środa, 5 lipca 2023

Nie do obrony

 Seminarium poszło fatalnie. Dwie osoby oddały prace w czas i w efekcie zostały wyróżnione. Jedna osoba  nie przysłała nic, jedna przysłała 3 niepowiązane ze sobą rozdziały, jedna- jakieś pseudonaukowe dywagacje a jedna 20 stron nie na temat. 

Reszta to chaos i nieudane dłuższe wypracowania, które trudno nazwać rozprawką. 

W dodatku wszyscy spóźnieni przysłąli te swoje osobiste opus magnum na 3 tygodnie przed obroną. A powinni pół roku wcześniej, żeby można nad nimi sensownie popracować przez dłuższy czas. W końcu to proces i droga dojścia jest dosyć istotna.  

Hmmm.... W związku z dodatkowymi obowiązkami- konsultacje, czasopismo, artykuły, administracyjna pańszczyzna, prace projektowe, sekretarzowanie, samobiczowanie,  z przepracowania konanie- stanąłem w obliczu totalnej klęski. 

...

Skonsultowałem się z recenzentką. Po wielu szczerych rozmowach postanowiłem 'podjąć wyzwanie actimela' i uratować co się da.

Na pierwszy ogień poszły wyroby naukopodobne. Trzy niepowiązane rozdziały, dwadzieścia stron mącenia wody i językowa masakra zostały odłożone na zaś, bo i tak nie ma sensu ich prostować kosztem innych, których można jeszcze uratować. Ci inni mają przynajmniej szansę na nadzieję. Poprawione pewnie bedą na 3 z dziesięcioma minusami (byle nie trzynastoma). Zobaczymy tylko co powie recenzentka. 

Jak ich zje to przy okazji i mnie. 

Wyjdę na totalnego idiotę. 

Ale niech tam! Raz kozie śmierć.

O dziwo- recenzentka stwierdziła, że na trzy z dziesięcioma minusami mogą być. Dobrze, kiedy recenzent i promotor mówią tym samym językiem. To wiele ułatwia. I koza nie musi umierać.

Po obronie dostałem maila od mąciciela naukowej żybury, że jest zdeterminowany, żeby bronić się jeszcze w lipcu i prosi o sprawdzenie pracy, bo złożył wniosek o zaliczenie seminarium przez dziekana i jest zdeterminowany i chciałby się bronić i jest zdeterminowany i chciałby.

Rzuciłem okiem na pracę jeszcze raz ale nie wydawało mi się, żeby to było coś do obrony.

W następnym dniu, wracając z pieknych okoliczności przyrody- z miejsca, w którym odcinam się od toksycznej rzeczywistości i jeszcze bardziej toksycznych ludzi, gdzie sarny, bażanty, dziki i inne dzikości grasują,  nieopatrznie spojrzałęm na telefon, który wyraźnie wyrażał groźbę, że pół instytutu mnie szuka. A konretnie Dyrektor i Sekretariat

Koniec odcinania się oznacza zwykle początek ścinania (mnie jako skazańca oczywiście).

hmmmmm... oddzwoniłem.


Sekretarka poinformowała, że czeka na mnie podanie do zaopiniowania i że jest ono dość pilne.

Akurat następnego dnia miałem w planie wizytę w instytucie. Wprawdzie semestr się skończył i nie musiałem już mieć konsultacji, ale musiałem rozliczyć się z różnych innych obowiązków administracyjno-organizacyjno-bezsesownie-dobijających-i-czasomordujących. 

No dobrze. 

Podroczyłem się z sekretarką przez ułamek sekundy, żeby zgrywać niedostępnego ale nie na tyle, żeby ją zdenerwować albo zasmucić i obiecałem podejść następnego dnia w celu wyrażenia dobrej woli.

Jednak w drodze do domu proces myślowy zachodził dalej gdzieś wewnątrz zakamarków umysłu dość doświadczonego już przez życie i ludzi adiunkta.

Wszystkie znane mi podania i wnioski zostały już załatwione. 

Może jakiś student chce przełożyć praktyki na lepszą przyszłość ...

albo???....

eureka!!!

mąciciel naukowej żybury!!!

przecież napisał, że napisał wniosek!

To może być tylko on!!!

Pragnie mącić dalej!!!

Jako rzekłem- następnego dnia, z trudno ukrywaną ciekawością pospieszyłem do sekretariatu jeszcze przed innymi obowiązkami. 

Chyciłem wniosek studenta.

Jest!

Faktycznie- mąciciel naukowej żybury!

Przebiegłem wzrokiem po uzasadnieniu wniosku. Z opisu wychodziło na to, że jestem wyjątkowym opierd..czem i  że nie chce mi się czytać doskonałej pracy wyjątkowego studenta, który sam sobie wszystko sprawdził  i jego zdaniem nic nie trzeba  poprawiać!

ODROBINKĘ... 

aczkolwiek skutecznie

zdębiałem ...

na chwilę.

Przypomniałem sobie bezczelne i totalnie bezkrytyczne pytanie w stosunku do moich uwag merytorycznych, które naukowy arcymąciciel mi przesłał: 

"co w tej pracy nie nadaje się do obrony i co w bibliografii jest nie tak, skoro ona się generuje automatycznie?"

Przypomniałem sobie również moją nagłą odpowiedź, gdyż takiej bezczelności (biorąc pod uwagę, że niechodzącego na seminaria gościa ledwo, co kojarzyłem) bez odpowiedzi nie mogłem zostawić. Przypomniałem sobie, że wskazałem, że 

1.wypracowanie na 20 stron nie nadaje się do obrony jako praca licencjacka), 

2.praca w połowie jest nie na temat 

3.a zapis bibliograficzny niekonsekwentny ( a uczyliśmy się go na pierwszym seminarium). 

To samo napisałem we wniosku. 

Non Draco Sit Mihi Dux

 ale w razie czego nie zawaham się go użyć.


p.s. był taki moment, że zastanawiałem się, czy nie odegrać przed sekretarkami monodramu, w którym bym biegał po sekretariatach i korytarzach, wydzierając się wniebobogłosy, żeby szybko zwoływać komisję, bo student dojrzał i chce się bronić

tak żeby się poważnie zastanawiały czy mi nie odbiło z gorąca na dworze

absurd sytuacji byłby epicki i odpowiedni

stwierdziłem jednak , że na zimno będzie smakować lepiej

opiszę w internetach, 

 

p.s. do p.s.

(Na prośbę tych, którzy przeżyli, nazwiska zostały zmienione. Z szacunku dla zmarłych, całą resztę opowiedziano dokładnie tak, jak się wydarzyła)



wtorek, 4 lipca 2023

Konsultacje. Historia niewiarygodnie prawdziwa

 Dzień przed zamknięciem systemu:

Studentka
Szanowny Panie Doktor, 
Piszę z pytaniem o ocenę z Wprowadzenia do dendrologii. Uczęszczam na pierwszy rok drzwoznawstwa i należę do grupy pierwszej. Wszystkie moje koleżanki z grupy mają już wystawione oceny, a w moim usosie nic się nie pojawiło. Czy to znaczy, że nie zaliczyłam przedmiotu? 
Z poważaniem, 
Pucio Pucio

Wykładowca
Dzien dobry,
zaraz po skonczonych zajeciach (dwa miesiące temu) wyslalem propozycje ocen
nie bylo wtedy zastrzezen
a zaliczenia byly wystawiane na podstawie list obecnosci i aktywnosci
pozdrawiam Doktor Wiktor

Studentka
Szanowny Panie Doktor, 
Czy mogę zapytać gdzie były wysłane propozycje ocen? Ponieważ niczego nie znalazłam w swojej skrzynce pocztowej i na komunikatorze Teams również. 
Z wyrazami szacunku,
Pucio Pucio
 
Wykładowca 
przed chwila przeslalem pani kopie
mojego maila do Pani Kici Fici, ktora w imieniu calej grupy uzgadniala jak mam to zrobic
jakis czas temu kontaktowala sie tez ze mna jedna ze studentek, ktora przypominala ze podwyzszala ocene na konsultacjach
Pani z tego co widze ma 2 nieobecnosci- dopuszczalna byla jedna na tym przedmiocie i o tym mowilem na pierwszych zajeciach, wiec logicznie druga trzeba bylo zaliczyc na konsultacjach, zeby zaliczyc przedmiot
pozdrawiam serdecznie Doktor Wiktor

Studentka
Szanowny Panie Doktor, 
Należę do grupy 1 i niestety nigdy nie dotarła do mnie lista z proponowanymi ocenami. Byłam przekonana, że nie było mnie tylko na jednych zajęciach, stąd moje skonsternowanie. Czy jest jeszcze jakakolwiek szansa na zaliczenie przedmiotu, póki protokoły nie są zamknięte? Bardzo proszę, niezmiernie zależy mi na zdaniu Pańskiego przedmiotu. 
Z wyrazami szacunku, 
Pucio Pucio

Pani Pucio,
mnie juz nie ma na uczelni
moze Pani zaliczyc w sesji
bede na uczelni w czwartek 30-go na obronach od 10.00
moze pani poczekac jak skoncze i zaliczyc jeden z tematow- proponuje ostatni
pozdrawiam Doktor Wiktor
 
Panie Doktorze, 
Ogromnie Panu dziękuje! Czy przypomniałby mi Pan jak brzmiał ostatni temat? I na jaką formę zaliczenia mam się przygotować? 
Z wyrazami szacunku, 
Pucio Pucio


ostatnio rozmawialismy "O dendrytach i wędrujących Emtach" M. Drzewieckiego
znajdzie Pani ten tekst w ksiazce pod red. Olchy i Dęba, "Żegnajcie drzewa"
pozdrawiam Doktor Wiktor

...

Szanowny Panie Profesor,
Miałam przypomnieć w niedzielę wieczorem o konsultacjach, więc robię to nieco spóźniona. Proszę również o informację czy będą się one odbywać w instytucie. Jeżeli tak - w którym pokoju? 
Z poważaniem, Pucio Pucio

Dzien dobry,
dziekuje za przypomnienie.
Konsultacje musimy miec na terenie instytutu dendrologii. Bede od 12.00 w pok. 40C
pozdrawiam serdecznie a.k.
 
 
Najpierw usłyszałem wahające się kroki. Z dobiegających zza drzwi dźwięków domyśliłem się, że ktoś sprawdza numer pokoju. Po chwili zobaczyłem twarz w loczkach a następnie popiersie i wreszcie całą studentkę.
Przywitała i usiadła, wyjaśniając co zacz. 
Odchrząknęła i wlepiła wzrok we mnie.
Widząc, że sama nie zacznie- zagaiłem "no to słucham- co tam pani wyczytała?"
"Ja szukałam wszędzie tej książki i nigdzie nie było- ani w Internetach, ani na Allegro, ani w antykwariatach czy bibliotekach- nigdzie, więc mogę tylko na podstawie recenzji, którą przeczytałam... więc w tej książce.."
"Musi Pani dotrzeć do oryginalnego tekstu" - przerwałem obcesowo. Nie da rady inaczej bo mam kilka bardzo konkretnych pytań i bez przeczytania, notatek i przemyślenia Pani po prostu nie odpowie". Mowiąc to podszedłem do biurka i sięgnąłem po książkę. 
"Niech Pan nie mówi, że ma Pan tę książkę! Jak da mi Pan dosłownie 3 sekundy to ją szybko przejrzę i mogę odpowiadać" 
"Niestety obawiam się, że 3 sekundy nie wystarczą. Tekst jest napisany trudnym specjalistycznym językiem i na samo zrozumienie potrzebuje pani trochę czasu w ciszy i spokoju. Umówimy się na konsultacje jak już pani się porządnie przygotuje. Książka jest w Ossolineum oraz w naszej instytutowej czytelni".
W oczach ujrzałem pewną cielęcą bezradność...
"eeee... uhm... a gdzie jest czytelnia?"
"Naprzeciwko naszej instytutowej biblioteki" 
"A biblioteka?"
"Piętro niżej przy schodach. W zasadzie prawie pod nami"
 
Przez chwilę kontemplowałem absurd sytuacji. Jak to się stało, że studentka przez rok nie obczaiła, gdzie jest biblioteka i czytelnia? Jak ona pozdawała wszystkie przedmioty, pozostając w tak głębokiej nieświadomości i zcielęceniu? Zaiste są na tej ziemi rzeczy, które nie śniły się nawet największym fizjologom... tzn dendrologom. 

 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Recenzja

Promotor był uznanym profesorem, który jednak miał sporo wrogów, ponieważ nie przejmował się specjalnie opiniami swoich kolegów. Dorobek był mocny, nie do podważenia i składał się głównie z artykułów publikowanych w czasopismach z listy filadelfijskiej. Index Hirscha też czynił wrażenie. Każdy, kto choć trochę wiedział jak funkcjonuje nauka, nie miał wątpliwości, że to pierwsza liga światowa.
Nic więc dziwnego, że i tym razem profesor miał w głębokim poważaniu, kto będzie recenzentem jego doktorantki. Zapobiegliwi koledzy zwykle umawiali sobie wcześniej recenzentów w jakiś sposób "pasujących" do tematu pracy, metodologii, albo po prostu znajomych, z którymi widywali się ciągle na tych samych sympozjach i kolejnych obronach. Kraj niby duży ale wszyscy specjaliści dobrze się znają. Profesor jednak był ponad to. Wierzył w naukę jako system i obiektywność ocen. Był też niezłomnie i beznadziejnie przekonany, co do tego, że chęć promocji dobrej nauki zawsze wygra w starciu z chęcią zemsty i upokorzenia.
Jakież było więc jego zdziwienie, kiedy przyszły dwie  zupełnie sprzeczne recenzje. W jednej recenzent opisywał pracę jako wybitną, wkazywał na właściwie dobrane metody badań, rzetelnie poprowadzony proces badawczy, triangulacje, współczynniki, korelacje, kowariancje i cuda na kiju.
Drugi recenzent wydawał się, jakby czytał zgoła inną pracę. Wskazywał na liczne błędy metodologiczne, niewłaściwie postawione założenia a nawet źle sformułowane pytania badawcze i hipotezy. Konkluzja recenzji była negatywna.

Można było się nie zgodzić z recenzją i próbować ją podważyć. Oznaczało to jednak ogromne problemy i prawdopodobnie pożegnanie z doktoratem. Można było też zastosować jakieś sztuczki proceduralne, trudne do uzasadnienia, ale jednak możliwe przy odrobinie dobrej woli rady wydziału. Aczkolwiek tu czasem i tę odrobinę trudno było uzyskać. Można też było przepisać pracę na nowo, wraz ze zmianą założeń, problemów badawczych i hipotez, czyli z wysokiego, szczupłego bruneta zrobić niską, korpulentną blondynkę. Pozostawała jeszcze kwestia pierwszego recenzenta- jak on zareaguje na totalną przeróbkę pracy, którą ocenił przecież w pierwotnej wersji jako badzo dobrą. Może być różnie- albo obrazi się i sypnie nową recenzję negatywną, albo bedzie udawał, że wszystko jest w porządku. A może też się przekona do całkiem nowego ujęcia tematu.

Negatywna recenzja stała się powodem, dla którego postanowiłem sprawdzić wściekłego diabła tasmańskiego. Kim jest człowiek, który podważa ciężką pracę jednej z najbardziej inteligentnych osób, jakie zdarzyło mi się spotkać w życiu i jednocześnie kwestionuje przytomność promotora o niekwestionowanym dorobku i autorytecie w środowisku.
Był dziekanem na jednym z najlepszych polskich uniwersytetów.  I w zasadzie na tym można by skończyć opis jego kompetencji. Ilość cytowań oraz Index Hirscha przyjmowały wartości mniejsze niż u doktorantki, której pracę oceniał. By też stosunkowo młody, co w zestawieniu z niskim dorobkiem sugerowało, że doszedł do pozycji Dziekana jakimiś dziwnymi nienaukowymi drogami i teraz musiał się niejako wykazać w środowisku, na przykład pisząc kompletnie idiotyczne negatywne recenzje. Z analizy dorobku wynikało również, że praktycznie pozostaje niezany w środowisku międzynarodowym.
Ostatecznie nader zastanawiające było więc  to, kto i dlaczego zaproponował go na recenzenta. Nie mogły to być powody merytoryczne, gdyż zarówno temat nie pasował do dorobku naukowego, jak i znaczenie tego dorobku było mizerne. Piastowanie stanowiska Dziekana jednego z lepszych uniwerków chyba też  nie mogło być wystarczającym powodem.
Zatem?
Jedyne co mi przychodziło do głowy to brudne uniwersyteckie rozgrywki skorumpowanych moralnie koterii profesorskich. Od dawana słyszałem, że Profesor miał w środowisku wielu wrogów, którzy życzyli mu jak najgorzej. "Odpowiednio" dobrany recenzent wpisuje się w szerszą koncepcję niszczenia autorytetu. Ofiary w postaci doktorantek, złej opinii instytutu lub wydziału, całego tego odium i kombinacji, nie mają specjalnego znaczenia. Ważna jest demonstracja siły i pokazanie miejsca w szeregu. Dzikość bandy. Wściekłość psów. Kibolski prymitywizm ukryty pod białymi kołnierzykami i aksamitnymi rękawiczkami.

Wszystko to na oczach Wielkiej Rady Doskonałości Naukowej, której członkowie czasem nawet publicznie piętnowali niewłaściwe praktyki w zakresie promocji naukowych. Nigdy jednak publicznie nie byli w stanie zwrócić się przeciwko koledze.

A co dalej z pracą? Zgwałcona i przerobiona została w nowej wersji wysłana do tych samych recenzentów.


środa, 29 lipca 2020

Nominat

Miałem sporo szczęścia. Wszedłem do budynku i w tym momencie na tablicy pokazał się mój numerek. Mogłem natychmiast wejść do pokoju, żeby zamówić i odebrać jednocześnie dokument. Gdzieś głęboko we mnie tkwił irracjonalny lęk przed urzędami i urzędnikami, pochodzący jeszcze z czasów PRLu, kiedy każde biuro i jakakolwiek władza były elementem systemu opresji.  Obawiałem się chyba, że ten powrót do dawnych czasów, kiedy urzędnik mógł wyrzucić za drzwi z powodu błahostki, jest całkiem możliwy. I choć było to już kilkadziesiąt lat temu, dla mnie działo się cały czas
Po wejściu zastał mnie dobrze znany widok. Dwóch urzędników siedziało na swoich miejscach i obsługiwało jednocześnie 2 stanowiska. Miejsce obok mnie było akurat nie wiedzieć czemu wolne, więc byłem chwilowo jedynym petentem. Urzędnik wziął do rąk moje wnioski (dla całej rodziny) i poprosił o dowód. Zapytałem o który, bo nie wiedziałem, który wniosek akurat ma w ręku. Jednocześnie w tym samym momencie położyłem przed nim wszystkie. "Jak to który?"- odparł zimnym, nerwowym, podniesionym głosem.  W tym momencie zauważył położone przed nim dokumenty i wrzasnął "A dlaczego posługuje się Pan nie swoim dowodem osobistym? To przestępstwo!" Po czym wziął do ręki mój dowód sprawdzając dane i zapytał już innym tonem- miłego, grzecznego urzędnika, służącego obywatelom o jakąś mniej istotną informację.
Zatkało mnie. W jednej chwili poczułem się właśnie jak w PRLu kiedy wydzierali się na mnie rurzędnicy, traktowali jak śmiecia a krawężnik był bobiem. Z trudem wykrztusiłem z siebie odpowiedź i zacząłem myśleć, co mam o tym mysleć.
Z takim bezczelnym zachwowaniem nie spotkałem się już od wielu lat nawet w najbardziej zepsutych instytucjach jak urząd skarbowy albo ZUS.
Urzędnik spokojnie wpisywał coś do komputera, jakby nigdy nic.
"Jeżeli to przestępstwo to powinien Pan zadzwonić na Policję" odparłem, powoli wracając do przytomności, kiedy zaczął ze mnie po trochu spływać PRLowski lęk chłopa pańszczyźnianego.
"Trzeba zadzwonić" odparł urzędnik tonem bardziej zbliżonym do groźby, nie przerywając swoich czynności.
"Więc niech Pan zadzwoni"- teraz już byłem pewny, że gada głupoty i że nie przeniosłem się jednak w czasie do chamskiego, ordynarnego PRLu.
"Trzeba zadzwonić"- powtórzył urzędnik, nadal nie przerywając pracy.

Przygotowywanie dokumentu jeszcze trawało kilkadziesiąt sekund.

W tym czasie zastanawiałem się, co zrobić albo powiedzieć.

Mogłem wdać się w dywagacje na temat roli urzędnika państwowego, ale jakiś czas temu służba cywilna została rozmontowana dokumentnie i nie można się było juz odwoływać do żadnej etyki pracy urzędniczej. Porażka.

Mogłem nic nie mówić i przełknąć traktowanie jak śmiecia. Porażka.

Mogłem też mu rozbić ten głupi krzesłem, na którym siedziałem, albo przynajmniej sprawić trwałe uszkodzenia. Miałem na to straszną ochotę. Jestem silny i szybki, więc nie byłoby z tym problemu. Gorzej z konsekwencjami- zatrzymanie, tłumaczenie się.  Ulżyło by mi, on by dostał na co zasłużył, ale ja bym poniósł jakieś tam konsekwencje. Choćby i niewielkie bo jestem psychiczny i mam na to papier, ale jednak. Satysfakcja ale i porażka.

Urzędnik podał mi komplet dokumentów.

Wyszedłem trzaskając drzwiami. Ani be, ani me, ani kukuryku. Jak z obory. Szybkim, energicznym krokiem opuściłem lokal i budynek, myśląc o tym, jakiej wścieklizny właśnie dostał ludzki pan żywcem wyciągnięty z PRLu.



środa, 15 lipca 2020

Inspirowane znajomością ze snu

Cały czas szukałem sensu, nie wiedząc o tym, że to najważniejsza aktywność. Że w kategoriach ostatecznych tylko szukanie sensu ma sens. Na początku, wypełniony radością beztroskiego koziołka, chłonąłem świat. Zbyt bezmyślny, bo pijany radością życia, czerpaną z czystego źródła, tarzałem się w smakach, zapachach, dźwiękach, obrazach. Zbyt bezmyślny, żeby pojąć.

Gdy trzeba było budować pozycję, też jeszcze nie byłem w stanie dostrzec istotnego, ukrytego przed niecierpliwymi, pod powierzchnią plewy i blichtru. Może nie byłem dość bystry, przenikliwy a może po prostu zbyt zajęty sobą i skoncentrowany na drobiazgach. Okruszkach niezbędnych by wieść mniej lub bardziej dostatnie życie. Im bardziej się na tych drobinach koncentrujesz, tym bardziej komfortowe życie wiedziesz. Ale umyka ci istota. Jesteś nażarty ale bezmyślny. Coś za coś.

Dopiero na starość zdałem sobie sprawę w co gram i z kim. A właściwie to w chwili umierania. Zresztą chwila jest tu swego rodzaju eufemizmem, bo ten czas właściwie rozciągał się paradoksalnie na tygodnie, miesiące, lata. A jakby dobrze policzyć, to przebłyski umierania pojawiały się nieregularnie prawie przez całe życie. Zawsze, kiedy spotykałem się z agresją, niesprawiedliwością czy bezinteresowną zawiścią. Można więc przyjąć, że w pewnien metafizyczny sposób umieramy/ lub jesteśmy zabijani przez całe życie. A nasi prywatni zbrodniarze pozostają bezkarni.

Teraz, kiedy pozbierałem te inne drobiny, mogłem wreszcie złożyć całość. Tą iskierką, która wywołała biograficzne poruszenie było zdjęcie kobiety, które pierwszy raz zobaczyłem we śnie. Na starej fografii z lat 70. ubiegłego wieku, z ząbkowanymi brzegami, widziałem twarz i ramiona starszej pani, o okragłej buzi, otoczonej blondlokami, uśmiechającej się szeroko, z niebieskimi oczami, z których wyzierał chłód nieskończonej odchłani, bezdennej pustki, urazy, resentymentu.  Wtedy jeszcze nie kojarzyłem tak dobrze. Dopiero kiedy obraz się pojawiał częściej- najpierw nieregularnie, jakby przypadkowo, potem z dokładnością szwajcarskiego zegarka, budząć mnie o północy, aż do natrętnych objawień nawet na jawie i w malignie- zdałem sobie sprawę, że jednak znam tę kobietę. Że kiedyś ją spotkałem na jakichś zajęciach z seniorami. Przypominało mi się początkowe rozżalenie i opór, który po fajerwerkach głupoty prostactwa fałszywych przyjaciół, zmienił się niespodziewanie w zrozumienie, współczucie, wybaczenie, czułość i komunię dusz.

Musiało znowu upłynąć trochę wody, żebym pojął, że za tą realną/ nie-realną kobietą, która zmarła jakiś czas temu a teraz tak ostentacyjnie domaga się atencji, stoi coś więcej. Zawoalowane zaproszenie w zaświaty.

I wtedy ustały natręctwa. Jak ręką odjął. A ja zrozumiałem, ze te wszystkie cięgi były po to, żeby utracić trzymające mnie świata doczesnego więzi. Umieramy, kiedy nie możemy się pogodzić, kiedy nie wyrażamy zgody, kiedy mamy dość. To właściwe odejście ma miejsce, kiedy już wiemy, że nic tu po nas, w krainie opanowanej przez łotrów, w której najbliżsi będą musieli stanąć do boju bez wsparcia, bo abdykowaliśmy. Trzeba tylko bardziej nie pragnąć niż pragnąć. Niektórzy nazywają to obojętnością a inni nirwaną. Ja- odpuszczeniem.

niedziela, 5 lipca 2020

Niewyobrażalnie realne

Właściwie to nic się nie stało.

Po 5 godzinach sprawdzania pracy, gdzieś około 2.30 poddałem się ostatecznie. Praca nie nadawała się do poprawy. Od czasu do czasu dostawałem takie, które wyglądały dziwnie i szokująco, łamiące wszelkie standardy naukowości i lekceważące reguły języka polskiego. Ta jednak była szczególna.  Przysłana po raz 4. Zmieniona tylko tam, gdzie sam wcześniej zmieniłem, z potworami wygrzebującymi się z każdej strony, prawie z każdego zdania. Czasem przez kilka minut starałem się dociec, co autor miał na myśli, żeby zaproponować zmianę wyrazu, zdania, akapitu. Czegokolwiek. 5 godzin bólu, przeszywającego do głębi na widok gwałtu dokonywanego na języku, takiego bólu jak czytasz 'błont' albo 'muj". Jak nożem w mózg przez serce.
Kiedy już zdecydowałem o kapitulacji i wysłałem maila, potwierdzającego autorowi po raz kolejny, że praca się do niczego nie nadaje. Z ciężkim sercem zgwałconą wrażliwością poszedłem spać.
Następnego dnia dostałem życzliwy telefon od osoby trzeciej, aczkolwiek z kręgu tych dobrze zorientowanych i bliskich kręgu władzy, która poprosiła, żebym ... może... przekazał pracę komuś innemu.
Nie ma co dywagować. Dobrze się dzieje. Student, co nie jest w stanie samodzielnie sklecić zdania po polsku i nie wiadomo jakim cudem napisał maturę z języka ojczystego, może zostać przejęty przez kolegę straceńca, który chce się poświęcić. Super! Jest dobrze.

Szybko odezwały się jednak wyrzuty sumienia. Dlaczego kolega ma cierpieć? Skoro student przez kilka semestrów nie był w stanie napisać pracy dyplomowej po polsku to i u niego przecież w ciągu miesiąca nie napisze. A najwyraźniej nie wie on w ogóle, na czym polega język polski, jakimi regułami się rządzi. Pal licho błędy merytoryczne, mylenie Ameryk czy przekręcanie nazwisk najsłynniejszych filozofów ale języka nie da się nauczyć w ciągu kilku dni jak ktoś się nie nauczył przez 20 lat.....
Przesłałem kopię pracy koledze, żeby zobaczył skalę problemu, z czym przyjdzie się mierzyć, bo może nie zdaje sobie sprawy. Może po prostu żal mu sympatycznego studenta, albo ta obrona musi dojść do skutku ze względów... powiedzmy oględnie pozamerytorycznych... Nic nie powiedział.  Może sam został przymuszony, bo bardziej miły i koncyliacyjny...

Wprawdzie nasza dyscyplina została przez prześmiewców zaliczona do nauk równoległych, które dalekie są od światowych standardów uprawiania "prawdziwej" nauki, ale nawet przy obniżeniu maksymalnym standardów i wielkim przymrużaniu oczu, nie można puścić czegoś, co łamie reguły języka polskiego....
Istnieje jeszcze jedna ewentualność. Oto mój kolega będzie siedział teraz całymi dniami i zmieniał zdanie po zdaniu, tak, żeby to jakoś wyglądało. Kiedyś rozmawiałem o tym z innymi i oczywiście takich rzeczy nie powinno się robić, bo ani to samodzielna praca studenta, ani nasz obowiązek ani żadne wychowanie dla młodego, promowanego człowieka.
No dobrze- istnieje jeszcze jedna ewentualność. Student po zmianie promotora jednak ugnie się i nagle dostanie oświecenia oraz napisze (albo da do napisania) stosunkowo dobrą pracę, która może być poddana obronie. Mało prawdopodobne ale jakoś tam realne. Mało prawdopodobne, bo chyba nie po to uciekał ode mnie, żeby teraz zrobić coś, czego nie zrobił przez 2 lata... ale teoretycznie jest taka możliwość. Mało realna realność, jednak potencjalna.
Mimo wszystko teoretycznie istnieje jeszcze jedna możliwość- nowy promotor i dobrany poźniej przez niego recenzent to będą jakieś kompletne porażki intelektualne, których koślawe zdania nie będą w ogóle razić, bo ich własne standardy naukowe są dość niskie. Tej możliwości nie brałem w ogóle pod uwagę, gdyż znając publikacje kolegi, mogłem przypuszczać, że zna reguły języka i nie dopuści do obrony kompletnej żenady, której będzie się musiał wstydzić cały instytut. No i dobierze też raczej właściwego recenzenta, który dziadostwu nie przepuści, bo sam jest porządnym gościem. 
Wszystko to skłaniało do jednego podstawowego wniosku- student się nie obroni w tym rozdaniu a również istnieją duże szanse, że nie obroni się w ogóle.
No chyba, że te 2 lata po absolutorium jednak wykorzysta na intensywną pracę nad sobą i napisze coś wartościowego.

Nie wydawało mi się również możliwe, żeby zmienić promotora po zamknięciu sytemu elektronicznego, bo przecież wystawiłem już ocenę studentowi a później jeszcze Dziekan potwierdził moje obawy, kiedy go wprost o to zapytałem. Więc czeka mnie trudna praca nad charakterem i wychowaneim młodego człowieka oraz nad jego warsztatem naukowym prawdopodobnie przez kolejne 2 lata. Przypomniałem sobie moje przygody z magisterium, kiedy to broniłem pracę właśnie po 2 latach po ukończeniu studiów, bo mój promotor, światowej sławy specjalista w podjętej przeze mnie problematyce, chciał coraz więcej i więcej, aż zabrakło nam czasu. Początkowo się zmartwiłem, ale jak trzeba to trzeba. Poszedłem do pracy, na kolejne studia, nauczyłem się hiszpańskiego i po dwóch latach trochę wymusiłem na profesorze obronę, szantażując go, że już dłużej nie mogę i albo bronimy albo będę powtarzał piąty rok. Profesor zmniejszył oczekiwania a ja obroniłem bardzo dobrze pracę i z dużym bagażem doświadczeń mogłem pomyśleć wtedy o studiach doktoranckich.
Pewnie teraz też będzie podobnie, choć na doktorat raczej mój wychowanek nie będzie miał szans z takim stylem  i niegramotą.

I wtedy przyszła seria akademickich cudów.

Trochę przypadkiem dowiedziałem się od Dziekana, który przekonywał mnie, że zmiana promotora na tym etapie nie jest możliwa, o fakcie, że mój student jednak uzyskał pozwolenie od innego Dziekana, który go zastępował akurat wtedy, kiedy przyszło podanie (sic!).

Potem przypadkiem spotkałem dwóch kolegów, których spytałem czy wiedzą coś o przypadku studenta X, domyślając się, że mogą coś wiedzieć więcej, no bo ja przecież w sumie nic nie wiem- nikt ze mną nie rozmawiał o żadnych kulisach sprawy. Może wtedy bardziej bym zrozumiał o co chodzi. Okazało się, że jeden z kolegów jest recenzentem, ocenia pracę dobrze i w dodatku obrona odbędzie się pojutrze (sic!). Wtedy poczułem zawrót w głowie i lęk, jaki musi odczuwać zaszczute zwierzą, osaczone w kniei przez żądne krwi ogary. Bo teraz już chyba wszyscy byli przeciwko mnie i nawet nie wiem z jakiego powodu.

Taki obrót sprawy może świadczyć o tym tylko, że nie jestem dobrym promotorem i w przyszłości nikt mi nawet nie przydzieli już żadnego seminarium. O przydział się nie martwię, gorzej z opinią niemoty, demiurga, nieudacznika. Nie za dobrze to też świadzy o stosunkach w firmie a studenta nauczyliśmy właśnie kombinowania i omijania prawa. Wykorzystywania sytuacji i wymuszania działań. Bardzo to nieakademickie.

I wreszcie zajrzałem do systemu. Wystawiona przeze mnie ocena zniknęła, podobnie jak student z listy studentów mojego seminarium. Krew buchnęła w tętnice, tak, że podskoczyłem na krześle i omal nie wypadłem. Wyobraźcie sobie, że widzicie jak idzie na was nawałnica. I w następnej sekundzie jesteście już w jej środku. Zrobiło się czarno, ocean deszczu spada z nieba i was topi. Jesteście tylko świadomi jak walą w was pioruny, ale ich nie czujecie. Widzicie swoją śmierć. 

Co dalej?
Klincz. Pat.

Czy mogę zapytać dalej kolegów, co jest grane? Mogę. Ale raz już w międzyczasie próbowałem. I promotor i recenzent zareagowali agresją, z jaką do tej pory się nie spotkałem z ich strony. Chyba nie ma czego wyjaśniać, bo sobie już wyrobili własne opinie. Wiedzą czy nie wiedzą, przywiązani do swoich mikroświatów i swojej indywidualnej, osobistej, autoetnograficznej perspektywy epistemologicznej, wiedzą "lepiej" i nie chcą wiedzieć "gorzej". Mogę mieć jedynie nadzieje, że to nie jest element jakiejś większej gry i że nie chcą mnie wziąć pod obcasik, przecwelować, poniżyć, sponiewierać albo w inny sposób zdominować a potem pluć i śmieszkować przy byle okazji, jak to już raz nowy promotor łaskaw był okazać... przypadkiem ;-)

Czy mogę wytknąć wszystkie formalne zaniedbania i pójść na wojnę z całym światem walcząc o swoje? Efekt z dużym prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością, będzie taki, że narobię studentowi problemów. On i tak  nie jest w stanie pojąć tego wszystkiego, bo nie jest mną te 20 lat temu. Gdyby tak było, to poddał by się wyrokowi i pracował nad sobą a nie nad sytuacją. Koledzy raczej nastawią się przeciwko mnie. Wcale nie będę postrzegany jako ten, co pilnuje standardów, tylko ten, co zwrócił się przeciwko nim pierwszy i który odkrywa to, co powinno zostać zakryte. Jako ten, co w złym świetle stawia swoich. Administracja, nawet jeśli udowodnię jej zaniedbania, tym bardziej poczuje się urażona w swej feudalnej dumie i wszystkie moje żale spłucze odpowiednimi procedurami do szamba opinii wysokiej rangi urzędników, w zastępstwie których decyzje mogą podjąć zawsze inni wysoko postawieni urzędnicy.

Lepiej zapomnieć i modlić się o zapomnienie.

Właściwie to nic się nie stało. Zły śpi spokojnie... Jak się zbudzi to nas zje.

środa, 1 lipca 2020

Karawana

Podróż trwała już tak długo, że zapomnieliśmy skąd wyruszyliśmy i dokąd zmierzamy. Jeżeli ktokolwiek widział w tym sens, to stracił go z pewnością po ostatnim ataku obdartych desperatów- niedobitków z innych karawan, cudem ocalałych po licznych atakach dzikich plemion penetrujących okolice.
Wydawało nam się teraz, że wyruszyliśmy w bezdenną pustkę, podróż bez końca, bez horyzontu, bez punktów orientacyjnych, w bezczas i na dodatek bez rozumu.
Im bardziej tonęliśmy w tej brudnoszarej, lepkiej nicości, tym bardziej zauważaliśmy drobne szczegóły, które przekonywały nas, że toczy się tu życie i nieustanna walka przedziwnych wszechświatów, wypełnionych najprzeróżniejszymi stworzeniami. Boskimi i nieboskimi. Albo nawet diabelskimi. Bo pustynia uśpiona w dzień, ożywała w nocy, jakby chiała odbić sobie tę dzienną martwotę i zmartwychwstawać regularnie, ciągle i ciągle.
Odczuwaliśmy coś w rodzaju lęku, pomieszanego z podziwem i perwersyjnym poczuciem masochistycznego szczęścia, słysząc nocną muzykę piasków i śpiewu stworzeń nocy. Może to był legendarny syreni śpiew i nie miał nic wspólnego z morzem, chyba że tylko z morzem piachu. Mogło to być również tchnienie przeklętego Boga, zeźlonego własną nieporadnością i karzącego gatunek dla zasady, żeby się wyżyć, czy cholera wie po co.
Coraz bardziej obdarci, coraz bardziej wyzuci i coraz bardziej obojętni na ból, pijani pragnieniem i wyczerpani uporem, zbliżaliśmy się do granic wytrzymałości. Powłócząc nogami, usmarkani, obślinieni, oklejeni brudem i potem, śmierdzący wszystkimi możliwymi obrzydliwościami, zbliżaliśmy się do ostatniego oddechu, takiego co niczego nie kończył i miał stać się początkiem kolejnego etapu. Takiego, który mogą przekroczyć tylko byty niematerialne- dusze, myśli, intencje, Erynie.
Dzieło wieńczyła jatka... tzn w większości. Kilka osób padło po drodze i wypluło ostatni oddech prosto w piasek. Większość, która pozostała w jednej chwili postradała zmysły. Potknięcie czy uderzenie zadziałało jak iskra padająca na sierpniowe siano. Ludzie rzucili się na siebie. Ci, co przeżyli i tak umarli z wyczerpania. A dalej popełzły i popłynęły same upiory. Korowód śmierci ludzi pijanych umęczeniem mógłby iść tak dalej w nieskończoność przez wszytkie pustynie tego świata, gdyby nie to, że inne światy też potrzebowały coraz to nowych meczenników podróży, przypadkowych pasażerów, przenikających w różnych wcieleniach i formach ciągle nowe czasoprzestrzenie. A może nawet ciągle te same, zamknięte w jednym wielkim samozapętleniu, odczuwane jako nowe tylko dlatego, że odbierane przez nowe wrażliwości.

piątek, 17 stycznia 2020

Niepamięci

Zdarzało mi się to już wcześniej. Dość regularnie od pewnego czasu. Najczęściej wtedy, gdy tak głęboko pogrążyłem się w myślach, że zapomniałem o całym świecie. Najczęściej też podczas jazdy: pociągiem, tramwajem, autobusem lub podczas prowadzenia auta. 
W tym ostatnim przypadku było najgorzej, bo kiedy budziłem się z letargu i wracałem do rzeczywistości, nie od razu byłem w stanie uchwycić związek między mną a światem. Potrzebowałem nieco czasu, żeby się zorientować, gdzie jestem i dokąd jadę. O ile miejsce i to kim jestem, byłem w stanie zidentyfikować dość szybko, o tyle cel podróży zwykle zdawał się ulotny przez kilka a nawet kilkanaście minut. Rozsądnym rozwiązaniem zdawało się zatrzymanie na poboczu i wyczekanie momentu, kiedy powróci świadomość, ale znacznie wygodniejsze było płynięcie w strumieniu innych aut, otulony mglistym i złudnym poczuciem nadziei, że pamięć szybko powróci.  I jak do tej pory zawsze wracała. Zawsze zanim pojawiła się konieczność zmiany kierunku. Trzeba było tylko pokonać niewygodne poczucie zagubienia, skoncentrować się i cierpliwie poczekać. 

Tym razem było jednak inaczej. Przede wszystkim utknąłem w tej mojej regularnie narzucającej się niepamięci. Kiedy część świadomości połączyła się z ciałem, pamiętałem już tylko siebie od tej właśnie chwili wybudzenia. I tak jechałem przez miasto, nie mając seledynowego pojęcia dokąd. Nieco przyjemne poczucie zagubienia zaczęło się zmieniać stopniowo w lęk i coraz wyraźniejsze, a wreszcie przytłaczające przerażenie, wypełniające lędźwie, trzepoczące się niczym motyle w biodrach, pośladkach i podbrzuszu. Nieustępliwe, szamoczące się, promieniejące w stronę ramion, płynące niczym fluid w stronę mózgu, skroni, czoła, ściskające obręcz barkową i tłumiące oddech. Jakby kowal wyciskał miech.

Lęk narastał wraz ze świadomością, że wciąż mijam kolejne skrzyżowania, nie mogąc przypomnieć sobie dokąd jadę. Może już przejechałem a może powinienem skręcić właśnie teraz. No i co będzie jak już utknę na dobre w niepamięci? Jakie ważne obowiązki nie zostaną wypełnione? Jak bardzo niemiłe będą dla mnie konsekwencje? Bo że będą fatalne to nie ma wątpliwości. Kto jeszcze ucierpi i jak bardzo?
Po pewnym czasie zacząłem odczuwać fizyczną pustkę w głowie. Brak części mózgu. Jakby ktoś wyrwał. Nieobecność części mnie. Tę pustkę wypełniło odczucie powiewu strumienia zimnego powietrza. Uczucie podobne do podmuchu w odsłonięty nerw zęba lub przedmuchiwania przez zatokę i dziurę w szczęce. Przedziwne doświadczenie czegoś fizycznego i niezwykłego, czego mało kto w życiu był w stanie doświadczyć. Takie, które zbliża do śmierci i niebytu, choć wszystko jeszcze zdaje się być żywe i funkcjonalne. Jak zdekapitowana głowa, która jeszcze widzi i słyszy ale już nie ma nad niczym kontroli i może tylko niepotrzebnie notować w gasnącej świadomości i poczuciu odchodzenia w niebyt. 

Gdyby porzucić te wszystkie wątpliwości, co do wydarzeń, które być może nigdy nie nadejdą, to byłby to rodzaj nirwany. Stan kompletnego, świńskiego i nieświadomego szczęścia, w którym wystarczy być i odczuwać. Z zaspokojonymi wszelkimi pragnieniami podstawowymi. 
Szczęście dziecka, które jeszcze nieświadome trudów dorosłego życia; prostego człowieka, co nie rozumie i nie chce rozumieć; pijaka nadętego ciepłem i mocą; gastarbeitera na socjalu. Nieświadomego, nieuczestniczącego, nieinteresującego się, nieaktywnego konsumenta, nażartego i opitego niczym świnia. Zaobroczonego i zafutrowanego. Nurzajacego się w świecie, lecz zanurzonego w kondomie błogości, który oddziela od prawdy i bólu. 

Tak by mogło być, gdyby nie narastające przekonanie graniczące z pewnością, że tym razem już sobie nie przypomnę i że utknę w niepamięci na zawsze, nie będąc w stanie rozpoznać bliskich i nie mając szans na pożegnanie się z najpiękniejszymi chwilami życia. Nie wiedząc, czy w ogóle były jakieś chwile warte wspomnień.


sobota, 7 grudnia 2019

Dzieje projektu

Kiedy dostałem zaproszenie do udziału w projekcie, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że należy skorzystać z nadarzającej sie okazji. Oto pojawiła się szansa na zrobienie czegoś dobrego, co będzie służyło specyficznej, defaworyzowanej grupie beneficjentów. Ciekawy temat, dużo pracy i tylko jedno "ale" w postaci "opieki" administracji uniwersyteckiej. To małe "ale" mogło przerodzić się zawsze w ogromny znak zapytania, więc po raz kolejny i kolejny trzeba było przeanalizować wszystkie za i przeciw. Moja znajomość funkcjonowania biur i urzędów, departamentów i referatów, nie pozostawiała złudzeń co do tego, że łatwo nie będzie, ale w końcu miałem do dyspozycji cały dział, który cieszył się dużą autonomią i w ramach statutowej działalności mogłem jeszcze wiele dokonać. 
Pech chciał, że wkrótce musiałem pożegnać się ze stanowiskiem kierowniczym i zadowolić obowiązkami skromnego  szeregowca w innym Wydziale.
Po kilku miesiącach mój projekt został zaakceptowany i otrzymałem dofinansowanie na bajeczną dla mnie kwotę. Takiego dużego grantu jeszcze nie zdarzyło mi się realizować, choć moje doświadczenie w tym zakresie było tak bogate, że sam Rektor mógłby mi pozazdrościć. Ale po raz kolejny trzeba było się zastanowić. No bo przecież teraz już nie jestem szefem i nie mam do dyspozycji całego działu. Będę musiał obliczać, planować, rozliczać, zestawiać i wykonywać sam albo przynajmniej nad wszystkim czuwać, kontrolować i dbać o efekty, jak mi się uda w ogóle znaleźć jakąś dobrą duszę, co zechce pomóc mi nieść ten mój krzyż. 
Po kolejnych długich rozmyślaniach, burzliwej korespondencji z koordynatorem projektu, nieskończenie długim ustalaniem warunków wstępnych, który to proces był co i rusz przeplatany naradami w Gmachu Głównym popełnianymi z rektorami, kanclerzami, finansistami, starszymi i młodszymi radcami, kierownikami, dyrektorami, przedstawicielami, odpowiedzialnymi, pełniącymi obowiązki, referentami i jeszcze innymi przedstawicielami (którzy nie byli tymi samymi przedstawicielami co ci wymienieni poprzednio), udało się trochę zmniejszyć moje obawy.
Kiedy już byłem zupełnie znieczulony, okazało się, że rektor odpowiedzialny za prowadzenie tego projektu się rozchorował a tu trzeba było właśnie wyjechać w delegację na pierwsze spotkanie projektowe. 
Kiedy poszedłem do drugiego rektora, odpowiedzialnego za tego pierwszego, ten długo tłumaczył się zawstydzony, że on może wprawdzie podpisać mi delegację, ale będę musiał i tak iść po pieczątkę do Działu Współpracy z Krajami Bałkańskimi, tylko, że ten pokój jest teraz zamknięty, bo właśnie mają Dzień Serbski i wszyscy wyjechali na specjalne spotkanie Prezydenta Miasta z Wicekonsulem Honorowym Republiki Serbskiej ale może cudem ktoś tam jeszcze został i jak on podejdzie ze mną i zapuka cichutko specjalnym szyfrem to może ktoś się zorientuje, że to on Najważniejszy  i nas wpuszczą. Oczywiście może się zdarzyć, że z jakiegoś powodu zabrali z sobą pieczątkę na imprezę i te nasze kombinacje na nic się zdadzą. Ale zawsze można spróbować.
Jak powiedział tak zrobił. Nadal podszedłem do sprawy z pewną nonszalancją, ale skoro już zaszedłem tak daleko to mogę zrobić kolejny krok. Na (nie)szczęście wszystko się powiodło i następnego dnia siedziałem już w samolocie do Belgradu.
Współpracownicy w nowym projekcie okazali się dość sprawni. Do tego zbudowałem sobie całkowicie nowy zespół badawczy, zależny tylko ode mnie, z którym dość szybko ustaliłem zakres prac i priorytety.

Po mniej więcej pół roku  dostałem informację z Gmachu Głównego, że jeden z moich poprzednich projektów nie może zostać rozliczony z powodu przekroczenia limitu finansowego kosztów. Nie bardzo wiedziałem, co to oznacza ale jak już dotarłęm na miejsce, okazało się, że mogę braki finansowe pokryć z nadwyżek finansowych z innych projektów, które zostały do mojej dyspozycji jako kierownika grantów. Jednocześnie Pani Referent poinformowała mnie, że to ostatni raz, ponieważ Pani Kwestor "czyści konta" i zamierza zagarnąć całą kasę, która sobie spokojnie leży na rachunku mojego dawnego działu i nie ma konkretnego przeznaczenia.
To mi dało do myślenia. Jeśli Kwestor/ Rektor/ Referent czy inny Kierownik Dyrektora zabiorą mi pieniądze, którymi mogłem do tej pory dość swobodnie dysponować jako Szef Działu i kierownik grantów, to skąd wezmę na pokrycie kosztów własnych realizowanego właśnie projektu, które są przecież niemałe, bo ok. 150 000 zł., a które trzeba pokryć, żeby zrealizować grant zgodnie z umową.
Hmmmm.....
Następne godziny spędziłem na dyskusjach z Panią Referent skąd się wzięło naliczenie przekroczenia kosztów w zakończonym projekcie. Okazało się, że nie uwzględniłem kosztów ZUS, składek i jeszcze jakichś drobiazgów, które powinny być aksięgowane zgodnie z ustawą o rachunkowości, a których to kosztów pracodawca- czyli Gmach Główny, nie zamierza pokryć, bo i dlaczego miałby to zrobić.....
Stąd wypływał kolejny wniosek- trzeba zweryfikować wszelkiego rodzaju umowy do realizowanego właśnie projektu, żeby koszty tych ZUSów, składek i innych popiwków łącznie nie przekroczyły kwot zdefiniowanych w grancie.
Hmmmmmmm........
Ale i tak pozostaje problem wkładu własnego........
Postanowiłem zabezpieczyć się pisząc Czynny Żal, skierowany do gmachu Głównego i Pani Kwestor osobiście, z załączoną prośbą o zabezpieczenie pieniędzy, które zarobiłem w dotychczas zrealizowanych grantach na poczet realizowanej właśnie umowy.
Niestety po dwóch tygodniach dostałem telefon od Pani Referent, że Pani Kwestor nie wyraża na to zgody.

Cóż robić! Można rzucić umową i przestać realizować grant ale wtedy muszę się liczyć z poważnymi międzynarodowymi perturbacjami, rzucaniem kalumni na mnie jako kierownika grantu, obrzydzaniem mi życia przez administrację i krzykami pełnymi pogardy każdego najmniejszego instytucjonalnego ciury. Rzucenie roboty w połowie jakoś mi tak nie pasowało również do mojej osobistej etyki pracy.
Wybrałem drugi wariant. Poprosiłem o kopię pisma z odmową, w którym była wyszczególniona kwota potrzebna mi na pokrycie kosztów oraz numery projektów zrealizowanych przeze mnie wcześniej.

Rok po skończonym projekcie, kiedy wszytko już zostało rozliczone dawno przez koordynatora, kasy i Młodszych Referentów, otrzymałem znów telefon z Gmachu Głównego. Pani Referent nie mogła za bardzo dojść, które kwoty do czego przypasować i wychodziło jej, że powinienem zwrócić do kasy uniwersyteckeij 250 000 albo wskazać źródło, z którego można pokryć ten brak. Wyraźnie przy tym sugerowano, że jeśli nie ma skąd pokryć to powinienem się udać do Dziekana Wydziału, w którym obecnie pracuję i poprosić go o pokrycie. W dodatku sprawa jest pilna, ponieważ Pani Referent chciałaby zamknąć sprawę rozliczeń definitywnie przed sezonem urlopowym.
Oczami wyobraźni widziałem już minę Dziekana, którego proszę o pokrycie... braków finansowych, o których on nie ma seledynowego pojęcia, w projekcie, który był realizowany nie przez jego wydział.
Postanowiłem jeszcze przyjrzeć się przysłanym wyliczeniom i zestawieniom cyferek, choć mogłem się spodziewać, z czego one wynikają.
Zestawienie wpływów i wydatków otrzymałem już w trakcie wakacji. Sprawa była dość prosta. Z wyliczeń wynikało, że nie została zaksięgowana część przelewów.
Po odesłaniu moich obliczeń już  następnego dnia, musiałem sobie poczekać kolejne kilka miesięcy na odpowiedź. Dostałem nowe zestawienie z uwzględnionymi wszystkimi przelewami ale i nowymi kwotami wydatków projektowych, co spowodowało, że "dług" nadal wyglądał na 250 000,- Pani zadzwoniła do mnie i poprosiła o możliwie szybkie sprawdzenie, bo chciałaby zamknąć sprawę przed końcem roku kalendarzowego (grudzień nas nieco zaskoczył).
Odesłałem natychmiast dokładne wyjaśnienia.

Po kilku miesiącach otrzymałem kolejny telefon. Pani Referent nie mogła za bardzo dojść które kwoty do czego przypasować i wychodziło jej, że powinienem zwrócić do kasy uniwersyteckiej 250 000 albo wskazać źródło, z którego można pokryć ten brak. Wyraźnie przy tym sugerowano, że jeśli nie ma skąd pokryć to powinienem się udać do Dziekana Wydziału, w którym obecnie pracuję i poprosić go o sfinansowanie. W dodatku sprawa jest pilna, ponieważ Pani Referent chciałaby zamknąć sprawę rozliczeń definitywnie przed początkiem wakacji/ sezonu urlopowego.
Poczułem się nieco dziwnie.

Po przejrzeniu rachunków doszedłem do wniosku, że moje wyjaśnienia nie zostały wzięte w ogóle pod uwagę.
Zadzwoniłem do Pani Referent i wyłuszczyłem jej w krótkich żołnierskich słowach, że jeśli nie wezmą pod uwagę moich uwag, to nie będę mógł niczego podpisać ani na nic się zgodzić. 
Najpierw trzeba wziąć pod uwagę moje wyliczenia, z których wynika, że braki wynoszą 150 a nie 250 000 a następnie zamierzam poprosić Panią Kwestor, aby to ONA osobiście wskazała skąd mamy teraz pokryć braki, które były ujęte wcześniej w założeniach projektu i na których pokrycie z zaplanowanej przeze mnie rezerwy nie wyraziła zgody.

Mija kolejny rok. Kończy się kolejny okres rozliczeniowy. Ja nadal nie mam odpowiedzi.

piątek, 9 sierpnia 2019

Burza

Długo przebywałem poza domem rodzinnym i po powrocie mogłem spojrzeć na niego już z zupełnie innej perspektywy. Wracając, czułem się częścią tej rodziny, skrywających wiele tajemnic i tonącej w niedopowiedzeniach, a jednocześnie poza. Tym samym zyskałem perspektywę głębokiego wglądu we wszystko, co się działo, bo rozumiałem znaczenie drobnych gestów i przemilczeń a jednocześnie, dzięki swojemu uniwersyteckiemu przygotowaniu mogłem odczytać dodatkowe znaczenia, o których nie mieli pojęcia domownicy, ale nie mieli również pojęcia, że tak łatwo zdradzają swoje intencje. 

Jako pierwszą spotkałem babcię Żorżetę, która nadzwyczaj pięknie się starzała. Zawsze elegancka i  nienagannie ubrana, jakby miała wyjść na przyjęcie lub w gości. Powitała mnie wylewnie, z niezakłamaną sympatią. Do matki i ojca nawet nie zajrzałem, bo wiedziałem, że jest im wszystko jedno, czy przyjechałem i że zwyczajowo powitają mnie pustym, chłodnym wzrokiem, bez wyrazu, jakbym był przelatującym obok domu liściem. Rzuciłem więc plecak w kąt i wyszedłem odwiedzić znajomych. Zanim jeszcze zdążyłem wyjść, pięcioletni siostrzeniec rzucił się na niego i zaczął rozbebeszać, szukając ukrytych zabawek i słodyczy. 
Wychodząc spotkałem ojca, który stał pośrodku sadu, w lekkim rozkroku, podparty pod boki, palący fajkę i z sumiastym wąsem. Mrużył oczy i przyglądał się dachowi krytemu eternitem. Tylko  rzucone przez ułamek sekundy w moją stronę spojrzenie, świadczyło o tym, że mnie w ogóle zauważył.

W drodze do domu złapała mnie burza z piorunami. Kiedy dotarłem na miejsce, zastałem inny zgoła widok. Dach już z daleka wyglądał na zrujnowany. A kiedy wszedłem na poddasze i wkroczyłem do pokoju babci Żorżety, zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy: starą kobietę z rozczochranymi, brudnymi, klejącymi się tłustymi włosami, w równie starej, niezmienianej od tygodni pościeli, z różnobarwnymi plamami na sienniku. Wiedziałem, że w pokoiku obok mieszka wuj Roman, który czasem pomagał babci w pozbieraniu się i odpicowaniu, ale nigdy nie przypuszczałbym, że ta nadzwyczaj elegancka kobieta może mieszkać w takim chlewie. Przez powiększającą się szczelinę w dachu woda lała się do pokoju strumieniami, spływając następnie po schodach na dół. 

Po metalowej, rdzewiejącej drabince wszedłem na dach i stanąłem na murze pośrodku mroku strzępionego błyskawicami. Stał tam już ojciec, który szacował skalę zniszczeń, równie niewzruszony jak wcześniej, kiedy go widziałem w sadzie. Powiedział, że jak chcę dłużej zostać, to muszę naprawić dach. Popatrzyłem na to, co zostało z pokrycia domu. Eternit zmieszany z papą i resztkami karpiówki niewiadomo skąd, powierzchnie zachodzące na siebie, dziury i szczeliny po całości. Część przesunięta poza granice murów, część dyndająca-  tylko czekać kiedy się oderwie i runie. Przez szczeliny z góry widać było spokojnie śpiącego wujka i zawodzącą babcię. Dwa oddzielne, nieprzystające do siebie światy.

Kiedy schodziłem, spotkałem siostrę przyrodnią Edytę. Wyszła kompletnie naga, świecąc mi biustem po oczach. Wiedziałem, że to prowokacja, wynikając z jej konfrontacyjnej natury. Zalała mnie potokiem słów, w którym występowało mnóstwo  trudnych wyrazów, mających świadczyć o tym, że ma rację. Miała "uroczy" zwyczaj prezentacji kompletnej pogardy dla reguł języka polskiego. Im dłuższy był jej wywód tym bardziej skomplikowany i absurdalny. Wielokrotnie złożone zdania i zupełnie szalone zestawienia niepasujących do siebie słów miały dowodzić  głębi wypowiedzi. Tymczasem dla osób wykształconych, orientujących się w znaczeniach, większość tych zestawień nie miała sensu. Dowodziła w efekcie raczej jakiejś "głąbi". Zrozumiałem z tego tyle, że Edyta chciała się kłócić ze mną  i stała po stronie ojca. Zanim skończyła mnie zalewać kolejna fala pseudouczonego bełkotu- obudziłem się.

Byłem na wykładzie z pedagogiki ogólnej a profesor właśnie prowadził dyskusję sam ze sobą, czy lepsze jest wychowanie w zależności, pod kloszem, zabezpieczające, czy trzeba dzieci jak najszybciej  zderzać z rzeczywistością i pozawalać się im usamodzielniać poprzez wychowanie niezależne. 

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że podobne rzeczy słyszałem od Edyty. Uświadomiłem sobie, że  chodziło jej o to, żebym zawsze słuchał ojca i nie wkurzał go.
Ja widziałem to zawsze inaczej. Dla mnie dom był miejscem, które powinno dawać oparcie i bezpieczeństwo. Takim, w którym możesz dobrze wypocząć i do którego zawsze chcesz wrócić a nie uciekasz jak najdalej. Jednocześnie nie wykluczało to dawania dzieciom swobody, żeby jak najszybciej mogły wyfrunąć z gniazda i zbudować własne domy. 
Postanowiłem, że mój dom będzie inny. Nie taki, którego rozszczelni jakakolwiek burza.Bez względu na to do jakich wniosków w końcu dojdzie profesor prowadzący wykład.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Wizytanci

Pierwszy raz spotkałem go, będąc jeszcze dzieckiem. Miałem 10 lat i klęczałem skulony na ławie w kuchni, przed oknem. Była grudniowa noc, około Bożego Narodzenia, więc mrok zapadał dość szybko. W chacie żar buchał z rozpalonego pieca i przyjemne, rozleniwiające ciepło rozlewało się na całą izbę. Zatopiony w półmroku obserwowałem jak rodzice krzątają się przy wieczornych, typowych gospodarskich obowiązkach. W oborze naprzeciwko okna zobaczyłem matkę wychodzącą z wiadrem mleka i zmierzającą w prawo, w stronę  świniarni. 
Po lewej stronie najpierw zatrzeszczała brama i poruszył się płot a następnie otwarła uliczka, przez którą wszedł cielak wielkości krowy, przystanął przy wejściu do obory, obok zaspy śniegu i spojrzał w moim kierunku. Nie tylko jego wielkość była dziwna. Po pierwsze- nie mieliśmy żadnego cielaka. Po drugie jego kształt był rozmyty. Nie mogłem dostrzec wyraźnie konturów, pomimo jasno świecącego księżyca- wydawało się bardziej, że ktoś udaje cielaka, albo jakieś inne zwierzę. Ktoś okryty wielkim prześcieradłem, kto mnie chce nastraszyć. Ale kto miałby mnie straszyć na moim własnym podwórku i dlaczego? Do dziś zostało mi wrażenie mrożącego lęku- przenikającego głęboko i powodującego, że dusza kurczyła się ze strachu i zapadała w sobie. 

Drugie spotkanie miało miejsce, kiedy służyłem przymusowo w gospodarstwie u Niemców podczas wojny jako koniuszy, a czasem stangret albo i zwykły parobek. Miałem wtedy 17 lat. Bauer kazał mi zaprząc konie do kolaski i odwieźć znajomego do domu. W drodze powrotnej przyczepił się do mnie duży, biały pies. Biegł razem z powozem. Raz przed końmi, raz z lewej, raz z prawej. Kiedy kolejny raz zbliżył się do kolaski i zrównał ze mną- śmignąłem go znienacka batem z całej siły i wszystko mi niespodziewanie zgasło. Obudziło mnie batożenie i pomstowanie bauera, który rzucał wszystkimi niemieckimi przekleństwami, jakie tylko zdążyłem poznać podczas pobytu w folwarku. Udało mi się uciec i schować za spichlerze. Z rozciętą głową, wybitym okiem, zakrwawiony i roztrzęsiony, odczekałem aż minie mu złość i będę mógł wrócić do swoich obowiązków. Jak się później dowiedziałem- konie same mnie przywiozły nieprzytomnego a ja na podwórku spadłem z kozła i wylądowałem w zaspie. Tam mnie znalazł bauer i próbował ukatrupić. Na szczęście potrzebował parobków i nie wydał gestapo.

W latach pięćdziesiątych, kiedy już się ożeniłem i miałem dwójkę dzieci, doszło do kolejnego zdarzenia.  Teść w posagu dał córce kawałek ziemi, na którym się pobudowaliśmy po ślubie. Ziemia była goła i nieurodzajna, ale pracowałem cały czas, nawet nocami, żeby mieć swoje. Drzewa jednak rosną wolno a węgla nie można było dostać, więc zaprzągłem konia i pojechałem pozbierać trochę drewna na opał do pobliskiego lasu. Załadowaną furmankę zatrzymała milicja, bo sąsiad ormowiec zaszpiclował. Zaczaili się przy drodze i na mnie czekali. Za przywłaszczenie mienia  wsadzili na 24 godziny i pod sąd. W sumie kosztowało mnie to 2 lata odsiadki, ale to 24 godziny aresztu były najtrudniejsze. Umieścili mnie z innym nieszczęśnikiem w nieogrzewanej izbie w starym dworku, przerobionym na areszt. Zdaje się, że w piwnicach były katownie UB, ale wtedy nic spod podłogi nie dobiegało. Nakryliśmy się derkami, co nam dali i poszliśmy spać. Około północy obudził nas straszny łoskot, jakby ktoś przetaczał nad nami wielką kulę z jednego końca pokoju na drugi. Wyciągnęliśmy zapałki i ze znalezionych starych gazet ukręciliśmy coś w rodzaju knota. Kiedy pojawiło się trochę światła, łoskot natychmiast ustał. Kiedy zgasło światło- rumor był tak głośny, że nie dało się spać. Jakby ta kula miała przebić sufit i spaść prosto na nas, przygnieść nas i zabić. Nie było więc wyjścia. Wyszukaliśmy w izbie cokolwiek dało się palić i paliliśmy po kolei. Rano przyszli strażnicy, bardzo zdziwieni, że wytrzymaliśmy całą noc. Nikomu wcześniej się to nie udało. Powiedzieli nam, ze dom był nawiedzony, bo ktoś fałszywie oskarżony powiesił się w tej celi, w której byliśmy osadzeni. 

Dzisiaj umieram na raka. Minęło ponad pół wieku od naszego pierwszego spotkania. On stoi w kącie pokoju, widoczny tylko dla mnie. Byt na granicy rzeczywistości i omamów. Sam nie należy do żadnego z tych światów, a ja go widzę tak dobrze jak on mnie. Wpatruje się i najwyraźniej na coś czeka od kilku dni, od kiedy się pojawił. Jest zupełnie nieporuszony, mimo, że ja zwijam się z bólu, jak tylko przestaje działać morfina. Za chwilę wejdzie mój dorosły już syn, który da mi ostatni bardzo bolesny zastrzyk. Potem i tak trzeba będzie wzywać pogotowie, które zawiezie mnie do szpitala, gdzie ostatecznie umrę. 

Powiadają, że wizytanci zjawiają się w szczególnych momentach a mądrzy ludzie wiedzą, co to dla nich oznacza. Nie każdy też może ich doświadczyć. Pozwalają się zobaczyć tylko tym, którzy są w stanie znieść ich widok i zapanować nad przerażeniem. Być może dlatego właśnie mój syn zobaczy ich tylko jeden raz w życiu, a wnuczka, której już nie poznam- nie ujrzy ich nigdy. 



czwartek, 27 czerwca 2019

post mortem

Najbardziej w tym wszystkim martwiło mnie wypożyczenie samochodu. Nawet przelot wydawał się bez znaczenia przy całym lęku związnym z prowadzeniem auta w obcym kraju. Do tego na oczach moich podwładnych i pewnie jakiegoś modelu, do którego nie jestem przyzwyczajony. Pewnie minie trochę czasu zanim  do niego przywyknę, oswoję się, zacznę nim czuć jak ciałem.
Cała wyprawa budziła we mnie nieokreślone obawy. Właściwie to nic mi się nie podobało. Nie było czegoś, co mógłbym potraktować jak kotwicę rzeczywistości i co pozwoliłoby mi czuć się na miejscu. Samo wybrażenie jak to miałoby wyglądać- te wojaże po obcych miastach, krętych, wąskich, górskich drogach, zdewastowanych, źle oznaczonych, gdzie mieszkańcy mają kompletnie inną kulturę jazdy napawało mnie głębokim, pierwotnym lękiem, którego czułem w każdej komórce ciała, niczym drżenie membrany głośnika.
Na szczęście lęki okazały się nieuzasadnione. Tylko lot był dziwny. Gdzieś w środku trasy maszyna wpadła w turbulencje.
Po wylądowaniu wszystko szło gładko jak we śnie i trochę jak w malignie właśnie się czułem. Może to kwestia przemęczenia a może psychicznego nastawienia ale miałem wrażenie, jakbym cały czas znajdował się w symulatorze życia. Włoskie drogi nieco przypominały  trasy wyścigowe z gier komputerowych. Auto prowadziło się topornie i choć teoretycznie było szybsze od mojego drobnego miejskiego suzuki, to zupełnie nie miało przyspieszenia i czułem się jak w czołgu.
Spotykani ludzie mieli w sobie coś papierowego, jakby pozbawieni ciała i duszy, z wyłączonymi lub zmoderowanymi emocjami, słabym kontaktem. Bez więzi, człowieczeństwa. Coś pośredniego między zombi a sztuczną inteligencją.

Wiele razy wracałem i ciągle wracam w myślach do tego wyjazdu. Analizowałem na różne sposoby, co się stało, że zacząłem odczuwać rzeczywistość jak przez bibułę, oblepiony woskiem, niezdolny do emocjonalnych poruszeń a i w ruchach jakiś ospały i spowolniony.

Wczoraj byłem świadkiem wypadku. Kobieta chciała przejść przez dwupasmówkę i wbiegła prosto pod nadjeżdżający samochód. Uderzenie było tak silne, że wyrzuciło ją kilka metrów w górę, po czym ciało upadło z tępym łoskotem na asfalt. Po chwili kobieta wstała, jak gdyby nigdy nic i poszła dalej przez jezdnię, nie zważając na przemykające auta. Dziwnym trafem już żadne w nią nie uderzyło ponownie. Zadziwiająca była precyzja, z jaką potrafiła przechodzić między samochodami, wsparta brakiem emocji i powolnością ruchów. Samochody nawet nie zwalniały, jakby kierowcy  jej nie zauważali a ona szła również jednostajnie.

I nagle mnie olśniło. Przeszedłem na drugą stronę. Wtedy podczas turbulencji w samolocie musiało dojść do jakiejś awarii albo ataku. Moja świadomość nie odnotowała niczego takiego prawdopodobnie dlatego, że eksplozja wyłączyła zmysły zanim  te cokolwiek odebrały. Prawdopodobnie przeszedłem od razu do świata alternatywnego, którzy inni nazywają piekłem, niebem lub czyśćcem. Nie mogę czuć już tego co wcześniej, bo ten świat, który widzę od czasu lądowania nie jest tym samym, z którego wystartowałem.

Zostałem skazany na byt w niebycie. A może sam się skazałem- kiedy wbrew przeczuciom, mówiącym że wszystko jest nie na swoim miejscu,  zdecydowałem się na wyjazd.

środa, 26 grudnia 2018

Przepowiednia

Od niepamiętnych czasów rodzina była naznaczona piętnem przekleństwa. Z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie legendę, według której miał się kiedyś objawić Zbawiciel i przerwać klątwę.
Dzieci były uczone nadziei i hardości zarazem, żeby mogły się przeciwstawić najgorszym przeciwnościom losu.Bez tolerancji dla błędów, okazywania uczuć i bez litości wobec zaniedbań. Niestety skutkowało to powszechną nienawiścią i złością, którą potomstwo dziedziczyło w genach, wysysało z mlekiem matki  i niosło potem w świat, karmiąc nimi swoje nowe rodziny. To zadziwiające, jak ci ludzie mogli w ogóle przetrwać, wychowywani posród skrzących się złorzeczeń i przy świście bata. Może przed samorzezią powstrzymywała ich nadzieja na odkupienie a może beznadziejne i ateistyczne pogodzenie się z losem.
Dziadkowie  i rodzice w każdym nowym pokoleniu upatrywali Zbawiciela, lecz wciąż bezskutecznie. Ciągle się wszyscy na siebie obrażali, gniewali i podejrzewali o spiski a na koniec procesowali i wydzierali pazurami dziedziczone dobra. Oczywiście przy akompaniamencie wyzwisk i przekleństw.

 Mieszkańcy urządzili tu swoje prywatne Macondo, tak odległe od całego świata, rządzące się swoimi prawami, regulowane specyficznym poczuciem wstydu i zbudowane na hierarchii, zdefiniowanej przez ilość posiadanych morgów. Najbiedniejsi mówili o sobie, że są niezamożni a zamożni jawnie okazywali pogardę całemu światu ale najbardziej tym niezamożnym sąsiadom. Na miłość nie było miejsca. Morgi żeniono z morgami  a biedni dziedziczyli biedę.

Najmłodszy syn był od początku chorowity. Zresztą niewiadomym było czy powinien się w ogóle pojawić na świecie. Matka zaszła w ciążę już grubo po czterdziestce, co wydawało się kompletnym cudem w warunkach tradycyjnej wsi. W dodatku namawiana była ciągle, żeby "zepsuć", bo i tak przecież trudno będzie wychować dziecko starzejącej się kobiecie. A jak wcześnie osieroci to tylko trubel i nędzny żywot dla takiej istoty, pisany bólem, niedostatkiem i upokorzeniem a i pewny trubel też dla całej rodziny.

Naturalna dziecięca ciekawość wcześnie zaprowadziła go na skraj śmierci, kiedy przy żniwach w sierpniu, spragniony sięgnął po czerniejące się pięknie przy drodze jagody. Miał 4 lata i gdyby nie transfuzja, nie byłoby tych lat w jego życiu więcej.
Potem choroby regularnie, w zgodzie z porami roku, atakowały, toczyły i osłabiały, prowadząc aż do wyczerpania na granicę życia. Jednocześnie w tym drobnym chłopcu tkwiła jakś niesamowita ciekawość i zadziwienie odkrywanymi tajemnicami świata. Całe więc dnie i wiekszość nocy przepędzał w pokoiku na poddaszu, z kotami i gołębiami. Latem zaszywał się w trawach na łące, między kępkami drzew, przy strumyku, albo pomiedzy snopkami słomy, z książką i psem. Tak mijały dni, tygodnia a wreszcie lata.

Kiedy wyjechał, zaczął bardziej panować nad swoim zdrowiem a  organizm wyraźnie się wzmocnił. Im bardziej oddalał się w czasie od swojego dzieciństwa, tym bardziej i w przestrzeni od miejsca urodzenia. Co pewien czas dobiegały go wieści z domu niezgody, z których wynikało, że nic się nie zmienia w jego Macondo.
Zawsze wtedy myślał o przepowiedni, wyczekując znaków zwiastujących nadejście tego najważniejszego gościa, który byłby w stanie przemienić ludzi. I nigdy nic podobnego się nie zdarzyło, choć czekał przez całe życie.

A kiedy nadszedł czas życiowych bilansów, tuż przed śmiercią, po raz ostatni wrócił myślami do łąk, traw, drzew i strumyków. Wtedy po raz pierwszy pomyślał o sobie. Może był najmądrzejszy spośród tych ludzi. Być może on był predystynowany do odkupienia. Jednak czy z oddali na pewno widać lepiej? Może to sentyment krzywił właściwy ogląd. Równie prawdopodobne było przecież to, że wróciwszy, zostanie odrzucony, jako potomek biedaków, choćby był i zamożny, choćby w świecie coś zdobył i czegoś dokonał. W tamtej mentalności zawsze pozostałby synem biedaków, bez względu na aktualny status.

Zatem nie jemu przypadła rola zbawiciela. Ta społeczność nie była jeszcze gotowa. Możliwe jest też, że nigdy nie dojrzeje a przepowiednia kłamała, albo została zmyślona przez wioskowego głupka, albo... że po śmierci, przyjściu innych ludzi z nowymi ideami, bedzie dopiero kiedyś żyzna gleba gotowa na dobrą nowinę.

Tak czy inaczej- najlepsze, co mógł zrobić, to zbawić samego siebie poprzez salwowanie się jak najdalej- dokładnie tak jak zrobił- do innego kraju, odmiennej kultury, obcego języka, drugiego kontynentu.


niedziela, 25 listopada 2018

Wziemięwzięcie

Wczesne lata nie były właściwie przeżyte. Twarde warunki hartowały ciało i ducha, więc dzieci były nawykłe do myślenia, że mogą liczyć tylko na samych siebie. Najmłodsze, piąte o imieniu Hieronim było już przygotowane do tego, aby jak najszybciej wyprowadzić się z domu wiecznej niezgody, nieogrzewanego zimą i upoconego latem, który miał niezmiennie od niepamiętnych czasów status niedokończonej budowy.

Nieustające kłótnie nader szybko przekonały go, że po maturze trzeba wyjechać jak najdalej i pozostawić agresywne nieokiełznane diabły samym sobie. Tego poniżenia i piekła na ziemi nie odbierał zresztą wówczas jako opresji, lecz jako naturalny stan rzeczy; los, co przecież nie może być moralnie naznaczony w żaden sposób.

Wyjeżdżając, oszukał poniekąd przeznaczenie. Wydawać by się mogło, że uniknął tego losu, który zgotowali mu swarliwi rodzice i rodzeństwo z piekła rodem, co to nie pozabijało się tylko dlatego, że rodzice później wzięliby na nich odwet i za pobicie na śmierć  odpowiedzieli niechybnie również zatłuczeniem.

Przez całe lata studiów i życia, dorobku, tułaczki i budowania,Hieronim odcinał się od przeszłości znaczonej rozpadającą się chatą. Od czasu do czasu wracał w rodzinne strony, żeby doświadczać śmierci ojca, matki, a potem rodzeństwa po kolei. Zresztą słowo doświadczać jest tu przesadne, bo w nieogrzewanym domu trudno było przecież o ciepłe uczucia. Albo rozpalone emocje albo lodowaty chłód. Stąd też i doświadczanie było jak przez mgłę. Jak przez pergamin.

Za każdym pobytem przyglądał się grobowi rodziców. Najpierw postawionemu na zapas- z jednym tylko ryciem w kamieniu, potem pęczniejącemu, bo i wyciętych napisów przybywało, wraz z każdą pogrzebaną i przywaloną osobą. Po cmentarzu rozsiane były również inne groby dalszej rodziny, które odwiedzał z rzadka. Nie tyle z sentymentu, którego przecież być nie mogło, co dla autodefinicji i chłodnej analizy rodzinnej przeszłości.

Podczas któregoś z pobytów doświadczył przedziwnego, obcego mu dotąd uczucia sentymentu. Zaczęło się to od grobu siostry Anielki, która zmarła niemowlęciem będąc, nie doczekawszy pierwszego roku, po zaledwie kilku miesiącach życia. Stojąc nad grobem wyobrażał sobie te lute zimy na wsi w zimnym domu, z których jedna przyniosła dziecku śmiertelną grypę, a ze skrawków różnych opowieści zbudował własny patchwork.  Była w  nim rozpacz matki, którą tak bardzo bolała utrata miłości jej życia i była wściekłość ojca, który wywlókł księdza z zakrystii i za pomocą gróźb wspartych uderzeniami pięści, zmusił do chrzczenia gasnącego ciała. Były wspomnienia matki płaczącej tygodniami, nawet po wielu latach, już w czasach jego dzieciństwa, jak również bezdenna otchłań jej oczu, w których od czasu do czasu błyskała tylko czysta nienawiść do świata i ludzi.
Od tego właśnie czasu grobowiec rodziców pociągał go coraz bardziej i bardziej. Można powiedzieć, że w pewien sposób fascynował, otoczony magiczną aurą, wołający. Apogeum tego wołania przypadło na czas, kiedy siostrzeniec postanowił przenieść grób Anielki i połączyć z pochówkiem reszty rodziny. Była to bolesna formalność, bo Hieronim uświadomił sobie, że po półwieczu, które minęło od śmierci siostry, jej prochy  ostatecznie zmieszały się z ziemią a kości w większości rozpuściły. Zwłaszcza dlatego tak szybko zanikły, że to kości niemowlęcia, więc mniej odporne na czas. W takich sytuacjach przenosi się tylko symbolicznie grudkę ziemi na nowe stanowisko a resztę przeznacza pod nowy grób.

Dłuższy czas rozmyślał o grabarzu kopiącym ten nowy grób na miejscu siostry. Jakie jest prawdopodobieństwo, że trafi na nierozpuszczone do końca szczątki.
Myślał też o tym jak bardzo i jak daleko udało mu się oddalić od rozpadającej się chaty, piekła rodzinnego i nienasyconego grobowca.  I o tym jak bardzo trzeba było się odciąć, żeby móc zacząć żyć. Chciał się pochylić nad płytą, bo wydawało mu się, że dostrzegł pęknięcie. Oparł stopę tuż przy brzegu i w jednej chwili zapadł się w jamę grobową, uderzając głową o brzeg płyty nagrobnej. Stracił przytomność a ziemia przysypała ciało wypełniając usta, oczy i nos. Odcinając dopływ powietrza i dusząc. Gasnąc, uświadomił sobie, że tak naprawdę nigdy nie wyjechał. Dół od zawsze czekał na niego tu właśnie w tym miejscu a on przez cały czas śnił sen o sukcesie i wolności.

piątek, 2 listopada 2018

Saksy

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy dopiero co skonała NRD, w zielonej krainie płynącej sokiem jabłkowym i obfitującej w ogóry kiszone na miliony sposobów, zwanej Spreewald, studenci z Polski masowo trafiali do pracy w roli robotników sezonowych. Z uczelni wprost na pola tworzącej się nowej niemieckiej rolnej klasy średniej.  I ku zadowoleniu obydwu stron.
Po wielu perypetiach, próbach zatrudnienia się w różnych miejscach, w sposób mniej lub bardziej zorganizowany i zapośredniczony, w jakiś przedziwny i nie do końca wyjaśniony sposób i ja dostąpiłem możliwości zarabiania prawdziwych pieniędzy, za które mogłem później utrzymać się przez cały rok na studiach.
W spokojnej wsi mieszkał sobie dobry gospodarz o nazwisku Bauer, który miał małą przetwórnię owoców. Prowadził ją ze swoją żoną, niebieskooką blondynką, której uroda jeszcze do końca nie przygasła. W tym niewielkim zakładzie Helmut Bauer zatrudniał nieliczny personel- raptem kilka osób- swoją dojrzałą,śliczną żonę Helgę, rudobrodego zięcia Kurta o spojrzeniu mściwego wikinga, nie do końca rozgarniętą sąsiadkę Minę w średnim wieku no i dwóch gastarbeiterów z Polski- Zenka i mnie.
Zenek był bardzo prostym człowiekiem, jednak nadzwyczaj zdolnym. Kiedyś przy winie wiśniowym (które też produkowało małżeńśtwo Bauer) opowiadał mi jak ciężko pracowali z żoną na to, żeby wydobyć się z nędzy głębokiego PRL-u i stanąć na nogi o własnych siłach. Jak to sprzedawali, co się tylko udawało sprzedać tuż po otwarciu granic i jak mu było szkoda każdej zarobionej marki do tego stopnia, że był w stanie biegać za polewaczką miejską po Berlinie, żeby się napić i nie tracić nic z tego, co udało się zarobić. Przecież szkoda każdej niemieckiej marki i każdego feniga! Praca u Bauera była dla mnie początkiem, przerwą w życiorysie, tymczasem i międzyczasem- dla niego zaś wydawało się, że jest spełnieniem marzeń i ukoronowaniem "kariery". Wówczas zadziwił mnie przede wszystkim tym, jak dobrze nauczył się mówić po niemiecku. Twierdził, że "tylko" przebywając i rozmawiając z Niemcami, praktycznie bez żadnych kursów, studiów, czy podręczników. 

Podczas pierwszego mojego pobytu u rodziny Bauerów, kiedy byłem jedynym Polakiem pracującym w zespole niemieckim, czułem się nadzwyczaj doceniony. Byłem jednym z nich. Nie miała znaczenia narodowość, pochodzeniem, wykształcenie i na dodatek wszyscy byli zachwyceni moją znajomością języka. Zbyt krótkie dni pracy były wypełnione powszednimi rytuałami: rozpalanie w piecu, przerwa na piwo, sprzątanie, układanie skrzynek, przerwa na śniadanie (kawa+ kanapki z żółtym serem i kiszonymi ogórkami), rozlewanie soków, mycie i beczkowanie ogórków, obiad, sprzedaż soków, butelkowanie, kolacja, sprzątanie. I tak dzień w dzień z wyjątkiem niedzieli. Tylko od casu do czasu zmieniała sie kolejność czynności. 

Kiedy przyjechałem w następnym roku, zaszły pewne zmiany. Przede wszystkim w obejściu kręcił się już Zenek, który był najwyraźniej w jeszcze lepszej komitywie z gospodarzami niż ja. Nie zmieniły się same rytuały, co trochę uśpiło moją czujność, jednak w miarę jak mijały kolejne dni zacząłem odkrywać coraz większą złożoność sytuacji.

Przede wszytkim Helmut stawał się praktycznie z każdym tygodniem coraz bardziej wybuchowy, arogancki, nieprzewidywalny, złośliwy i szukający zwady (nie wiadomo tak do końca z kim). Z drugiej strony dość często można było go zobaczyć, jak wcześnie rano, przed rozpaleniem ognia pod kotłami, albo późno wieczorem, kiedy w rozlewni nikogo już nie było- siedział na skrzynce, popijając piwo, mamrocząc coś do siebie i pochlipując. Widok dużego zwalistego Niemca, popłakującego w rękach był.... co najmniej dziwny. Zagadnięty przeze mnie pewnego razu Zenek wyjaśnił, że właściwie to cały dom jest w żałobie, ponieważ córka popełniła samobójstwo-Podcięła sobie żyły brzytwą, otruła się i powiesiła jednocześnie, co wskazywało na niesamowitą determinację.  Według Zenka przyczyną było przepracowanie, choć ja nie zaobserwowałem śladów szalonej gonitwy w celu wyrobienia wyśrubowanych norm. Ale mogłem się mylić.-Sytuacja mogła się przecież zmienić po tym samobójstwie, które położyło się cieniem na całej rodzinie. On najwyraźniej z wyrzutami sumienia, matka pełna niezgody i codziennie na cmentarzu, no i zięć, jak się później okazało, też chowający urazę.

Druga opowieść jaką mnie uraczył Zenek była związana z bardziej odległą przeszłością rodziny Bauerów. Małżeństwo było według niego typowym mezaliansem. Ona- piękna córka miejscowego bauera i szefa NSDAP, zakochała się w biednym, aczkolwiek pracowitym chłopcu, który mógł w posagu wnieść tylko swoją pracowitość. Chyba był akceptowany z musu, bo córka tak wybrała, ale bez radości w rodzinie, na chłodno.

Trzecia opowieść była związana z zięciem. Jego status w firmie był bardzo niejasny. Wyglądało na to, że jest kimś w rodzaju kierownika i decyduje o wszystkim, o czym nie może lub nie chce decydować Helmut. Kurt niewiele mówił i rzadko się uśmiechał- może raz na 2 miesiące. Pod koniec mojego pobytu Zenek opowiedział mi jak pewnego razu wściekły z jakiegoś błahego powodu Kurt rzucił się na niego z nożem a innym razem, kiedy juz zasypiał w pijackim odurzeniu, przysięgał, że pewnej nocy zdybie Helmuta gdzieś na odludziu w lesie i zabije za to, że zamęczył pracą swoją córkę.

Ostatnia opowieść dotyczyła Miny. Ta dobrotliwa, sympatyczna Frau, która jawiła mi się (podobnie jak Helga) jako ucieleśnienie stereotypów o  niemieckich kobietach (pulchniutkich niebieskookich blondynkach, których życie kręci się wokół trzech rzeczy Kinder+Kueche+Kirche, i które sprzątają w ramach rozrywki w każdej wolnej chwili). Właściwie w serii opowieści Zenka, serwowanych przy byle okazji kiedy tylko zostawaliśmy sami,  Mina jawiła się jako przebiegła żmija, która cały czas  knuje jak go oczernić w oczach szefa i która ciągle na niego donosi. 

Pęczniejąca i gęstniejąca atmosfera musiała kiedyś pęknąć niczym wrzód i się wylać na nas wszystkich. Po paru ekscesach w rodzaju rzucania przedmiotami, sypania wyzwiskami i obrażania się wszystkich na siebie nawzajem, los przypieczętował ostateczne rozwiązanie, dzięki któremu nie musiałem się już dusić w oparach źle ukrywanej lub nawet jawnej złości wszystkich na wszystkich.

Pewnego ranka, kiedy butelkowaliśmy soki, jedno ze szkieł pękło i ostra tafla wbiła mi się głęboko między palce, kiedy próbowałem ją wyciągnąć ze zmywarki. Poczułem jak coś gorącego zalewa mi dloń.-To była moja krew, która chlusnęła na podłogę. Poczułem się nieco absurdalnie- jakbym był na wojnie i granat urwał mi rękę. Potem w ciągu kilku sekund poczułem mrowienie, mdłości, zakręciło mi się w głowie i omal nie zemdlałem. Odszedłem na bok, ściągnąłem szybko rękawice, rozerwałem rękaw koszuli i szybko zawinąłem dłoń. Przez parę minut czułem tak silne mdłości, że wahałem się między wymiotowaniem a omdleniem. Kiedy odszedłem od maszyny i owiał mnie wrześniowy poranny chłodny wiaterek, odzyskałem nieco energii do życia a serce przestało bić jak oszalały ptak.

W szpitalu fachowo zeszyto mi dłoń i pożegnałem się ze Spreewaldem już chyba na zawsze. Helmut odwiózł mnie do granicy a ja szczęśliwy, że przeżyłem, już bez pzeszkód wróciłem do kraju.

Wracając potem wielokrotnie myślami do rodziny Bauerów, zastanawiałem się nad możliwymi wymiarami tych wszystkich opowieści i intryg. Zestawiając z sobą dwa jakże różne pobyty, próbowałem dociec, czy to ja byłem tak naiwny i nie byłem w stanie dostrzec wielu rzeczy, czy też wyobraźnia Zenka przekraczała wszelkie granice w tych jego opowieściach. Nie wiem do dzisiaj co myśleć o tych licznych intrygach "dworskich" i zepsutych charakterach. Kto tak naprawdę kręcił intrygi a kto był przedmiotem intryg. Czy burza i napór były w tych poczciwych Niemcach, czy też przywiał ją do obejścia polski huragan. A może nie było wcale żadnej burzy, tylko ułańska fantazja. A może ... to tylko manipulacje cwanego gastarbeitera, który mógł najpierw tworzyć wrażenie a potem (a to ci dopiero niespodzianka!) może nawet podłożyć pękniętą taflę szkła w odpowiednie miejsce. Wszak każdy sposób jest dobry, żeby pozbyć się konkurenta do zasobnej sakiewki Bauerów, pełnej umiłowanych marek. 



środa, 23 maja 2018

Spotkanie na krańcu Europy

Spotkanie było umówione na godzinę 9.00 rano . Kiedy starszy pan wysiadł z samolotu w środku nocy i opuścił lotnisko, zorientował się, że ostatni pociąg metra odjechał przed chwilą,  autobus zaś ponad 2 godziny wcześniej. Nie zastanawiając się zbyt dużo, podszedł do taksówki i poprosił o kurs do centrum miasta, mając nadzieję, że taksówkarz nie zedrze z niego skóry.
To było dobre posunięcie. Auto podjechało prosto pod hostel a taksówkarz jeszcze starszy od starszego pana okazał się bardzo przyzwoitym człowiekiem.
Kiedy  podszedł do uchylonych zapraszająco  drzwi wejściowych, zorientował się, że hostel o pięknej nazwie Viridiana, powinien znajdować się gdzieś na 1 piętrze. Nie było takiego wskazania na domofonie jednak nazwa znajdowała się między nazwami różnych firm bez oznaczenia piętra (jako ostatnia widniała nazwa hostelu) a nazwą firmy z oznaczonym wyraźnie pierwszym piętrem i potem po kolei już były wskazane biura zajmujące kolejne piętra.

Starszy pan spojrzał na walizkę i stwierdził, że na pierwsze piętro może wejść bez windy. 

Niestety nie znalazł tam hostelu tylko jakieś biura. Zejście i ponowne studiowanie napisów na tabliczkach też nic nie pomogły. Zaświtała myśl, że może hostel znajduje się w jakimś przyziemiu, piwnicy albo w podwórzu? Ale nie widać było nigdzie ani żadnego zejścia do piwnicy, ani też wyjścia z klatki schodowej na podwórze. Tylko winda i schody w górę.
Starszy pan podszedł do domofonu i nacisnął przycisk. Po drugiej stronie włączyła się automatyczna sekretarka, która obwieściła, że wejście jest otwarte i jednocześnie dało się słyszeć brzęczenie sygnalizujące zdjęcie blokady drzwi, które i tak były przecież otwarte. Poza tym nie wydarzyło się nic więcej.
Ponownie wszedł na pierwsze piętro i sprawdził wejścia do biur a następnie wrócił na dół i nacisnął przycisk domofonu. Sytuacja się powtórzyła. Zrobiło się trochę kawkowsko.

Po kilku nieco nerwowych użyciach przycisku zjechała winda, ale nikt z niej nie wysiadł. Starszy Pan pomyślał chwilę i stwierdził, że może warto sprawdzić wyżej. Hostel rzeczywiście znajdował się na 2 piętrze.

Zostało mu jeszcze na tyle przytomności i adrenaliny, żeby sprawdzić dojazd do miejsca spotkania. Nie wydawało się to trudne a poza tym zawsze oprócz mapy będzie można posłużyć się też nawigacją w smartfonie.

Zbyt krótki sen nie przyniósł wypoczynku. Sute i smaczne śniadanie nieco wynagrodziło trudny poprzedniego wieczora. Kończąc posiłek starszy pan zwrócił uwagę na świsty i pohukiwania wiatru oraz smaganie deszczu w okiennice. Na szczęście nie był to jego pierwszy pobyt w Portugalii więc wydawało się, że jest odpowiednio przygotowany na kwietniowy deszcz i zimno.

Droga do metra zajęła kilka minut, więc lekki deszczyk nie wydawał się przerażający. Po wyjściu z metra coś się jednak nie zgadzało. Niestety mapa została w pokoju a na ekranie smartfona nawigacja pokazywała dziwny kierunek.

Starszy pan podszedł do stojącego obok i przyglądającego mu się mężczyzny, chcąc zapytać o drogę. Ten nie był w stanie określić właściwego kierunku, mimo, że pytanie dotyczyło jednej z największych ulic w Lizbonie.

Wrócił do stacji metra i jeszcze raz spróbował określić właściwy kierunek na ekranie smartfona.

Nie pomogło.

Zapytał kolejnej osoby. Ta pospiesznie wskazała na ulicę po przekątnej i pomknęła dalej.
Starszy Pan wyszedł poza teren metra, przechodząc przez kilka skrzyżowań ze światłami. Po każdym przejściu deszcz wzmagał się coraz bardziej aż  chlusnął strugami, niczym rzeka. 

Omal nie upadł. 

Pospiesznie schronił się przy wejściu do restauracji a następnie cały skulony wyciągnął smartfona i zaczął jeszcze raz sprawdzać kierunek na mapach google. Udało się odczytać, że jest tylko 20 minut pieszo do celu a zegarek wskazywał 8.10. Chwilę trwało zanim udało się wyznaczyć na nowo kierunek i trasę. Po kolejnej chwili wydawało się, że deszcz nieco zelżał, choć nadal lało jak z cebra. Chyba to była właśnie ta chwila, kiedy należało zdecydować o szukaniu taksówki lub zmierzaniu pieszo do celu.

Starszy pan wybrał pójście pieszo. Zawsze to będzie szansa na zobaczenie Lizbony nie tylko z okien autobusu i poza turystycznym centrum.

Po 30 minutach okazało się, że smartfon pokazuje niewłaściwy kierunek. Nic się nie zgadzało- ani nazwy ulic ani ich ułożenie. Na domiar złego deszcz zaczął się nasilać, aż znowu z nieba polały się strugi, jakby ocean chciał potopić ludzi.

Starszy Pan był już cały przemoczony. Rozgrzany organizm buchał gorącem a  deszcz dla kontrastu-ziębił. Wychłodzenie organizmu tuż tuż a zegarek wskazywał już tylko 10 minut do spotkania.
Brnąc w strugach deszczu, postanowił w końcu znaleźć jakąś taksówkę. Niestety wyglądało na to, że trafił na osiedle położone na krańcach miasta, z domkami rodzinnymi, bez urzędów, sklepów i biur. Przez pewien czas kręcił się po ulicach, starając się zorientować gdzie tak naprawdę się znajduje. Im więcej jednak chodził tym bardziej był zdezorientowany, przemoczony i zmęczony. Czuł coraz wyraźniej, że opada z sił i za chwilę już nie będzie mógł zrobić ani kroku. W końcu schował się w jakiejś bramie, nie wiedząc co dalej. Już nawet nie można było odczytać ekranu smartfona.Nie wiedzieć czemu- albo to portugalskie słońce było zbyt mocne albo bateria była już bliska wyczerpania.

W tej beznadziejnej sytuacji nawet jakaś taksówka przemknęła, ale uciekła zanim zdążył się zorientować i przejrzeć kurtynę deszczu zalewającego oczy.

Zobaczył jakieś auto wyjeżdżające z garażu. Jego rozpaczliwe machania w ostatniej chwili zauważyła pani siedząca za kierownicą. Pytania zbywała czarującym uśmiechem, nie licującym z beznadzieją sytuacji. Biegłym angielskim z amerykańskim akcentem wyjaśniła, że nie ma pojęcia jak się nazywają poszczególne ulice ani nawet na jakiej się teraz znajduje. 

Bezsensowne spotkanie i paplanina pogłębiły jeszcze  i tak już potworne wrażenie chaosu, absurdu i końca wszystkiego. Jakby to nie apokaliptyczny ogień piekielny miał unicestwić ziemię, tylko biblijny potop.

Kiedy już nie można było nic wymyślić, a nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa i drżenie ciała zwiastowało krańcowe wyczerpanie organizmu, starszy pan udał się w kierunku najbliższych drzwi i zadzwonił. Wydawało się, że z drugiej strony coś zaszurało budząc na chwilę nadzieję, jednak efekt z tego znowu był żaden.

Zadzwonił ponownie i po raz kolejny dało się słyszeć poruszenie z drugiej strony drzwi. Po chwili  uchyliły się. Stał tam inny starszy pan, który przekręcił głowę w sposób charakterystyczny dla niedosłyszących i wyczekiwał.  Przybysz starał się możliwie szybko i krótko wyjaśnić swoją sytuację, wylewając jednocześnie całą gorycz i upodlenie. Gospodarz kiwał głową ze zrozumieniem i widać było, że cały czas się nad czymś zastanawia. Kiedy skończył się potop słów, zelżały też strugi deszczu. Gospodarz zaczął w zawiły sposób tłumaczyć drogę do celu. Wynikało z tego, że dystans jest wciąż znaczny. W tym czasie strumienie potopu zaczęły zalewać ziemię po raz kolejny coraz bardziej intensywnie.

Starszy pan spojrzał wymownie. Gospodarz odczytał właściwie wzrok zbitego psiaka oraz postawę ciała, uśmiechnął się i obiecał dostarczyć starszego Pana na umówione spotkanie.

W pokoju było przejmująco zimno. Usiadłszy, czuł jak spływa po nim woda, pot, zmęczenie, rezygnacja. Charakterystyczne, przyjemne osłabienie, graniczące z omdleniem, zawsze było sygnałem, ze organizm żrą drobnoustroje a grypa lub przeziębienie wylęgnie się w ciągu dni i zaatakuje bezlitośnie. Niestety trzeba było tak wytrzymać cały dzień. Dwie ostatnie aspiryny wystarczyły na jeden raz. W hotelu raczej nie miał tego typu lekarstw, bo liczył  jednak trochę na wysokie temperatury a nie ulewę i słotę. Teraz sobie to uświadomił właśnie, że nie był wcale tak dobrze przygotowany jak mu się wydawało. Właściwie to nie był wcale przygotowany.

Po spotkaniu wrócił szybko do hotelu i próbował się osuszyć. Zdjął wszystko z siebie, włączył ogrzewanie, które dało zaledwie kilka stopni ciepła, wylał wodę z butów i wyżął skarpetki. W ostatniej chwili, tuż przed atakiem febry, wskoczył pod kołdrę i skostniały przedrzemał do rana.
Rozgrzał się dopiero przy śniadaniu, gdzie było pod dostatkiem wrzątku.

Drugi dzień spotkania minął już bez niespodzianek, choć niedosuszone ubrania bardziej ziębiły niż chroniły przed zimnem.

Zasypiając wieczorem, zastanawiał się, czy było warto upierać się, żeby iść w strugach deszczu zamiast zamówić po prostu taksówkę. W tym wieku to może być ostatnia grypa w życiu- taka, która je zakończy. Przygotowanie do wyprawy okazało się ułudą a drobna decyzja obnażyła głupotę albo chwilowy brak rozsądku, co na jedno wyjdzie w ostatecznym rozrachunku. Jeśli z tego powodu jednak przyjdzie mu umrzeć, to nie zdoła się już uwolnić do samego końca od natrętnej myśli, że prawdziwą przyczyną śmierci była głupota, od której zawsze tak bardzo chciał uciec i którą pogardzał, jak niczym innym na świecie.

sobota, 17 marca 2018

Taksówkarz

Turcy palili i pili herbatę w oczekiwaniu na taksówkę, siedząc na werandzie hotelu. Odnosiłem wrażenie, że główny organizator znał wszystkich najważniejszych w mieście- od właściciela hotelu, z którym wymieniali się uprzejmościami, aż do gubernatora prowincji, u którego zdażyliśmy być w odwiedzinach, pomimo tego krótkiego pobytu.  
Pod hotel podjechało nowe, drogie auto. Jego widok nie mógł budzić zdziwienia, gdyż (jak stwierdził kiedyś nasz gospodarz) w tym niezamożnym mieście czymś zupełnie normalnym było posiadanie drogich i nowych aut, bez względu na status materialny właściciela. Zaskoczeniem za to okazał się sam taksówkarz, choćby z tego względu, że wyglądał na starszego od swojego samochodu o jakieś 80 lat. 
Chcieliśmy się już z bagażami pakować do samochodu, kiedy powstrzymał nas gospodarz. Jego młodszy asystent poszedł z właścicielem do auta a my dowiedzieliśmy się, że trzeba ustawić nawigację. Czynność trochę trwała- w sam raz tyle, żeby wypić kolejną pożegnalną herbatę i wypalić kolejnego papierosa. 
Pożegnaliśmy się, zapakowaliśmy i auto ruszyło. Przekonaliśmy się już podczas konferencji, że mieszkańcy miasta odczuwają chłodną wiosnę (12-14 stopni) jako bardzo zimną i podgrzewają się intensywnie. Podczas konferencji przyszło nam się nieraz rozbierać jak do rosołu, z powodu dmuchającego na nas gorącego powietrza elektrycznych podgrzewaczy. Nie inaczej było i tym razem. Starszy pan ustawił temperaturę na 30 stopni a my sciśnięci na tylnym siedzeniu niczym sardynki szybko zaczęliśmy odczywać senność. 
Obudził mnie pot ściekający po plecach. Wyobraziłem sobie, że lada moment będę musiał wysiąść cały mokry i wyjść na chłodne powietrze. Przeziębiony i zakatarzony, walczący z grypą przez cały pobyt, miałem jak w banku zapalenie płuc. Zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić. Nie mogłem zdjąć kurtki, bo za bardzo byliśmy ściśnięci- nie mogłem się nawet skręcić, żeby chwycić za rękaw- mogłem tylko rozpiąć kurtkę ale to nie wystarczało, żeby mnie przestały zalewać strugi potu. Nie mogłem prosić o wyłączenie ogrzewania, bo taksówkarz nie mówił w żadnym znanym mi języku i nie bardzo się domyślał, o co może nam chodzić. Nie mogłem również opuścić szyb, bo deszcz chlustałby mi prosto w twarz. Wyglądało na to, że jesteśmy skazani na turecką łaźnię. 
Obserwując drogowskazy, liczyłem kilometry do miasta, w którym znajdował się hotel- pierwszy cel naszej podróży, gdzie mieliśmy zostawić włoskich przyjaciół i skąd mieliśmy się udać na lotnisko. 
W mieście taksówkarz zatrzymał się na swiatłach. Opuścił szybę i zwrócił się do stojącego obok motocyklisty. Najwyraźniej nawigacja okazała się niewystarczająca i musiał spytać o drogę. Do wnętrza samochodu napłynęło nieco chłodnego powietrza. Pasażerki zaczęły się wybudzać a siedzącemu z przodu Włochowi cudem udało się porozumieć z taksówkarzem, który wyłączył ogrzewanie i uratował nas w ten sposób od całkowitego roztopienia. 
Dwie przecznice dalej skręciliśmy w błotnistą drogę, wijącą się między blokami mieszkalnymi. Nie wyglądało na to, żeby prowadziła ona do jakiegokolwiek hotelu. Taksówka przejechała ok. 100 metrów zwalniając coraz bardziej, aż w końcu zatrzymała się. Taksówkarz wysiadł i zaczął chodzić w różnych kierunkach. Wreszcie przechodząca dziewczyna najwyraźniej wskazała mu właściwą drogę. Przejechaliśmy dalej kilkaset metrów, klucząc między blokami i sytuacja się powtórzyła. Tym razem jakiś sklepikarz wskazał na budynek za rogiem po drugiej stronie ulicy. Przejechaliśmy kolejne kilkadziesiąt metrów i stanęliśmy przed jakimś gmachem. Taksówka stanęła, blokując wyjazd z bramy. Taksówkarz wyszedł po raz kolejny i zaczął sprawdzać wejścia do garaży, szukając  właściwie nie wiadomo do końca czego. Wreszcie stanął bezradny i zafrasowany. Zaczęliśmy chóralnie pokazywać, żeby objechał budynek dookoła, ale zupełnie nie reagował. Prześlizgnął się po nas wzrokiem, jak po jakichś nieszkodliwych idiotach ściśniętych, wymachujących gorączkowo wewnątrz trochę większego akwarium i rozglądał się dalej bezrozumnie. Wreszcie najwyraźniej sam doszedł do wniosku, że nie od rzeczy będzie objechanie budynku dookoła, wsiadł w taksówkę i podjechał od frontu, który okazał się być po przeciwnej stronie. 
Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi, starszy pan przyjął z rozbrajającym uśmiechem i wyraźną wdzięcznością przyjął banknot a następnie pojechaliśmy dalej. Po kolejnej godzinie jazdy autostradą dostrzegliśmy następne oznaki niepewności w zachowaniu taksówkarza. Najpierw zatrzymaliśmy się przy zjeździe z autostrady. Kierowca przystanął na pół minuty, po czym wybrał drogę prosto. Po kilku kilometrach zjechał na stację benzynową i tam upewnił się co do właściwego kierunku. Przy włączaniu się do ruchu zdziwiło mnie kolejne wahanie. Wyglądało jakby taksówkarz nie dowierzał pracownikowi stacji albo nie potrafił właściwie ocenić odległości nadjeżdżającego pojazdu. Jedno i drugie było wysoce niepokojące. 
Pół godziny później dojechaliśmy do czegoś w rodzaju ronda. Drogowskaz pokazywał nazwę miejscowości, przy której umieszczono symbolicznie samolot. Chyba mogliśmy odetchnąć, chociaż nie byłem do końca pewien, czy nazwa lotniska się zgadza. 
Taksówka znów zacząła zwalniać, aż zatrzymała się tuż przed drogowskazem sugerującym skręt w prawo. Kierowca zastanawiał się ok. minuty i wjechał na rondo, ignorując drogowskaz. Bardzo powoli okrążyliśmy skrzyżowanie i  równie wolno potoczyliśmy się w stronę lotniska. Kilkaset metrów dalej znajdowało się kolejne "rondo" i kolejny drogowskaz, pokazujący drogę na wprost, z nazwą lotniska oraz symbolem samolotu. 
Kierowca zatrzymał się po raz kolejny. Pomyślał chwilę, skręcił na rondo i ustawił się po przeciwnej stronie, jakby chciał wrócić do poprzedniego ronda. Nie wytrzymałem. Próbując zwrócić uwagę kierowcy, wysiadłem z taksówki, przeszedłem przez całe skrzyżowanie, zbliżyłem się do drogowskazu i zacząłem dawać znaki kierowcy. I dokładnie w tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że to nic nie da. Kierowca przecież wcześniej nie zwracał uwagi ani na drogowskazy ani na uwagi ludzi- żył jakby w swoim świecie i to on sam siebie musiał przekonać, że jedzie we właściwym kierunku. Inni mogli tylko potwierdzać jego przypuszczenia ale nie byli w stanie w żaden sposób zmienić tego, co sobie umyślił. Wróciłem do taksówki, ciesząc się, że nie odjechał beze mnie i że nic w nas nie przywaliło na tym niby rondzie między niby autostradami. Pogodzony z losem wsiadłem do auta. 
Taksówkarz majstrował coś przy GPSie. Wreszcie znudzony, czy też zniechęcony ruszył. Przystanął przed pierwszym rondem i zaczął je obserwować. Ja zacząłem w tym czasie obserwować zegar. Wprawdzie do odlotu były jeszcze ponad 2 godziny ale ani nie byłem w stnaie określić jak daleko jesteśmy od lotniska ani też w którą stronę pojedziemy. Tak czy inaczej- nie bardzo widziałem wyjście z tej sytuacji. Kilkaset metrów od ronda widziałem jakieś zabudowania ale taksówkarz i tak zignorowałby jakiekolwiek moje sugestie i zrobił co mu się będzie podobało. 
Po jakimś czasie on sam chyba zauważył światła  w oddali. Przejechał przez skrzyżowanie i podjechał do kolejnej stacji benzynowej (jak się okazało). NIe prostą asfaltową drogą lecz przez błotniste wertepy, jak poprzednio w mieście.
Po krótkiej rozmowie wrócił przez rondo do miejsca, z którego wcześniej zawrócił i pojechał dalej prosto już bez zastanawiania się.
W ciągu 10 minut dotarliśmy do wiaty ze strażnikiem w środku. Ten w ogóle na nas nie zwracał uwagi, dopóki kierowca nie zatrzymał się i po raz kolejny wdał w pogawędkę, najpewniej na temat kierunku jazdy. Nie trzeba było znać języka, żeby wiedzieć co odpowiedział strażnik. Droga była prosta i miała tylko jeden pas. Nie było żadnych alternatyw oprócz możliwości powrotu. Przejechaliśmy kilkaset metrów w stronę coraz bardziej wyłaniającego się, dobrze oświetlonego lotniska. Taksówkarz zatrzymał się przed rozwidleniem. Droga prosto prowadziła do magazynów i zbiorników. Łuk w lewo prowadził prosto w stronę lotniska. Po kolejnych rozważaniach taksówka pojechała prosto  w stronę magazynów. Dojechaliśmy do bramy a kierowca wyszedł i chciał sprawdzić czy może nawet wejść. Zawrócił jednak szybko jak tylko zobaczył kłódki i łańcuchy, co go przekonało, że nie uda mu się sforsować zabezpieczeń. Pojechaliśmy dalej po łuku w stronę lotniska. Taksówka zaczęła zwalniać przed pierwszym ładnie oświetlonym wejściem z napisem ARRIVALS. 
Nie mieliśmy już siły protestować. Kierowca zadowolony  z siebie wysiadł i zaczął wyciągać nasze bagaże z samochodu. W momencie kiedy sięgałem po pieniądze podeszło do nas trzech żołnierzy z bronią maszynową i rzucili coś gniewnie w stronę starszego pana. Ten dostał nadzwyczajnego przyspieszenia, błyskawicznie wrzucił nasze rzeczy do bagażnika i pobiegł, żeby usiąść za kierownicą. Wsiedliśmy również i przejechaliśmy kilkaset metrów dalej- do wejścia z napisem Departures. 
Zabraliśmy bagaże, zapłaciliśmy i mogliśmy odetchnąć spokojnie. 

W samolocie był czas na zastanowienie się. Starszy Pan najprawdopodobniej nie był zawodowym taksówkarzem, tylko podprowadził auto synowi lub wnukowi. Nie mógł być  kierowcą, bo nie miał odpowiednich nawyków-nie korzystał ani z mapy ani z GPS, nie potrafił ocenić właściwie odległości, ignorował znaki i drogowskazy. Może nawet był analfabetą. 

Może tym bardziej zasłużył na suty napiwek.