałek
zdecydowałem się, żeby zrobić to zlecenie dla uniwersytetu. wysłałem umowę do biura rektora

wtorek
rektor wezwał mnie, żebym osobiście złożył podpis. zajęło mi to cały dzień, bo najpierw musiałem uzyskać zgodę kanclerza a potem jeszcze znaleźć panią z działu kosztów, żeby kontrasygnowała dokument

środa
uniwersytet zaczyna weryfikować zakres kompetencji w mojej sprawie

tydzień później
dostałem informację, że umowa jest na niewłaściwym formularzu i muszę ją złożyć na nowo. musiałem powtórzyć całą procedurę rejestracji od nowa

dwa tygodnie później
dostałem telefon od szefowej działu kosztów, która poinformowała mnie, że nie może mnie znaleźć referentka pierwszego szczebla z księgowości

czwartek dwa tygodnie później
referentka pierwszego szczebla poinformowała mnie, że brakuje mi w umowie jako załącznika  opinii kierowniczki obiektu, w którym miałem wykonać usługę

piątek
kierowniczka wyjechała na projekt badawczy do Chin i nie będzie jej przez ponad miesiąc, w jej zastępstwie decyzję musi podjąć prorektor, który jest chory i przebywa na zwolnieniu.

poniedziałek
sekretarka rektora jest chora- nie ma kto przygotować prorektorowi dokumentu na właściwym formularzu.  mam sprawdzać codziennie, aż oboje będą zdrowi

wtorek
sytuacja się pogarsza. wszyscy są już chorzy w całym sekretariacie. Sekretariat został zamknięty i objęty kwarantanną.
udało mi się uzyskać podpis u samego rektora, który zastąpił w tej sprawie prorektora, który musiał zastąpić kierowniczkę.

środa
kanclerz nie wyraził zgody na finansowanie wkładu własnego uniwersytetu. mogę sprawę załatwiać dalej ale nie wiadomo czy uniwersytet nie wycofa się z umowy zupełnie

czwartek
trzeba kupić materiały, bo inaczej nie zdążę wykonać zlecenia dla uniwersytetu
nadal nie wiem czy kwestor zgodzi się na wkład własny uniwersytetu

piątek
rozmawiałem z rektorem. powiedział, żebym przystąpił do działania mimo braku zgody kwestora

poniedziałek
prorektor zobaczył moich pracowników na terenie obiektu. zapytał mnie o zgodę kierowniczki po czym nawrzeszczał, że nie uzyskałem ani jego zgody ani zgody rektora ani zgody referentki pierwszego szczebla. nie dał sobie wytłumaczyć, że mam już zgodę rektora. dodatkowo się nawywnętrzał, że w ogóle nie spełniam wymogów formalnych. dobrze, że nie wiedział o braku zgody kwestora

wtorek
portierka nie wpuściła moich robotników na teren obiektu. po interwencji rektora mogliśmy dokończyć prace

środa
kierowniczka działu kosztów zakwestionowała mi fakturę za materiały, bo nie było to załatwiane poprzez przetarg uniwersytecki ale na szczęście wystarczyło, że opisałem odpowiednio dokumenty na miejscu i wziąłem na siebie winę za niedopełnienie formalności

czwartek
 chciałem zdać sprawozdanie, ale w dziale kosztów spotkałem tłum studentów zagranicznych, którzy przyjechali w ramach programu Erazmus+ i właśnie próbowali coś rozliczyć

piątek
dowiedziałem się, że jakiś niecierpliwy student wysadził gmach główny uniwersytetu w zamachu samobójczym
nikt mi już niczego nie rozliczy
to inni zostali rozliczeni


środa, 11 stycznia 2017

Młynarz i mnich

Młyn był chlubą królestwa od wielu lat  a to przede wszystkim za przyczyną  przemyślnego młynarza, dzięki któremu mówiono o nim, mące i królestwie w różnych językach i w najodleglejszych krainach, do których zdołali tylko dotrzeć kupcy i włóczędzy. Zadowoleni robotnicy każdego dnia mogli delektować się tym, co zwykle szło jedynie na stoły królów natomiast  poddani, którzy choćby raz spróbowali chleba z mąki zmielonej w młynie- nigdy już nie zapragnęli innego. Sam król chwalił się tą cudownością przed ambasadorami i książętami, choć nigdy nie miał czasu porozmawiać z młynarzem  o jego sekretnych formułach.

Spokojną egzystencję młynarza odmienił pewien nagły incydent. Można powiedzieć, że ów incydent odmienił na swój sposób cały znany nam świat, bo nic już nie było takie samo a na królestwie położył się cień aż do końca panowania dynastii. Samo zaś wydarzenie było bardzo często przywoływane jako przykład głupoty, krótkowzroczności oraz indolencji królewskich urzędników.

Ale po kolei. 

Pewnego razu, w czasie największego znoju, kiedy spracowani robotnicy uwijali się przy niemiłosiernie hałasujących żarnach, do tej części młyna, gdzie sprzedają mąkę, wkroczył dziarskim krokiem młynarz i ujrzał porzucone na samym środku  brudne ściery i rozlane mydliny. Zalała go wściekłość, której dał upust krzycząc na całe gardło, żeby uprzątnąć ten burdel i pozbierać szmaty, poszturchując przy tym jako żywo przygłupich czeladników, co się pod szorstką rękę napatoczyli.
Obok młyna przejeżdżała właśnie podstarzała już nieco, była królewska metresa, która choć na dworze przebywała bardzo rzadko, to za przedziwnym zrządzeniem losu zachowała tam znaczne wpływy a królewscy urzędnicy czuli przed nią strach z jakiegoś nieznanego nam bliżej powodu. Wiek odebrał jej najpierw urodę a potem rozum, które przemienił w nienawiść do świata i przerośnięte ego. Stosunkowo silna pozycja na dworze utwierdzała damę w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym, jednocześnie brak możliwości sensownego działania prowadził do nieustającej frustracji, bo kosztowna szata i wyniosłe zachowanie nie były w stanie nawet jej samej utwierdzić w przekonaniu, że jest cokolwiek warta. W uchu owej damy, gdy mijała młyn,  zabłąkały się słowa "burdel" i "szmata", które dotknęły ją do żywego. Od tej pory poczęła obmyślać pomstę, będąc jednocześnie głęboko przekonaną o wyjątkowej bezczelności młynarza.

Na dworze natychmiast wezwała namiestnika, żeby go wypytać o sprawy młyna. Ten nie wiedząc do czego zmierza cała pokrętna konwersacja pełna półsłówek i niedopowiedzeń, zdołał jednak w  barokowo zawiłym słowotoku dostrzec szansę na upokorzenie młynarza, którego od dawna darzył szczerą i głęboką nienawiścią. Mógł nawet podsunąć kandydaturę krzątającej się nieopodal służącej, która cierpiała na hipertrofię ambicji, jak to każda miernota. Plan wydawał się genialny. Młynarz na zbity pysk, ego metresy  zaspokojone, ambitna Misiewiczówna ambicjonalnie spełniona. Młynarz dostanie na co zasłużył, a reszta będzie mieć dług wdzięczności, po spłatę którego on- namiestnik zgłosi się w dowolnym momencie. Trzeba było tylko odpowiednio pokierować służącą, żeby przekonała wicekróla do tego trudnego bądź co bądź planu.

Nie wiadomo do końca jakich sposobów i sztuczek użyła młoda, żeby przekonać wicekróla, jednak cokolwiek by to nie było, musiało być ujmujące i czarowne, bo szybko dopięła swego. Reszta to już czysta polityka, w której zarówno namiestnik, jak i wicekról byli biegli jak mało kto. Drobne uwagi należało podnieść do rangi niewybaczalnych karygodnych błędów i wypaczeń, dorzucić do tego parę plotek i przedstawić je jako głos ludu domagającego się sprawiedliwości a na koniec winy karbowego i nadzorcy świń przerzucić na młynarza, którego wskażemy jak przyczynę wszelkich niepowodzeń królestwa.

Potem należało już tylko zwołać dla formalności dworską radę, której przedstawi się jedyną kandydaturę na nowego zarządcę młyna a w razie jakichkolwiek wątpliwości, uciąć możliwości dyskusji. Taka strategia wydawała się najlepsza, bo kalumnie i plotki mogły jedynie formalnie uzasadnić zmianę, lecz nie mogły naprawdę podważyć zaufania ludzi do młynarza. Wiadomo, że nie uwierzą w brednie, ale wszyscy zgodnie będą milczeć  bo dobrze się orientowali w dworskich intrygach i zepsutym charakterze postaci piastujących najwyższe urzędy a przy tym wiadomo było również, że każdy będzie pilnował swojego nosa i publicznie nie stanie w obronie młynarza. Zwykły człowiek zawsze musi dbać o to by mieć miskę codziennej strawy a nie narażać się władzy. Ten lud, wykastrowany i przywdziany w chomąto mawia 'kiedy plujesz w górę, w dół lecą kamienie'. Zbyt często pada to przysłowie. Ludzie wiedzą doskonale, że takie rzeczy jak honor, sprawiedliwość i godność są zawsze dla jakichś innych.  Może mieszkających gdzieś dalej. Tu się nimi nie da najeść, bo staną kością w gardle.

Jak postanowiono, tak zrobiono. Zwolniony młynarz porzucił zupełnie zawód i udał się w góry, gdzie w jaskini, nieopodal źródła urządził sobie pustelnię i oddał się ascezie i rozmyślaniom.

Na początku wydawało się wszystkim, że w młynie nic  nie uległo zmianie. Namiestnik i wicekról starali się pokazać zalety 'dobrej zmiany' i pod niebiosa wychwalali nową zarządczynię. Tylko mąki już nikt nie chciał kupować. I nie było też czego wspominać w dalekich krainach. Nowa zarządczyni nie wiedziała nawet do czego służą żarna, więc młyn po jakimś czasie popadł w ruinę, z której go wieki wcześniej podniósł był młynarz. 

Gdybyśmy jednak chcieli wyciągnąć z tego jakiś morał to przytoczona historia była właściwie kwintesencją stosunków władzy w całej tej feudalnej krainie resentymentu i jednocześnie odpowiedzią na pytanie dlaczego królestwo nigdy nie miało szans by stać się racjonalnym nowoczesnym mocarstwem.

wtorek, 20 grudnia 2016

Portret

Fascynujące było to idealne rozdwojenie charakteru namiestnika. Lud w niego wierzył ale ja byłem wystarczająco blisko, żeby dostrzec zwichniętą, psychopatyczną osobowość. I choć dobrze to widziałem- wyraźnie jak na dłoni, to ciągle nie mogłem uwierzyć moim oczom, bo pamiętałem początki i znałem jego logikę myślenia z dawnych czasów, tak bliską mojemu oglądowi świata.

Namiestnik nie zawsze był kwintesencją pogardy. W czasach kiedy go poznałem był skromnym zarządcą prowincji, cierpliwie wykonującym obowiązki, z dala od dworskiego blichtru oraz intryg, uwielbiany przez podwładnych, którzy uważali go za najwspanialszego człowieka w całym królestwie a być może i we wszystkich znanych nam krainach. Pełen wdzięku i klasy. Mówiący wyszukanym językiem poetów i pisarzy.

Pierwsza zmiana nastąpiła, kiedy w jednym z dworów na terenie prowincji pojawił się nowy nauczyciel. Okazał się on na tyle sprawny, że po pewnym czasie pobierali u niego nauki zarówno młodzi jak i starzy, uczeni i prostaczkowie, bogaci i biedni, a wszyscy pospołu w równym stopniu zadowoleni i upici tym blaskiem mądrości bijącym od mistrza. Jednym z uczniów stał się sam zarządca, który szybko uznał jego wielkość i nadskakiwał mu we wszystkim, co niekiedy przyjmowało wręcz groteskowe rozmiary. Sam pamiętam jak podawał nauczycielowi batutę, zwój lub miseczkę w lekko służalczym przysiadzie i z fałszywym uśmiechem oraz pochyloną kornie głową. Wtedy w swej naiwności myślałem, że to wyraz najwyższego szacunku, pokory, uległości i swego rodzaju hołd wyrażający się w ciepłych okruchach codzienności i drobnych gestach uwielbienia.

Wspomniana zmiana polegała na przeniesieniu uwielbienia ludu z osoby zarządcy prowincji na mistrza. Trudno mi w tej chwili po latach stwierdzić, czy sam zarządca to widział i ewentualnie jak to odczuł. Szczególnie, że wówczas nie mieliśmy dostatecznie częstego kontaktu i więcej przebywałem na dworze ówczesnego namiestnika, niż na terenie prowincji. Późniejsze wydarzenia pozwalają mi jednakże przypuszczać, że już z przybyciem mistrza atmosfera mogła się psuć, tylko doszło do jakiegoś tajenia uczuć wspartego maskowaniem intencji.

Druga zmiana była już widoczna dla wszystkich bardzo szybko i wyraźnie. Kiedy zarządca został namiestnikiem i częściej zaczął bywać na dworze, natychmiast pokazał swoje inne oblicze. W pewien sposób stał się swoim przeciwieństwem. Rzadko się uśmiechał i nigdy nie chwalił swoich podwładnych. Ostentacyjnie okazywał, że ma władzę nad ludźmi, poniżając ich i zmuszając do pracy ponad siły. Im bardziej nerwowy się stawał w swoich poczynaniach, tym bardziej widać było, że nie pasuje do nowego stanowiska, które go najwyraźniej przerasta. Na każdym kroku, w każdej decyzji widać było dyletanctwo, głupotę i brak elementarnej choćby znajomości sztuki zarządzania. Pierwszymi ofiarami jego napadów złości stali się ci, co najbliżej- służący, których przywiózł z prowincji- batożeni na śmierć z byle powodu, rozrywani końmi, umierający z głodu w lochach, gdzie trafili na podstawie wymyślonych oskarżeń. Ofiarą poniekąd stał się również nauczyciel, który cudem zdążył zbiec poza granice królestwa, zanim przybyli nasłani siepacze. Odchodząc, przeklął tę ziemię i powiedział, że jego noga tu nigdy nie postanie. Wygnany przez nienawiść nigdy nie powrócił, z czasem spełniło się też rzucone przekleństwo.

Kiedy nikt już nie mógł się czuć bezpieczny a namiestnik rozpasał się, hasał i pławił w okrucieństwie dla kaprysu, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Słudzy wyciągnęli go tuż nad ranem, bosego, w koszuli i gaciach, rozpostarli na drzwiach wejściowych i zachłostali na śmierć. Wicekról na wieść o tych wydarzeniach przysłał odział ułanów, którzy podarli pasy z ludzi, zabili wszystko co żywe, łącznie z psami i kotami, spalili domostwa i posypali solą ziemie.

Dzisiaj, po wielu latach, spędzając całe dnie w mojej pustelni, z równą lubością oddaję się studiowaniu ksiąg, co charakterów ludzi spotkanych na drodze życia.  I ciągle trudno jest mi zrozumieć tę zmianę maski namiestnika jak również późniejsze działania władzy.
Mogę podejrzewać, że namiestnik urodził się głupcem, niezdolnym w swej istocie do przemyśleń i nauki. Na żadnym z etapów swojego życia nie był w stanie pojąć i naprawić błędów. Jego wiedza była pozorna  a refleksja na poziomie małego dziecka, miotanego emocjami. Wydawało mu się, że uzyskanie wysokiej pozycji i sprawowanie władzy zamknie wszelką dyskusję o błędach i wypaczeniach a on sam zyska status nieomylnego.  Najwyraźniej władza przesłoniła mu wszystko inne.
Pozostaje jeszcze pytanie dlaczego więc zaszedł tak wysoko, skoro każdy w otoczeniu widział od początku jego głupotę i niekompetencję. Czy nikt z władców nie dostrzegał ewidentnych braków? Wydaje się, że do czasu awansu, namiestnik odgrywał spektakl pokory i służalczości. Takich ludzi, spijających mądrość z ust mistrzów i gnących kark kornie w obecności przełożonych lubi każda władza. Są idealnymi wykonawcami poleceń. Nieważne co myślą i czy w ogóle, bo i tak liczy się wola tego, który wydaje polecenia a ona nie będzie kwestionowana przez tego pokroju ludzi.. Można ich wykorzystać jako przedłużenie miecza, pejcza czy siekiery albo pióra do sygnowania dokumentów.  Sam namiestnik potrafił się też dobrze kryć zarówno ze swoją ignorancją, głupotą oraz innymi brakami jak i z planem porządkowania świata.
Kiedy zaś doszedł do władzy, ludzie bali się mu przeciwstawić. Tym bardziej, że każdy opór wywoływał złość i urażone ego szukało satysfakcji z krzywdy oponentów.  Tak więc w bezimiennym grobie sypanym wapnem kończyli zarówno ci mądrzy, dostrzegający głupotę, jak i ci głupi, co nie trzymali języka za zębami w odpowiednim czasie.

Błogie kontemplacje w odosobnieniu zacienia tylko jedna uporczywa refleksja nachodząca mnie od pewnego czasu. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ludzkość zmierza do samozagłady. Dane mi było wystarczająco dużo czasu, żeby ujrzeć mnogość namiestników, których do władzy wynosiły słabe środowiska, tłumy idiotów lub absolutni władykowie, mało oświeceni.

A może to wcale nie jest takie złe? Może czas porzucić różne mesjanistyczne teorie i spojrzeć prawdzie prosto w oczy? Uświadomić sobie, że ludzkość jest nieudanym eksperymentem natury skazanym na niepowodzenie od samego początku, kiedy tylko pierwsza istota biologiczna uzyskała odrobinę świadomości. I być może świat bez nas będzie lepszy, skoro umiejętność organizowania sobie życia jest w naszym gatunku zdefiniowana jako aberracja a nie norma. I skoro ślady nasze znaczymy krwią, bólem i cierpieniem unieszczęśliwiając wszystkie inne istoty.